Pokaż mi swoje Kung Fu, a będę wiedział czy warto jest się z Tobą napić…
Słowem wstępu: termin Kung Fu (a właściwie – poprawnie – Gong Fu) zbudowany jest ze znaków Gōng (chin. kung 功 – „osiągnięcie, dorobek”) oraz Fu (chin. fu 夫 – „człowiek”). Złożenie tych dwóch elementów w jedno pojęcie ma w filozofii chińskiej znaczenie znacznie głębsze, niż mogłoby się wydawać. Jeśli bowiem całość dorobku i osiągnięć człowieka nazwiemy kulturą, to najpełniejsze tłumaczenie Gong Fu brzmiałoby właśnie: „kultura człowieka”.
Zwyczajowo słowo to łączymy ze sztukami walki — a dokładniej: tylko z chińskimi sztukami walki. Tymczasem kung fu, to raczej proces zdobywania biegłości, długotrwała praktyka, niż konkretna umiejętność związana z biciem w twarz.
Co ciekawe, bardzo wiele osób, mówiąc o sztukach walki, zestawia Kung Fu i Tai Chi tak, jakby były to dwie zupełnie różne rzeczy. Niejednokrotnie słyszałem, że w Tai Chi coś robi się „tak”, a w Kung Fu „inaczej”. Zupełnie jakby Tai Chi nie było chińską sztuką walki i nie podlegało tym samym zasadom.

Ogólnym chińskim określeniem sztuk walki jest Wushu (武術). Termin ten obejmuje zarówno style tradycyjne jak i sportowe. To znacznie trafniejsze określenie, gdy chce się podkreślić, że moje Tai Chi niesie ze sobą tradycje bojowe — nawet jeśli dziś jestem już raczej emerytem i nie planuję wychodzenia na ring. Istnieje też pojęcie Kuo Shu (國術), czyli „sztuka narodowa”. Zostało ono wprowadzone przez rząd Republiki Chińskiej (Tajwan), by zaakcentować narodowy charakter chińskich sztuk walki.
W praktyce wszystkie te trzy terminy bywają używane wymiennie i — dla nas — w gruncie rzeczy znaczą to samo. Różnice tkwią w detalach i prawdopodobnie są istotne głównie dla ich twórców.
Ale po co ja to wszystko piszę? Nie chodziło mi o akademicki wykład z chińskiej terminologii. Bardziej o samą istotę uprawiania Kung Fu. A najlepiej widać ją na konkretnym przykładzie.
Ostatnio poznałem Kubę. A właściwie — znałem go już wcześniej, choćby z opowieści Justyny, jego żony. Kojarzyłem go też jako człowieka znajdującego się zwykle na drugim końcu smyczy Pigwy — psa, którego trudno nie słyszeć. Tym razem jednak mieliśmy okazję usiąść razem przy stole i porozmawiać. A jak wiadomo, przy stole najłatwiej poznać człowieka.
Związki Kuby z Tai Chi są bardzo rozległe: z godnością znosi on fakt, że jego żona praktykuje tę sztukę od kilku lat. I to już samo w sobie jest umiejętnością, którą można spokojnie uznać za realną. Jego prawdziwe Kung Fu objawia się jednak gdzie indziej.
Kuba robi bączki. Ale nie takie, o jakich część zboków zapewne właśnie pomyślała. On wytacza bączki — łącząc różne gatunki drewna, w tym takie, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Opowieść o bączkach należy zacząć od warsztatu, bo — podobnie jak w Tai Chi — podstawy są najważniejsze. Szczęściarz ma cały jeden pokój przeznaczony wyłącznie na swoją pasję. Narzędzia nie muszą walczyć o miejsce w szafie ani o jedną, wyżebraną półeczkę. I żadna zimnooka władczyni szaf nie każe mu „utrzymywać porządku”. Wszystko jest pod ręką, a w rogu stoi nawet niewielka tokarka. Zazdroszczę.

Bączek to zabawka prosta tylko z pozoru. W rzeczywistości wykorzystuje cały zestaw skomplikowanych zasad fizyki: efekt żyroskopowy, zasadę zachowania momentu pędu. Jest znany od tysięcy lat. Egipcjanie puszczali bączki, gdy Słowianie wciąż zbijali bąki w puszczańskich ostępach. Żydzi stworzyli rytualne drejdle i zamienili je w grę o lekkim zabarwieniu hazardowym. Japończycy — jak to oni — stworzyli wirujących samurajów, czyli walczące bączki koma. W Malezji królowały ciężkie bączki gasing, używane w zawodach na czas wirowania, a w Meksyku pojawiło się trompo (oraz jego portugalska odmiana — pião), napędzane małym biczykiem. Mam wrażenie, że podobne zabawki można dostrzec nawet na obrazach Hieronima Boscha. Ja widziałem takie bączki w Guangfu (patrz film poniżej), a własne egzemplarze przywiozłem z Tajwanu. W Polsce znano je jako frygi lub cygi. Koreańczycy z kolei swoje paengichigi poganiali biczykami na lodzie — znacznie ciekawsza alternatywa niż turlanie kanadyjskich czajników.
Kuba tworzy bączki klasyczne — takie stuprocentowe „bączki w bączku”. Powstają z trzech gatunków drewna, klejonych w różnych konfiguracjach (takie bączniaste San Bao), a następnie formowanych na tokarce. Metodologia to już know-how. Taka mała magia wydobywania ruchu (wirowania) z bezruchu drewnianego klocka. Efekt? Małe drewniane perełki, wirujące niczym derwisze — tylko zdecydowanie ładniejsze. Kuba wysypał nam na stół zawartość dwóch szuflad swojej jarzębinowej szafki (jeśli dobrze zapamiętałem materiał). Puszczaliśmy je po kuchennym stole, zahipnotyzowani ruchem oraz różnorodnością kolorów i kształtów.
I właśnie to jest jego Kung Fu. Szanuję je, bo nie każdy musi udawać, że potrafi poruszać się niczym w dziegciu, by uprawiać swoją „człowieczą kulturę”. Dobrze jest mieć w życiu coś poza pracą — coś, co robi się dla siebie, a nie dla dobroczyńcy i łaskawcy, zwanego szefem. Nawet jeśli jest to coś — jak Tai Chi czy bączki — co nie wnosi wiele do polskiego PKB. Poza radością tworzenia.
Na koniec dziękuję Kubie za podarowanie nam jednego egzemplarza swojego rękodzieła. Bączek otrzymał nazwę „Wiru Ostatecznej Zagłady” i spoczywa w szafie chwały, obok swojego tajwańskiego braciszka i pomiędzy dwiema figurkami terakotowych żołnierzy.

Jeśli podobają Ci się artykuły, które tu publikuję, możesz pomóc mi dalej rozwijać pasję Tai Chi. Każdy drobny datek to dla mnie wsparcie w dalszej nauce i możliwość wyjazdów treningowych do mistrzów w Azji.
Twoja pomoc pozwoli mi pogłębiać wiedzę i dzielić się nią tutaj – z Tobą i innymi praktykującymi w Polsce.
☕ Jeśli chcesz, możesz „postawić mi kawę” – kliknij obok.
Z góry dziękuję za każde wsparcie! 🙏






Kraftowy kebab, rzemieślnicze lody, kungfiarskie bączki :]]
„Wir Ostatecznej Zagłady” – niech spoczywa na dnie szafy, nigdy nie wiadomo co się wydarzy kiedy ktoś go wprawi w ruch….
no risk, no fun…