Akademia On-line
Song - rozluźnienie po chińsku


Wykład i praktyka

Nowa nabór na trening Tai Chi
Warszawa Powiśle


kameralna grupa

Skaryszewskie spotkania
z Qi Gongiem


(Działamy dalej!!!) w każdą środę 10:30-12:00

Spotkanie z tańczącą w tle

Sobotni poranek, pogoda średnia, zimny wiatr, ale, co najważniejsze, nie pada. Skaryszak dopiero zdaje się zauważać nadchodzącą jesień. Zieleń drzew ciemnieje, a na ziemi pojawiają się pierwsze uschnięte liście. W zabytkowym ogrodzie różanym nadal kolorowo, choć kwiaty są już coraz mniejsze. Ja ustawiłem się z kumplem na trening w pięknych okolicznościach przyrody. On ćwiczy co innego, ja co innego – choć obaj kręcimy się wokół Tai Chi i Qi Gongu. Uczymy się od siebie nawzajem. To fajny układ, może żaden z nas nie jest jakimś wielkim nauczycielem (choć kumpel ma za sobą nieomal „zbowidowską” przeszłość), to z tej współpracy pojawiają się fajne rzeczy.

I tak sobie ćwiczymy. Było osiem kawałków brokatu w dziwnej wersji oraz „ruski generał”. Ciekawe jest to, że nawet jeśli to ja uczę mojego treningowego partnera, to dużo na tym korzystam. Zauważam, że pewnych rzeczy nie potrafię wyjaśnić, a to znaczy, że tego nie umiem. Uczę się też widzieć błędy i muszę skorygować wskazówki tak, żeby były dokładne. Przede wszystkim jestem zmuszony do skorygowania własnych umiejętności. Bo przecież może mi się wydawać, że robię dobrze, a wtedy mój „uczeń” powtarza błędy po mnie.

I tak ćwiczymy sobie „zagarnianie wody”, a ja, wpatrzony w horyzont, nie zauważam nic wokół siebie. Aż nagle odwracam się w prawo, a tam…. A tam, na tle pomnika „tańczącej”, stoi Łukasz i się rechocze!

Budda i KO

Dla niewtajemniczonych: Łukasz znany jako Budda lub Futao, to człowiek, który przewijał się przez całe moje treningowe życie. Poznaliśmy się na Krasnołęckiej, gdzie obaj ćwiczyliśmy Tai Chi spod znaku mistrza Yang Jwing Minga, potem spotkałem go na Yi Quanie na pojedynczych iwentach, na których tam bywałem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w 2005, na obozie w Chorzowie, byliśmy w jednym pokoju. Razem też wybraliśmy się na podbój Paryżewa, rozwiązując po drodze różne problemy filozoficzne. Ale chyba najdłużej ćwiczyliśmy razem Chuo Jiao Fanzi.

Chorzów 2005. Lepszej fotki nie udało mi się znaleźć…. stare czasy. Drugi od lewej to Młody, potem Łukasz i ja cały na czerwono. Musicie mi zaufać.

Łukasz jest też autorem jednego tekstu na tym blogu, czyli relacji z wizyty mistrza chińskiej odmiany zen, czy jakoś tak. On się na tym zna.

Obecnie Łukasz wkręcił się w grupę ćwiczącą Qi Gong, taki chyba mocno skierowany na Bagua, ale muszę go jeszcze na ten temat wypytać.

Chwilę pogadaliśmy, bo Łukasz umówił się ze znajomymi na powtarzanie materiału. Doooobrze. Powtarzanie matką doskonałości, albo ojcem – nie pamiętam. Kiedy skończyliśmy trening podeszliśmy jeszcze do Łukasza i jego znajomych na krótką sesję fotograficzną.

wspólne zdjęcie z nowopoznaną „konkurencją”
ładnie to wygląda i eko, i w ogóle pro – tylko ten z prawej psuje widok

PS. Odkrycie dnia – „Siła smoka leży w jego ogonie”

2 Komentarzy : “Spotkanie z tańczącą w tle” Ależ dyskusja!!!

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: