Podróż życia – Treningi na Borneo

Nauczyciel Yap odebrał nas z lotniska i zawiózł na kolację. Dzięki Bogu, bo było już dość późno, my w obcym mieście, a jedyny sklep blisko hotelu nie oferował niczego ciekawego. Lody przełamaliśmy bardziej niż szybko. Dobre żarcie w prostej knajpie (tak, jak lubię), z lekkim miejscowym piwem (Tiger – jest dostępny na Bakalao), wszystko to poprawiło moją angielszczyznę i ułatwiło rozmowę.

Na wstępie kolacji z Nauczycielem Anthonym Yapem ustaliliśmy, że treningi rozpoczniemy już następnego dnia z samego rana. Im wcześniejsza godzina, tym mniejsza szansa na praktykę w południowym skwarze. Dobrze zrobiłem, że zaplanowałem ten popas w Singapurze, żeby już u celu podróży nie odczuwać żadnego jetlaga. Umówiliśmy się więc na poranny dwugodzinny trening i wieczorne sesje razem z miejscową grupą uczniów (jak będą się odbywać). Początkowo myślałem, że to będzie trochę mało. Wszak jestem przyzwyczajony, że na takich wyjazdach zazwyczaj pojawiają się dwie jednostki treningowe po 150 minut. Wielu rzeczy jednak nie wziąłem pod uwagę.

Dzień treningowy rozpoczynał się niewielkim hotelowym śniadaniem z ichnią wyśmienitą kawą. Miejscowi piją Kopi-C, czyli białą (z nazwy) kawę Robustę plus skondensowane mleko. Śniadanie było niewielkie i to nie tylko z powodu hotelowych standardów (tj. najtańszy hotel w mieście), ale przede wszystkim z powodu temperatury. Ja tam nie byłem w stanie dużo jeść. Ponieważ Nauczyciel Yap miał po drodze, zabierał mnie spod hotelu i tuż przed dziewiątą otwieraliśmy na oścież wszystkie okna na sali (o niej będzie oddzielnie).

Co ćwiczyliśmy? Ja się spodziewałem, że będziemy powtarzać cały ten materiał, który ćwiczyliśmy z Nauczycielem przez Internet. Nie spodziewałem się jednak tego, w jakiej formie. Bardzo długo żyłem w przekonaniu, że pięć ćwiczeń z tego stylu, zgodnie ze swoją nazwą, ma za zadanie rozluźnić ciało. Dopiero literatura tak zwanej „Białej księgi” i ćwiczenia z przyjacielem pokazały, że tam chyba jest coś głębiej. Albo po prostu słowo „rozluźnienie” trzeba tu rozumieć nieco inaczej. I tak zaczęliśmy.

korekta pierwszego ćwiczenia rozluźniającego z partnerem

Już na pierwszym treningu okazało się, że rzeczywistość przerośnie moje oczekiwania. Zaczęliśmy standardowo od omówienia czternastu zasad będących podstawą teorii Tai Chi według przekazu Mistrza Huanga. Niby większość z nich znałem, bo w klasykach pochodzących od Yang Chen Fu większość z nich jest taka sama. Tu jednak dodatkowo nauczyciel pokazywał mi wszystko na żywo. To naprawdę różnica, jeśli ktoś ci pokaże, co to znaczy „Qi opada do dantian” lub na czym tak naprawdę polega „Równomierne wnikanie”. I co najważniejsze, potrafił pokazać w sposób powtarzalny i powoli. Tak, żebym mógł zauważyć różnicę pomiędzy dobrym a złym wykonaniem. To dla mnie ważne, bo czasami ktoś demonstruje techniki tak szybko, że nie sposób zauważyć, jak to działa.

oczywiście wiadomo komu należał się numer 9

Drugą ważną cechą Nauczyciela Yapa była cierpliwość. On tak długo mnie korygował, aż choć raz udawało mi się poprawnie zastosować technikę. Zrozumieć to trochę dużo powiedziane, bo zasadę Yi → Qi → Li w teorii to ja rozumiem, ale czy potrafię ją stosować, to nie wiem, a w zasadzie jestem pewien, że nie.

Nawet potem, kiedy zaczęliśmy korygować, na każdym kroku dostawałem możliwość przećwiczenia różnych ich elementów w ich rzeczywistym znaczeniu. Jakaż była moja radość, kiedy okazało się, że pięć ćwiczeń korygowaliśmy relatywnie krótko. Dużo krócej, niż się spodziewałem. To niekoniecznie znaczy, że opanowałem, bo mam pewność, że czeka mnie jeszcze ogrom pracy, ale mam już pewność, że nauka przez Internet nie poszła na marne. Kontakt przez kamerę, mimo że tak krytykowany i, co tu dużo pisać, nieco odczłowieczony, dał mi podstawę. Miałem bazę do przyjęcia korekt. Dużą część błędów już miałem szansę popełnić w zaciszu swojego pokoju herbacianego.

Pan Li pokazuje mi jak to się robi

Korygowaliśmy też formę i tu również „przelecieliśmy” przez nią nieco szybciej, niż się spodziewałem. Oczywiście zatrzymaliśmy się przy „Pięknych damach tkających na czółenku”, ale szczerze… któż z nas choć raz się nie zatrzymał przy pięknych damach. Ten ruch sprawia mi problem w każdej formie, którą ćwiczyłem. Tam strasznie dużo jest kręcenia i dziwnie się stawia nogi przy wycofywaniu się. No, może jeszcze kopnięcia, bo tam też sporo kręcenia się jest. Wygląda na to, że tracę orientację w formie po obrotach.

Cóż więc robiliśmy przez resztę czasu? A to było tak. Pod koniec pierwszego treningu Nauczyciel powiedział: „A teraz poznasz Pana Li”. I na salę wszedł… chciałbym napisać starszy pan, bo fakt – jest starszy ode mnie, ale okazał się pełnym życia, a co najważniejsze, wspaniale pracował w parach. Ruchy miał krótkie i był bardziej dynamiczny od Nauczyciela. Miał jeszcze jedną cechę. W czasie ćwiczenia często „dreptał” w miejscu, ale pomimo tego nie tracił nic ze swojej stabilności. Ale jeśli chodzi o uczenie, dysponował tymi samymi cechami – cierpliwością i umiejętnością demonstracji techniki. Mnie się czasami wydaje, że coś umiem i jeśli to nawet prawda, to nie zawsze potrafię to pokazać, rozłożone na czynniki pierwsze. A on tak.

Pan Kho pozwala mi zrozumieć technikę

To nie był jeszcze koniec niespodzianek, bo następnego dnia usłyszałem: „Poznaj Pana Kho”. Pan Kho jest najstarszy z całej trójki, ale jego praca z partnerem była wręcz fantastyczna. Drobne, wręcz niewidoczne ruchy przekładały się na moją utratę równowagi. Nie żebym latał po sali jak przysłowiowa małpka. Pan Kho (i pozostali) panowali nad własnymi technikami. Jestem pewien, że gdyby chcieli, to pomimo mojej przewagi masy (zresztą jedynej, jaką miałem) fruwałbym tam na wysokości nieistniejącej lamperii.

I tak się bawiliśmy. Najpierw ćwiczyłem z Nauczycielem Yapem, a na zmianę przyjeżdżał Pan Li i Pan Kho (i zawsze przynosił jakieś drobne przekąski i owoce), a czasami przyjeżdżali obaj. Dwa razy odwiedziła nas jeszcze żona Pana Li, też ćwicząca – ponoć fachowiec od form. I tak sobie ćwiczyliśmy, to znaczy ja ćwiczyłem, a tych trzech muszkieterów zmieniało się niczym zapaśnicy na amerykańskich zapasach. A bawili się przy tym jak wesołe rozwielitki. Na dokładkę trzeba było zobaczyć, jak oni się cieszyli, że mnie się coś udało w miarę poprawnie wykonać. Ale dzięki temu miałem poćwiczyć z ludźmi, którzy ćwiczyli to samo, ale każdy z nich nieco inaczej.

Pod koniec treningu przychodziła Danusia. Zawsze później jechaliśmy zjeść coś niewielkiego, a potem mieliśmy czas na zwiedzanie. To była część, gdzie już więcej słuchałem na temat teorii (moja angielszczyzna nadal jest dość pasywna). Danusia nasłuchała się więc tego wszystkiego dość dużo. I ja się tu wcale nie chcę chwalić, ale widzę, że od samego patrzenia złapała sporo niezłej wiedzy. Któregoś dnia przekonałem się o tym na własnej skórze. Ćwiczymy coś z Panem Kho, na krzesłach wokół siedzą Nauczyciel Yap, Pan Li i Danusia. Coś tam próbują mi podpowiadać. I nagle słyszę po polsku: „Niżej, niżej, przecież on ci kazał niżej na kolanach schodzić”. Bogu dziękuję, że nie przejechała szmatą po plecach. Czwórka nauczycieli i jeden student? Chory układ 😉

Danusia (widać w lustrze) chłonie wiedzę

Z rzeczy, których się zupełnie nie spodziewałem, uczyłem się jeszcze ćwiczenia rzucania monetami o bęben. To jedno z tych ćwiczeń, które mają zarąbistą nazwę i na dokładkę (jak dla mnie) są widowiskowe. Jeśli chodzi o ich zastosowanie, to nie do końca posiadłem tę wiedzę, a wierzę w to, że jest mi potrzebna i że zmieni moją praktykę.

W sumie. Jechałem na Borneo bez większego planu. Nie ustalaliśmy wcześniej zakresu ćwiczonego materiału. Miałem jakąś wizję tego wyjazdu (szczególnie po niewielkim łiskaczu), ale jechaliśmy na przysłowiowy rympał. I sprawdziło się, że w treningu nie powinno się oczekiwać, bo wtedy dostaje się więcej, niż możemy się spodziewać. Jednym słowem: Tai Chi wie lepiej, czego mi trzeba. A może po prostu przyjechałem z przysłowiową pustą filiżanką? To jest z łbem nie skażonym żadną wiedzą. Wyjeżdżałem zadowolony, ze świadomością, że rzadko znajduje się nauczyciel, który tak mocno stara się przekazywać wiedzę.

czasami korzystaliśmy z pomocy naukowych

Od razu odpowiem, choć pewnie nikt nie spyta: „Czy mnie to nie przeszkadza, czy to się nie pieprzy?”. Odpowiadam: „Nie”. Problem polega na tym, że pomimo całego szacunku dla nauczycieli, z którymi mogę mieć kontakt tu w Polsce, nie widzę dla siebie możliwości kompletnej nauki. To, co napisałem, może brzmieć, jakbym miał żal do naszego środowiska, a tak nie jest. Ja wiem, że jestem tępym uczniem i wiele rzeczy trzeba mi tłumaczyć wiele razy i, co najważniejsze, na wiele sposobów. Wtedy jest szansa, że zajarzę. Tak jest i tu. Pięć Ćwiczeń Rozluźniających zazębia się z Pięcioma Ćwiczeniami Podstawowymi, a ćwiczenie „zerowe”, którego uczyłem się od Nauczyciela, to dla mnie inna wersja Shang xia mao dun, taka bez użycia rąk. Dobre Tai Chi to dobre Tai Chi.

Gdybym miał możliwość uczenia się bezpośrednio i na stałe u nauczycieli klasy mistrza Zhaia czy nauczyciela Yapa, wybrałbym „treningową monogamię” bez wahania i w stu procentach szedłbym jedną, wybraną drogą. Ale jest, jak jest, i dlatego ćwiczę tak, jak ćwiczę.

pożegnalna kolacja – zdjęcie rodzinne

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz