Światowy dzień Tai Chi…

…taka nowa świecka tradycja, obchodzona w hipotetyczny dzień urodzin hipotetycznego twórcy Tai Chi czyli San Fenga. Imprezę wymyślił niejaki Bill Douglass. Nie wiem kto zacz i chyba nie ma to wielkiego znaczenia. Dla mnie to „święto” ma taki wydźwięk czysto marketingowy. Zresztą wystarczy wejść na stronę tego pana, koszulka z symbolem graficznym święta – prawie 27 dolarów + koszty przesyłki. Można taniej, ale trzeba zamówić 50 sztuk, albo za 150 zielonych licencję do produkcji własnych koszulek. W przyszłości pewnie pojawią się jeszcze długopisy i zapachy do samochodów. Ludzie przecież nie będą szczędzić kasy na to, żeby być lepszym praktykiem Taiji.

Taki własny dzień, to fajny patent na podreperowanie sobie budżetu. Trzeba by wymyślić swój, np: dzień pieczonej szynki z przecierakami, czerwonym pesto, z dodatkiem duszonych pieczarek oraz okry ze szpinakiem, smażonej na oliwie z czosnkiem. Dziś na obiad z Danusią sobie zrobiliśmy takie coś, bo nie chciało nam się nic specjalnego gotować.

Ale do brzegu… bo to nie jest blog kulinarny, choć raz już kulinarnie było. Na dzisiejszy poranek zaplanowałem trening, ale krótki look za okno – leje, więc odpada las… zatem postanowiłem skorzystać z oferty Akademii Yiquan na darmowe warsztaty poświęcone Zhan Zhuang Qigong (Yangsheng Zhuang, Yangsheng Gong). A wiecie jak to jest: Beethoven nie żyje, Newton nie żyje i ja się qurcze jakoś ostatnio gorzej czuję. Tak więc zajęcia zdrowotne jak najbardziej na miejscu. A drugim powodem było to, że pewien czas temu Akademia Yiquan zyskała swoją własną nową siedzibę. W warszawskim światku sztukowalkowym to rzadkość, żeby ktoś posiadał własną siedzibę.

Zazwyczaj tułamy się po salach wynajętych w szkołach, korytarzach czy parkach (choć to ostatnie nie jest złe), ale fajnie byłoby mieć takie swoje miejsce, gdzie można złożyć sprzęt, tarcze, rękawice, powiesić worki, tak by nie trzeba było wozić ich ze sobą w te i nazad i nie musieć wychodzić już teraz, bo następna grupa tupie za drzwiami. Tak więc pojechałem poćwiczyć i pozazdrościć.

Siedziba Akademii mieści się na Grochowie, w okolicach Szpitala Grochowskiego. Dojechałem rano, z krótkim postojem na zakup lewych papierosów (NIE DLA MNIE PRZECA!!!). Akurat Grochów się budził z przepicia. W deszczu na ulicach, spotkałem tylko jedną panią, która głośno śpiewała jakąś dziwną pieśń i wyklinała kierowców ZTM. Qrcze, chyba mógłbym tam mieszkać. Dużo zieleni, mało płotów.

SNC00114
…to czerwone, to irga, jeden z ulubionych krzaczków Danusi
SNC00113
…ulica Wąwolnicka 1, czyli to tu…

… to tu, czyli gdzie? Wokół żywego ducha, a ja chodzę i szukam. Myślałem, że może spotkam kogoś znajomego, ale poza otwartym fryzjerem damskim (w sobotę?! rano?! to chyba siedziba mafii była) żywego ducha. Do damskiego fryzjera nie pójdę, bo siara i trochę strach, bo tam kobiety z ostrymi przyrządami w rękach przesiadują. Ale w końcu…

SNC00112
…dzięki mojej nadwzroczności starczej…

…jest…

Światowy dzień Tai Chi
… i ja się załapałem na fotce…

Potem tylko schodami w dół, obok biura rachunkowego, w prawo, mijam kotłownię i już jestem. Czułem się jak w domu, bo salka jest wielkości mojego dużego pokoju, a terakota dokładnie taka sama jak u mnie w przedpokoju. Ale wszystkim krytykantom/hejterom powiem tak, chcielibyście mieć taką salkę dla siebie.

SNC00108
…salka…

Było nas raptem czterech (ja, dwóch znajomych Yiquanowców i pan, którego nie znałem) + prowadzący, i tak na moje oko, to jeszcze może dwie osoby by się zmieściły. Cztery osoby na warsztatach, to luksusowy układ…

Na początek Taiji Qi Gong (niektóre z osiemnastu form tego zestawu), a potem Zhan Zhuang Qigong. To Qi Gong, który w latach 50-tych propagowany był przez mistrza Wang Xiangzhai w szpitalach, potem taką metodykę uczenia kontynuowała jego córka Wang Yufang. Nie będę opisywał – bo to bez sensu jest, trzeba było przyjść samemu. Podobno jestem człowiekiem, który wszędzie widzi podobieństwa i tym razem też tak było. Widziałem takie rzeczy, które już wcześniej ćwiczyłem, czy ćwiczę teraz, ale inaczej ujęte i inaczej opowiedziane. Tak lubię, bo przez to lepiej rozumiem rzeczy, które ćwiczę. Co prawda to była wersja zdrowotna, pozbawiona niektórych odczuć, ale i tak było fajnie.

Spójrzcie jeszcze na fotkę powyżej: po prawej stronie widać rury, dość długo myślałem że szum wody rozlegający się w sali pochodzi właśnie z kanalizacji, dopiero potem się okazało, że to muzyka relaksacyjna… no sorry, ale ja tak reaguję na taką muzykę ;). W drugiej części była praca z trawami i dużymi siłami, a na koniec załapałem się nawet na rutynowe pchające dłonie z Gustawem. No sorry chłopie, to nie moja bajka mówiłem Ci, że się ze mną uszarpiesz :).

SNC00110
Andrzej Kalisz
SNC00109
…święte cytaty…

Na koniec… wracając znalazłem w pobliskim sklepie piwo o wdzięcznej nazwie „Toporek”. Było w sam raz do opisanego wcześniej obiadu.

…i taki był mój Światowy dzień Tai Chi

0 Replies to “Światowy dzień Tai Chi…”

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz