O emocjach w boksie i Tai Chi. To będzie dość karkołomne porównanie, ale od dawna noszę się z napisaniem o tym kilku słów. A zaczęło się to od wywiadu z „Tigerem”, czyli znanym polskim bokserem Dariuszem Michalczewskim. I pomimo że specyfika treningu Michalczewskiego i naszego jest baaardzo daleka od siebie, to jego słowa bardzo mi się podobały. Może nie chodzi tu o samą nieomal mityczną walkę, do której, umówmy się, ani się nie zbliżamy, ani specjalnie nie dążymy, ale gdyby jego odpowiedź uogólnić, to dotyka ona kilku ciekawych obszarów.
„Co się czuje w ringu do zawodnika? To jest jakaś chłodna kalkulacja? To jest szermierka?” – takie pytanie usłyszał kiedyś Dariusz Michalczewski w jednym z wywiadów. Michalczewski, bokser znany z tego, że kończył swoje walki nokautami, mówił o tym, że nie chodzi mu o nienawiść do przeciwnika ani o chęć zrobienia mu krzywdy. On chce go ograć. Być szybszym, lepiej reagować, znaleźć lukę w obronie i wykorzystać ją zgodnie z zasadami walki. Owszem, trzeba uderzyć – w twarz, na wątrobę, doprowadzić nawet do nokautu – ale nie po to, żeby przeciwnika okaleczyć. Chodzi o zwycięstwo, a nie o zaspokojenie potrzeby zadawania bólu.
Jest w tej wypowiedzi pewien paradoks. Żeby skutecznie walczyć, trzeba być gotowym do zadawania ciosów, ale nie można pozwolić, żeby sama chęć uderzenia przejęła kontrolę nad naszym zachowaniem. Kiedy człowiek koniecznie chce trafić przeciwnika, zaczyna się spinać. Traci szybkość, przestaje właściwie oceniać sytuację, a jego ruchy stają się bardziej przewidywalne. Emocja, która miała dodać mu siły, zaczyna mu przeszkadzać.

Nie chodzi o brak emocji
Kiedy mówimy o opanowaniu emocji w sztukach walki, łatwo wyobrazić sobie zawodnika, który jest całkowicie obojętny. Wchodzi na ring, patrzy na przeciwnika jak na problem matematyczny i beznamiętnie wykonuje kolejne działania. Tyle że chyba nie o to chodzi. Strach, pobudzenie, ekscytacja, niepewność czy nawet złość są naturalnymi reakcjami. Nie da się ich po prostu wyłączyć. Można natomiast nauczyć się nie oddawać im sterów.
Walka wymaga zaangażowania. Trzeba być czujnym, zdecydowanym i gotowym do działania. Nie można jednak pozwolić, by emocje zawęziły nam pole widzenia. Zawodnik, który widzi wyłącznie twarz przeciwnika i myśli tylko o tym, żeby go trafić, przestaje dostrzegać pozostałe możliwości. Nie zauważa zmiany dystansu, pracy nóg, przygotowania do kontrataku. Zaczyna realizować własny zamiar, zamiast odpowiadać na to, co rzeczywiście się dzieje.
W tym sensie spokój nie oznacza bierności. Jest raczej zdolnością do zachowania szerokiego pola uwagi i swobody działania nawet wtedy, gdy sytuacja jest dynamiczna i nieprzyjemna.
Boks jako szermierka
Porównanie boksu do szermierki wcale nie jest tak odległe od rzeczywistości, jak mogłoby się wydawać. W obu przypadkach mamy do czynienia z dystansem, wyczuciem czasu, obserwacją przeciwnika, przewidywaniem jego zamiarów i wykorzystywaniem krótkotrwałych okazji. Nie wystarczy mieć silny cios. Trzeba jeszcze znaleźć odpowiedni moment, odpowiednią odległość i właściwą drogę do celu. Można być silniejszym od przeciwnika, a mimo to przegrywać, jeśli jest się wolniejszym, bardziej przewidywalnym albo zbyt łatwo daje się sprowokować. Dobry bokser nie musi nienawidzić człowieka stojącego naprzeciwko. Musi go obserwować, rozpoznawać jego nawyki i reagować na jego działania. Nie powinien też zakochiwać się we własnym planie walki. Jeśli przeciwnik zmienia taktykę, trzeba zmienić własną. W tym właśnie widzę podobieństwo do jednej z podstawowych idei Tai Chi: nie narzucać na siłę własnego działania, ale umieć dostosować się do sytuacji.

Tai Chi – nie walczyć z siłą, ale nie rezygnować z działania
W Tai Chi często powtarza się, że nie należy przeciwstawiać się sile przeciwnika bezpośrednio. Trzeba ją rozpoznać, podążyć za nią, zmienić jej kierunek albo wykorzystać jej dynamikę. Nie oznacza to jednak, że mamy być bierni i pozwalać partnerowi robić z nami, co zechce.
W praktyce oznacza to raczej rezygnację z niepotrzebnego oporu. Jeżeli partner naciska, a ja odpowiadam napięciem i próbuję za wszelką cenę go zatrzymać, bardzo szybko zaczynam walczyć nie tylko z nim, ale również z własnym ciałem. Mięśnie napinają się ponad potrzebę, oddech staje się płytszy, ruch traci płynność. Zamiast reagować, zaczynam realizować jeden, z góry ustalony pomysł. To trochę tak, jakby bokser postanowił za wszelką cenę zadać jeden konkretny cios, niezależnie od tego, co robi przeciwnik.
W Tai Chi ważne jest zachowanie zdolności do zmiany. Raz trzeba ustąpić, innym razem wejść w przestrzeń partnera, zmienić kierunek, przejąć inicjatywę albo wykorzystać jego chwilową utratę równowagi. Nie powinno się przy tym tracić własnej struktury i kontaktu z podłożem.
Do tego potrzebne jest rozluźnienie, czyli Song (鬆). Nie rozumiem go jako wiotkości czy rezygnacji z napięcia mięśniowego w ogóle. Chodzi raczej o usunięcie napięć zbędnych, takich, które ograniczają swobodę ruchu i utrudniają reagowanie. Ciało ma pozostać zorganizowane, stabilne i gotowe do działania. Emocje, złość, chęć wygranej będą powodować, że nasza uwaga, zamiast być rozproszona, będzie skoncentrowana na celu.
Podobnie jak bokser nie może usztywnić się w oczekiwaniu na cios, adept Tai Chi nie powinien zamieniać swojego korzenia w przyspawanie stóp do podłoża.
Intencja działania a potrzeba dominacji
Wydaje mi się, że warto rozróżnić dwie rzeczy, które często niesłusznie traktujemy jako jedno.
Pierwsza to zdecydowana intencja działania. Weźmy na warsztat to niegdyś mityczne dla mnie centrowanie. Chcę wykonać technikę, przejąć inicjatywę, wytrącić partnera z równowagi, chcę usłyszeć, jak reaguje partner, i nauczyć się tego, jak odpowiada. Ale jeśli chcę go pokonać, wygrać zawody, to już inna para kaloszy. Druga to emocjonalna potrzeba pokonania człowieka, zaznaczenia swojej pozycji w stadzie, czasami nawet upokorzenia go albo zadania mu bólu.

Pierwsza droga może być niezbędna w treningu bojowym. Druga często staje się przeszkodą.
Nie oznacza to oczywiście, że w takim treningu można zupełnie oddzielić działanie od emocji. Nie jesteśmy maszynami. Odczuwamy presję wyniku, stres, zmęczenie i obawę przed porażką, szczególnie na egzaminach, które są dla nas większymi wyzwaniami. Rzecz w tym, żeby nie pozwolić, aby te odczucia decydowały za niego.
W treningu Tai Chi sprawa wygląda podobnie. Jeżeli w tui shou za bardzo zależy mi na tym, żeby partnera wypchnąć, przewrócić albo udowodnić mu, że jestem lepszy, bardzo łatwo tracę zdolność słuchania jego ruchu. Zamiast odczytywać kierunek i jakość nacisku, zaczynam szukać okazji do wygrania za wszelką cenę.
Partner przestaje być źródłem informacji, a staje się przeciwnikiem, którego trzeba pokonać. Wtedy ćwiczenie przestaje uczyć tego, czego miało uczyć. Oczywiście nie znaczy to, że w tui shou należy unikać rywalizacji. Przeciwnie, pewien poziom oporu i niepewności jest potrzebny, jeśli chcemy sprawdzić, czy nasze umiejętności działają poza wyuczonym układem. Ale rywalizacja nie musi oznaczać wrogości.
Spokój nie jest słabością
W niektórych środowiskach sztuk walki można spotkać przekonanie, że skuteczność wymaga agresji. Że trzeba się odpowiednio nakręcić, wzbudzić w sobie złość, potraktować partnera jak wroga. Być może niektórym osobom takie nastawienie pomaga przełamać lęk lub zwiększyć gotowość do działania. Nie jest to jednak jedyna droga, a już na pewno nie zawsze droga najlepsza. Jakby to powiedział Yoda w „Imperium kontratakuje”: „(Ciemna strona Mocy jest…) Szybsza, łatwiejsza, bardziej uwodzicielska. Jeśli raz wejdziesz na ciemną ścieżkę, na zawsze zdominuje ona twoje przeznaczenie. Pochłonie cię, tak jak uczyniła to z uczniem Obi-Wana”, a kiedy Luke pyta, jak ma odróżnić dobrą stronę od złej, Yoda dodaje: „Poznasz, kiedy będziesz spokojny, wyciszony. Czysty.”.
Złość może dodać energii, ale może też odebrać precyzję. Chęć odwetu może zmobilizować do działania, ale równie dobrze może sprawić, że przestaniemy dostrzegać zagrożenie. Nadmierne pobudzenie potrafi zamienić trening w chaotyczną przepychankę.

Z drugiej strony spokój nie powinien być mylony z brakiem zdecydowania. Można być spokojnym i jednocześnie bardzo konkretnym. także ustąpić bez poczucia porażki, a chwilę później przejąć inicjatywę i wykonać technikę zdecydowanie, nie traktując jej jako osobistego ataku na drugiego człowieka.
Właśnie tak rozumiem sens opanowania emocji w treningu.
Partner nie jest wrogiem
Jest jeszcze jedna rzecz, która odróżnia trening od walki sportowej. Na sali treningowej partner powinien pozostać partnerem, nawet jeśli na czas ćwiczenia odgrywa rolę naszego przeciwnika. To on pomaga nam sprawdzić, czy potrafimy zachować równowagę, rozpoznać nacisk, zmienić kierunek i wykonać technikę pod presją. Jeżeli zaczynamy traktować go jak kogoś, komu trzeba za wszelką cenę udowodnić swoją wyższość, tracimy z oczu wspólny cel.
Nie chodzi o to, żeby ćwiczyć bez oporu i wzajemnie sobie ustępować. Takie podejście również może prowadzić do złudzenia umiejętności. Chodzi o to, by potrafić zwiększać intensywność bez utraty kontroli, a rywalizować bez osobistej niechęci.
Boks daje tu bardzo dobrą lekcję. Można uderzać mocno, walczyć o zwycięstwo i jednocześnie szanować przeciwnika. Można chcieć go pokonać, nie życząc mu krzywdy poza tym, co nieuniknione w ramach sportowej rywalizacji. W Tai Chi ta sama zasada może być realizowana na innym poziomie intensywności. Czy muszę: czuć złość do partnera, żeby skutecznie wykorzystać jego błąd albo się z nim siłować, żeby sprawdzić jakość własnej struktury. Czy muszę za wszelką cenę być górą, żeby czegoś się nauczyć.
Powoli, ale bez wahania
Być może najważniejsza różnica między treningiem a walką polega na tym, że trening daje nam możliwość świadomego przyglądania się własnym reakcjom. Możemy zauważyć, kiedy zaczynamy się spinać, kiedy chcemy wymusić ruch, kiedy irytuje nas przewaga partnera, a kiedy strach przed porażką odbiera nam swobodę.
Wolne ćwiczenie Tai Chi pozwala dostrzec te mechanizmy w ciele. Tui shou sprawdza, czy potrafimy zachować je w kontakcie z drugim człowiekiem. Bardziej dynamiczna praktyka pokazuje, czy nie tracimy ich wtedy, gdy brakuje czasu na spokojną analizę. Nie chodzi o to, żeby podczas treningu rozmyślać nad każdym ruchem. Chodzi o to, żeby dzięki treningowi odpowiednie reakcje stały się naturalne. Tylko czysty umysł nam na to pozwoli.
Wróćmy więc do słów Dariusza Michalczewskiego: „Nie chce nienawidzić przeciwnika, nie chce go okaleczyć. Chce go ograć. Być szybszym i skuteczniejszym”. On rozumie, że nadmierna chęć zadania ciosu może go spowolnić.
Wydaje mi się, że to bardzo dobra wskazówka również dla ćwiczących Tai Chi. Bo co nam przeszkadza? Stopnie, egzaminy, pozycja w grupie, staż treningowy, prywatne animozje, własne koncepcje treningowe i wiele innych rzeczy, które powodują, że umysł przestaje być czysty.
Przykład z sali
Może nie z treningu Tai Chi, ale ostatecznie trzeba mieć otwarty umysł. Jest w Sistiemie taka praktyka, w której partner (czasem dwóch, trzech) chodzi wokół ciebie i uderza. On uczy się zadawać ciosy, technicznie, nie na pałę, bo jego celem nie jest zrobienie krzywdy tylko nauczenie się ciała przeciwnika, tego, jak reaguje, jak się układa pod pięścią i może przede wszystkim przełamać swój strach (obawę) przed uderzeniem drugiego człowieka. Na początek wybieramy tors, ręce, uda. Oczywiście zgodnie z wcześniejszą umową. Bity ma stać i pracować z bólem, rozluźniać go („rozpuszczać oddechem”) i nie napinać się (bo wtedy potrafi bardziej boleć), ale z czasem zaczynamy pracować ze złością – bo zabolało, bo nie mogę (na razie oddać), pozbyć się chęci rewanżu, bo mam świadomość, że za chwilę pojawi się zmiana stron. I wtedy muszę popracować nad tym, żeby ćwiczyć, ale nie skupiać się na oddawaniu.
Może to (Uwaga!!!) górnolotne, ale ten Rosjanin, który daaawno temu pokazał nam ten trening powiedział, że tu wszystko musi się odbywać z „miłością”. Może to był jakiś problem translatorski, ale może coś w tym jest.




