M ćwiczy ze mną już od jakiegoś czasu. Początkowo jakoś nie dawałem sobie nadziei, że będzie chodził dłużej, bo był najmłodszy w grupie i jedynym facetem w żeńskiej grupie. Ale nauczył mnie tego, żeby nie oceniać – z żeńskiej grupy zostało jeno wspomnienie, a M jest i ćwiczy. Ostatnio postanowiłem nauczyć go formy Wububafa. I na każdym treningu staramy się popracować nad jakimś jej fragmentem.
Forma Wububafa nie jest prosta, łatwo w niej pomylić strony, techniki są do siebie dosyć podobne i łatwo się zgubić czy też zmienić kierunek. Przekonałem się o tym bardzo boleśnie, kiedy to w Guangfu przed mistrzem mieliśmy coś na kształt egzaminu. Mieliśmy zrobić formę, której uczyliśmy się przez poprzednie dziesięć dni i… ja, mały miś, zrobiłem jakąś wariację d-moll na jej temat. Nie dziwi mnie to, że inni też się mylą. I tak powtarzamy sobie trzecią sekcję, w której M sypie się najczęściej.
„O, tego nie rozumiem (to cai – podpowiadam), dalej takie śmieszne uderzenie (to lie), a potem łokieć i bark (tu nie podpowiadam, bo tam jest łokieć i bark), i – M ciągnie dalej – cieszynka, i trzy razy (od KO: Gdzie góra, tam dół).”
Zaliczyłem niewielką zwiechę… ale że co? Jaka cieszynka? Zhai mówił o jakiejś cieszynce?
„Kiedyś grałem w FIFĘ (tak, gra na konsolę) i tam Ronaldo po strzeleniu bramki robi taką cieszynkę – wyskakuje do góry i krzyżuje ręce, kiedy opada, to je rozkłada.”
Cristiano Rolando
No faktoza! Nie załapałem, bo Ronaldo nie grywa od lat w Legii i siłą rzeczy nie obserwuję zbyt często jego zachowań. Ale cieszy mnie to, że M analizuje formę i próbuje wpisać w nią jakiś porządek, swój prywatny ład. Przejrzałem nawet net, żeby poszukać podobieństw, jakiegoś wspólnego wzorca ruchowego. Niestety okazało się, że CR7 (taką ma ksywę ów piłkarz) robi to w sposób zupełnie nieprzystający do tego, co się dzieje w formie…

Przyznaję, że ja miałem nieco inne skojarzenie. Moja pierwsza myśl była związana z karateckim ukłonem, którego trochę namachałem w czasach chodzenia z młodym na Shotokan. Tyle to miało wspólnego z Ronaldo, że zamiast „Siiiiuuuu” mówiliśmy „Ossss” i nie darliśmy się na cały zycher.
Czy to źle? Kiedyś miałem okazję uczestniczyć w treningu prowadzonym przez Dana Docherty’ego. Prowadzący opowiadał, że kiedyś nazw ruchów w formie było bardzo dużo. Większość z nich została zapomniana lub nieprzekazana. Wynikało to z tradycyjnego sposobu uczenia form. Wyglądało to tak, że mistrz mówił głośno nazwę techniki, a grupa to ćwiczyła (nie strzelajcie do mnie – ja powtarzam słowa Docherty’ego).
nazwy ruchów w formie
Na dowód tego zostaliśmy uraczeni sekwencją „grania na harfie”, rozpisanej na trzy różne techniki. Mam to gdzieś w notatkach rozpisane. Ponoć nauczyciele skracali ilość nazw/ruchów w formie, redukując te drobne ruchy na rzecz dłuższych (choć o nich nie zapominając). Początkujący dostawali formę złożoną z ogólnych opisów technik.
Podobno o tych „wewnętrznych znaczeniach/technikach” ludzie dowiadywali się później, jak już byli godni… Zresztą ja też często dodaję jakieś „podruchy” do formy. Tłumacząc zakończenie „Dłonie jak chmury” dodałem „Zamykanie drzwi”, bo zakończeni ostatniej chmury w formie trzydzieści siedem przypomina mi zamykanie dużych drzwi. Takich dużych, suwanych na szynie.
Nazwy ogólnie nie są ważne, ale jeśli pomagają zwrócić uwagę na coś istotnego – to czemu tej podpowiedzi nie stosować? Potem przyjdzie zapomnieć. Taka dodatkowa nazwa pozwala mam zauważyć, że tam jest jeszcze coś poza zwykłym machnięciem rękami.

1









KO ja nie mogę posługiwać się skojarzeniami, bo zawsze przychodzą mi do głowy jakieś głupoty, np. przy takiej pozycji jak ma bu…
Każdy ma swoją ścieżkę…