Podróż życia – sala Anthony’ego Yapa

Sala w Miri

Niby dobrze mi znana, bo ja ją nieraz już widziałem – na filmach z YouTube’a. Wyobrażałem ją sobie jako miejsce z dobrym klimatem do treningu i faktycznie – nie zawiodłem się. W Miri jest pod dostatkiem prostych budynków składających się ze sporych pomieszczeń przeznaczonych do prowadzenia różnych biznesów. Pomieszczenia mają taki loftowy sznyt. W jednym z nich mieści się ośrodek Nauczyciela Yapa. Na parterach zazwyczaj rozkładają się sklepy, knajpy i warsztaty samochodowe, na pierwszych piętrach niewielkie zakłady (w naszym przypadku był to zakład krawiecki), a na drugim piętrze mieliśmy przestrzeń do ćwiczeń. Miejsce jakby specjalnie przygotowane do treningu. Wysokie sufity, które umożliwiają nawet ćwiczenia z kijem. Lustra na ścianach dające możliwość samokontroli oraz pozwalające prowadzącemu uczestniczyć w zajęciach i jednocześnie kontrolować ćwiczących. Jedynymi meblami na sali są biurko zawalone książkami, krzesła pod ścianami i niewielki stolik z głośnikiem w kącie.

Sala nie posiada klimy, w zamian za to są dwa duże wiatraki mielące powietrze. Na zewnątrz temperatura odczuwalna czasami sięgała czterdziestu stopni (oczywiście na plusie), a okna wokół dawały efekt terrarium. Ogólnie to ja nie przepadam za klimą. Pamiętam, jaki miałem problem z klimatyzatorem w Guangfu w czasie naszej pierwszej wizyty. Tu jednak by się przydał. W czasie krótkich przerw wypijałem butelkę wody lub „setki” ichniej cytronety o nazwie „100”, a i tak za chwilę musiałem się wycierać twarz i ręce ręczniczkiem, bo pociłem się niemiłosiernie. Ale… nie żebym marudził. Nawet jakby było jeszcze więcej stopni na termometrze, byłbym szczęśliwy z samego faktu ćwiczenia w tym miejscu.

wejście do sali… wysokie schody zamiast rozgrzewki

Kiedy oglądałem salę na filmach, zwróciłem uwagę na linie wyrysowane na podłodze (patrz zdjęcie poniżej). Zgodnie z podejrzeniem były to stanowiska dla ćwiczących. Dzięki temu można się samemu kontrolować, czy „wkręcenie” stopy osiągnęło poprawny poziom. Jeszcze ważniejszą rolę te linie pełnią w czasie ćwiczeń podstawowych, gdzie trzeba trzymać stopy „jak na szynach kolejowych”, a u początkujących sztywność bioder odkręca palce na zewnątrz. Sam chciałem sobie coś takiego wyrysować, ale Danusia popatrzyła na mnie wzrokiem „numer 6” (czyli: „Ty się natychmiast wyspowiadaj z tego pomysłu”) i sobie odpuściłem.

O pozostałych elementach sali napiszę później.

Linia przekazu

*** Uwaga!!! dużo nazwisk – fragment tylko dla ambitnych!!! ***

Sala jest bardzo ascetyczna: żadnych obrazów, firaneczek, upiększeń, nic. Jedynie na głównej ścianie linia przekazu oraz fotografie kilku roczników uczniów. Fotografie uczniów kończą się w 2019 roku, rok przed tym, o czym już nie chcemy pamiętać. Anthony mówi, że zainteresowanie jeszcze nie wróciło do normy.

Jest też linia przekazu, podzielona na dwie części. Pierwsza część to lineage Mistrza Hounga, druga część to bezpośredni nauczyciele Anthony’ego (aż trzech). Linia przekazu bardzo znamienita – od Chen Chang Xinga począwszy. Nieco mnie to zdziwiło, bo oczywiście nikt nie neguje, że ta wiedza od niego się bierze, ale jakoś przekazy wywodzące się ze stylu Yang się do tego nie przyznają – rozpoczynając lineaż od Yang Lu Chana. Drugi w kolejności jest oczywiście rzeczony Yang Lu Chan. To w zasadzie koniec wspólnej linii tego przekazu i Wu/Hao. Dalej jedziemy już po rodzinie Yang, czyli Yang Jian Hou, synu Yang Lu Chana, zwanym San Xiansheng (czyli „Trzeci Nauczyciel”). Naturalną koleją rzeczy następny portret przedstawia Yang Cheng Fu – wnuka Yang Lu Chana, zwanego „Trzecim synem”. Trzeci syn trzeciego syna… to niemalże magiczne zestawienie… A nie – w bajkach był siódmy syn siódmego syna.

Tu kończy się przekaz rodzinny, ale nadal mamy znane nazwiska. Piąty z kolei na liście jest Cheng Man Ching, czyli ostatni łącznik linii z rodziną Yang. Jednocześnie pierwsze pokolenie znanych nauczycieli spoza rodziny. Następne zdjęcie przedstawia Huang Sheng Shyan, twórcę systemu pięciu ćwiczeń rozluźniających, czyli powodu, dla którego tu jestem. Tu kończy się moja wiedza. Pozostali nauczyciele Anthony’ego Yapa pochodzą już z Miri. Tych trzech nauczycieli to Yek Giong, Ko Tiew Ee oraz Wong Ing Tling. To lokalni praktycy, których nazwiska raczej nie są znane szerzej, a szkoda, bo pewnie w Europie niełatwo byłoby znaleźć dla nich konkurencję.

Trening

Nie ten, który odbywał się rano, o tym już pisałem. Miałem okazję brać udział w regularnych treningach miejscowej sekcji. Ilościowo niewielkiej, ale to chyba znak czasu. Tak szczerze to zaczynam zauważać jakąś niepokojącą zależność: mało ludzi – warto się zainteresować, tłumy – warto uciekać.

rozgrzewka – Nauczyciel z przodu

Ciekawa była struktura treningu. U nas raczej niespotykana. Wszyscy schodzili się już na długo przed treningiem. Na dużo dłużej niż u nas. To dobry zwyczaj. Możesz się wyciszyć, nawet jeśli jest to spokojna pogawędka ze znajomą z sali w kącie pod oknem. Sam trening trwał dwie godziny! Rozpoczął się punktualnie, popłynęła z głośników muzyka i… głos Nauczyciela Yapa. Wszystkie polecenia były nagrane na tle muzyki. Początkowo mnie to trochę dziwiło, ale krótko. Taki układ daje nauczycielowi możliwość ćwiczenia z grupą i ten nauczyciel korzysta z tego skwapliwie. Staje przed grupą i ćwiczy razem ze wszystkimi, dając im przykład i kontrolując ich w lustrze. Czasami, kiedy ktoś popełnia jakieś błędy, dostaje osobistą korektę.

Taki układ treningu to świetna rzecz dla kogoś zaangażowanego, może on bowiem obserwować nauczyciela w ciągu całego treningu. Początkujący jednak mogą się czuć niedocenieni, nikt nie stoi przed nimi i nie zajmuje się ich błędami przez cały trening.

Przerwy

Następną rzeczą, która mnie zaskoczyła, to były przerwy pomiędzy częściami treningu. Dość długie, sygnalizowane oczywiście z nagrania przez głośnik. Czyli jeśli konkretne ćwiczenie ma trwać 10 minut, to będzie tyle trwać i prowadzący nie musi tego pilnować. Przerwy były na tyle długie, że niektórzy siadali sobie na krzesłach i np. zaglądali do telefonów. To duża różnica w stosunku do „naszych przerw”, które potrafią trwać dokładnie kilka sekund. Dlaczego? Nie spytałem, zbyt dużo się działo wokół mnie, żebym roztrząsał takie szczegóły metodyczne. Pewnie mają jakiś sens. Jak zdołałem poznać Nauczyciela Yapa, to jemu by raczej do głowy nie przyszło robić przerwy tylko po to, by sobie na krześle posiedzieć.

Te przerwy to największe zaskoczenie tych treningów. Muszę jednak dodać, że dotyczyły tylko treningów wieczornych, grupowych. Kiedy ćwiczyliśmy razem, przerwa była akurat taka, bym zdążył napić się wody.

grupa na zakończenie treningu

Powrót do domu

Piętnaście minut później byłem w hotelu. No, niby dało się wolniej. Po drodze jeszcze kilka otwartych knajpek było i piwo jakieś by się dało zrobić. Tj. oczywiście jakąś matchę czy coś w ten deseń miałem na myśli. Jakie piwo? Może jeszcze z żubrówką? No nie. Ja wiem, że droga „na” i „z” treningu nie powinna mieć żadnego wpływu na praktykowanie. Ostatecznie jeździmy tam, gdzie jest wiedza. Tam, gdzie są możliwości. Przecież dlatego kilkanaście godzin udawałem szprotkę w tej konserwie, górnolotnie nazywaną Dreamliner, czyli wymarzonym liniowcem. Wiem, że w starych partyzanckich czasach moi koledzy, których teraz bez złośliwości można nazwać kombatantami, potrafili jeździć na drugi koniec miasta po to, by ćwiczyć. I to nie zawsze z tymi najlepszymi.

tablica ogłoszeń z fragmentami książki Huang Sheng Shyan

Jednak przychodzi coś, co kiedyś Jiuzhizi poetycko nazwał „syndromem dupy nosorożca” – może z wiekiem? A może ze świadomością tego, że to, co się wypracowało na treningu, to powinno po tym treningu jeszcze choć chwilę trwać. A jeśli masz pewność, że będziesz miał przed sobą ponad godzinę jazdy z przesiadkami i znów będziesz oglądał autobus, który ucieka sprzed nosa, to trochę ciężko ten spokój zachować. To samo się tyczy rozpoczęcia treningu: co innego wejść na trening w spokoju, a co innego po godzinie podróży w tłoku, w korku, w wiecznie spóźnionym autobusie. Nie bez potrzeby spóźnieni karatecy odsiadują swoje na treningu twarzą do ściany.

W Miri spokojnym krokiem tuptałem do hotelu, myśląc o tym, co ćwiczyliśmy, co poczułem, a czego jeszcze nie. To zaleta treningowej miejscówki pod nosem.

Wnioski

A co tu wnioskować? Zarąbiście było. Jest to jeszcze jedno miejsce na ziemi, gdzie został kawałek mej duszy.

YouTube player
droga do Nauczyciela

1

przyjęcie na osobistego ucznia mistrza Zhai Wei Chuana
Mistrz Anthony Yap
korekty mistrza Zhai Shi Zonga
nauka u mistrza Hong Zi Tiena
pchające ręce z mistrzem Yang Jwing Mingiem

Dziękuję, że rozważasz wsparcie mojego projektu — to już naprawdę dużo.

Zbieram fundusze na wyjazd treningowy do moich azjatyckich Nauczycieli. To nie jest wycieczka, tylko realna praca — chcę studiować Tai Chi i pchające ręce u źródła, tam gdzie te metody są wciąż żywe i przekazywane bezpośrednio w czystej formie.

Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się później.

Zdobyta w ten sposób wiedza nie zostaje „dla mnie”. Wraca razem ze mną — na treningi, warsztaty i spotkania. Dzielę się nią z uczniami, sprawdzamy ją w praktyce, upraszczamy, czasem rozbieramy na części pierwsze. Dzięki temu wszyscy idziemy krok dalej.

Od lat składam tę wiedzę z fragmentów — z treningów, rozmów i własnych doświadczeń. Taki wyjazd to szansa, żeby poukładać to w spójną całość i przekazywać ją dalej w bardziej świadomy sposób. Jeśli zdecydujesz się dorzucić choćby drobną kwotę — naprawdę, nawet symboliczną — pomagasz nie tylko mnie, ale całej grupie osób, które z tej wiedzy będą korzystać.

Dotychczasowe realizacje:

  • 2017 – Guangzou – Chiny
  • 2018 – Tajwan
  • 2019 – Guangfu – Chiny (pierwsze spotkanie z mistrzem Zhai Wei Chuanem)
  • 2024 – Guangfu – Chiny
  • 2026 – Quzhou – Chiny (przyjęcie w poczet osobistych uczniów mistrza Zhai Wei Chuana)
  • 2026 – Miri – Malezja Borneo – (rozpoczęcie nauki u mistrza Anthonego Yapa)

Plany

  • 2028 – Chiny i Borneo – (kontynuacja nauki u mistrzów Zhai Wei Chuana i Anthonego Yapa)

Każda wpłata, nawet ta najmniejsza, ma dla mnie niebagatelne znaczenie. I za każdą jestem szczerze wdzięczny.

Dzięki 🙏


3 komentarze do “Podróż życia – sala Anthony’ego Yapa”

  1. Bardzo lubię te budynki z arkadami, które umożliwiają swobodny spacer podczas deszczu czy ostrego słońca. W Chinach na nie mówią 骑楼 🙂

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz