Rozwiązana zagadka Yeti

  • Jadę w góry — rzucił Młody, kiedy dogadywaliśmy jakieś szczegóły wspólnych działań. — zaliczymy Szczeliniec i Tybet.

Tybet? Z geografii to ja byłem w szkolę dużo powyżej średniej. To znaczy lewych dopływów Wisły pamięciowo nigdy nie opanowałem, ale mapami posługuję się lepiej niż nieźle. Gdzie Szczeliniec, a gdzie Tybet? Moją pewność utwierdzał fakt, że Szczeliniec odwiedziłem ostatniego lata osobiście.

  • To taki polski Tybet — uściślił Młody. — Tybet na miarę naszych możliwości – błysnął znajomością klasyków. – Takie mniej znane miejsce…
  • Fajnie, napiszesz mi o tym, pięćset słów i cztery zdjęcia — odparłem zadowolony. Nieczęsto da się znaleźć “ghost wreaitera” który wypełni blog świeżą treścią.

stupa czyli relikwiarz
stupa, czyli relikwiarz jak się patrzy

Ów “polski Tybet” to mieszczący się w Darnkowie, jedyny w Polsce (i jeden z nielicznych w Europie), ośrodek buddyzmu tybetańskiego… A oto relacja Młodego (który przy okazji debiutuje literacko na moim blogu):

Opowiem Ci o tym, jak podczas ostatniej wędrówki po Górach Stołowych trafiłem na portal czasoprzestrzenny, który przeniósł mnie wprost do Tybetu.

Wybraliśmy się paczką znajomych, by pochodzić po górach. Niektórzy nazwaliby to teraz trekkingiem, by być w zgodzie z terminologią Google. Pomijając terminologię, maszerowaliśmy wesoło przez malowniczą krainę wśród płaskich jak stół skał. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w trakcie wycieczki trafiliśmy w miejsce, którego kształtu się nie spodziewałem. Co prawda spotkanie było zaplanowane, ale to, co zobaczyłem, było niespodzianką. Klimat tego miejsca sprawił, że wchodząc w granicę Drophan Ling, (czyli „Pożytek dla wszystkich” – dopisek od Starego) przekroczyliśmy portal do innego świata.

Początkowo miejsce to wydawało się niedostępne. Przy bramie wjazdowej widniała tablica informująca, że wkraczamy na teren prywatny. Nie było jednak tam informacji o tym, że wstęp jest wzbroniony, dlatego też nie zatrzymało nas to przed dalszą eksploracją. Powoli mijaliśmy maszty pełne kolorowych płócien poszarpanych przez wiatr. Płótna te zawierały modlitwy, które po rozszarpaniu siłami natury niesione są w świat. Po wejściu na poziom Gompy (po tybetańsku “jaskinia”, ale w tym znaczeniu świątynia — znów wymądrzanie się Starego) nieśmiało rozglądaliśmy się, odkrywając kolejne budynki co do zastosowania których nie mieliśmy bladego pojęcia.

Oczywiście największą ciekawość budziła w nas stupa. Mimo wyczuwalnego wschodniego klimatu zabudowań ta jedna znacząco odcinała się od reszty. Jest to niespotykana w naszym regionie forma relikwiarza, tym bardziej ciekawość nie powinna nikogo dziwić. Tam też spotkaliśmy pierwszych mieszkańców Drophan Ling. Początkowo wydawało mi się, że mamy kontakt z turystami, jednak po chwili zauważyłem, że chodzą oni wokół atupy jakiś inaczej. Nie wyglądali raczej na turystów.

Nieśmiało zapytaliśmy, o cel tego chodzenia wokół, by po chwili samemu maszerować wokół stupy w wybranych intencjach. Podobno okrążając ją co najmniej trzy razy w dobrej intencji życzenia, to te się spełnią.

bhutańskie malowidła zdobiące ścianę świątyni                                                                

Tam też poznaliśmy Pana, który zaproponował nam odwiedzenie sali modlitewnej zwanej Gompą i zobaczenie butańskich malowideł zdobiących jej ściany. Nie chciałbym zbytnio zagłębiać się w ich znaczenie, choć przyznaję, że opowieści przypisane poszczególnym postaciom były bardzo ciekawe. Wyjątkowo interesujące było pochodzenie malowideł. Sala była „wymalowana” od podłogi aż po sufit. Jednak żadne z tych malowideł nie powstało na miejscu. Były one stworzone na płótnach w Bhutanie i przywiezione do Polski, gdzie starannie wyklejono je na ściany sanktuarium. Naprawdę, fakt ten oraz detale wnętrza budziły podziw. Wewnątrz, pomiędzy cichym pomrukiwaniem modlącej się kobiety i  wyczuwalnym przyjemnym zapache kadziła, unosił się, wręcz namacalny, wewnątrz spokój. Nigdy nie medytowałem… (ale wstyd…  – od KO) ale to, co czułem w tym miejscu, sprawiło, że mógłbym osiągnąć tu należyty spokój.

Wewnątrz otrzymaliśmy informacje, że obecni na terenie buddyści oprowadzą nas po świątyni i opowiedzą, wszystko, co będziemy chcieli wiedzieć. Tak też się stało. Nasz przewodnik, w wyczerpujący sposób opisywał detale składające się na atmosferę tego miejsca. Klimat po prostu niepowtarzalny…

flagi modlitewne przed budynkiem

Nie chcieliśmy nadużywać gościnności, szczególnie przez wzgląd na charakter obiektu. Podziękowaliśmy i z własnymi przemyśleniami oraz – nie ukrywam – fascynacją, ruszyliśmy dalej. Po ponownym przekroczeniu bramy znów znaleźliśmy się na terenie pięknych Gór Stołowych.

i dalej w góry…

Z prywatnych relacji wiem, że jeszcze na koniec odwiedzili Stonehenge. Mam nadzieję, że nie był to efekt spożycia…

mógł być polski Tybet, to było też polskie Stonehenge

A tymczasem korzystając z suchego przestworu oceanu marcinowej piwnicy, zająłem się nagrywaniem materiału do projektu, o którym pewnie niebawem będziecie mogli przeczytać. Jeśli Marcin w końcu skończy tę salę, to będzie to perełka na skalę ogółnowarszawską… worek bokserski już leży i czeka na powieszenie.

Moje nagrania związane były z Zhan Zhuangami, chciałem wykorzystać dostępną mi przestrzeń i w rezultacie w sobotę wieczorem miałem już nieco ołowiane nogi. Zhan Zhuang to dobry trening na te czasy opanowane przez Koronę Kielce. Przy okazji… Prawda, że mam zajebiaszczy parawan? Normalnie +10 dla odporności na wirusy.

otoczony przez trójnogich obcych . Marcinowy kwon chwilowo zamienił się w studio nagrań

A  między czasie w Warszawie pojawił się Tomek Nowakowski, ten od Tao Move. Przy okazji dowiedziałem się, że ani Tomek, ani jego żona Anastazja nie są wegetarianami. Sorki Tomku, ale taką macie opinię na mieście, i to nie tylko u mnie. Dobrze, że wszystko się już wyjaśniło. Ta informacja będzie dla mnie silnym dopingiem (będziesz niczym “Żyleta”).

Młody miał swój Tybet, a ja swoją Syberię (wszystko po polsku)

Tomek, korzystając ze swojego pobytu w Stolycy (czy jak on to sam nazywa w “Warszawce” – wrrrrrr), rzucił w eter hasło: Spotkajmy się poćwiczyć. Miejsce wybrane nieprzypadkowo, czyli Pole Mokotowskie, ale nie to hipsterskie, z którym wiążą mnie słabe wspomnienia, tylko to prawilne od strony ulicy Wawelskiej. Jak na spotkanie organizowane ad hoc, przyszło sporo osób. Ma chłopak posłuch w Warszawie.

w czasie gdy Tomek korygował nam formę, reszta ćwiczyła “swoje”

Poćwiczyliśmy sobie swobodne pchające dłonie, czyli to, co Tomek ma naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Dodatkowo jeszcze ja i Marcin załapaliśmy się na kilka korekt formy według Chen Man Chinga. Każdemu polecam nauki Tomka w tym temacie. Sprawdźcie na www.taomove.com, kiedy będzie następna okazja.

a ja, jak to ja… lubię zatopić się na chwilę w samotności…

To był naprawdę dobrze spędzony weekend…   Aaa, jak ktoś tu dotarł, to pewnie nie po, to by po raz setny czytać o tym, jak machałem łapkami. Zapomniałbym wyjaśnić zagadki tropów Yeti. Jeśli poniższe zdjęcie niczego Wam nie wyjaśni, to ja już nie wiem co… Prościej się nie da.

niczym John Wayne… w stronę zachodzącego słońca.

Hej!!! Tomku nie idź w stronę światła (no sorki, nie mogłem sobie darować).

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

2 myśli na temat “Rozwiązana zagadka Yeti

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: