Pomiędzy Opolem, a Kołobrzegiem

I tak… Pierwszy “Qifit festival” już za nami. Choć może powinienem to ująć inaczej: już poza mną i innymi uczestnikami, bo widzowie nadal będą mieli do tego dostęp w różnych formach (na razie nawet u mnie na stronie). Jakieś wnioski?

Dla mnie fajne było to, że mogłem zapoznać się z ofertą ludzi, o których słyszałem, ale jakoś nie było okazji zobaczyć, jak prowadzą zajęcia ani tym bardziej, jaki materiał preferują. Przecież to normalne, że jeśli naszą wiedzę czerpiemy z netu lub z opowiadań znajomych, to obraz danego człowieka mamy mniej lub bardziej fałszywy. I tak oto kiedyś zdarzyło mi się pójść na trening boksu i okazało się, że wygląda to zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem. Potrafi to działać także w drugą stronę. Byłem kiedyś na zajęciach pewnego tuza polskiej bioenrgocośtam (bo wtedy wydawało mi się, że medytacja jest właśnie tym, o czym ów miszcz opowiadał). I co? Już po godzinie wiedziałem, że to nie dla mnie, ani prowadzący, ani towarzystwo i metodyka też nie huhu. Oczywiście wyrabianie sobie opinii o kimś na podstawie jednej, dwu godzin wspólnej praktyki nie jest do końca w porządku, ale nie zainwestuję dwóch trzech, miesięcy życia, żeby się upewnić.

Stąd też pojawiła się idea “Qifit festivalu”. Idea ideą, a jak wykonanie? Ponieważ znam troszkę kuluary powstawania i mogę powiedzieć, że…. jak na pierwszy raz to było “Hej przygodo!!!”, ale w sumie się udało. Technicznie były oczywiście zgrzyty… Nie wszystkie technologie zagrały, taki los pierwszych wydań. Ja bym ten festiwal nazwał “rozpoznaniem bojem”, a jak wiadomo, w armii sowieckiej taki manewr kończył się co najmniej osiemdziesięcioprocentowymi stratami. Tu poszło dużo lepiej. Impreza rozpoczęła się i zakończyła o czasie, Marcin — niczym Krystyna Loska — sprawnie wypełniał swoją osobą przerwy pomiędzy poszczególnymi występami. To jest: nie żeby zasłaniał większość ekranu… po prostu wodzirejował.

Qifit festival – nie tak znany jak Meksykański Dia De Los Muertos – ale równie… “inny”

Sam nauczyłem się też trochę technikaliów — nauczkę wyniosłem i słuchawki Bluetooth już mam na stanie. Wiem, że tło złożone z patyczków jest “komiksowe”. Muszę też pamiętać, żeby chować moją tarczę do strzelania z łuku, bo mi ją potem nawet w Krakowie wypominają… Jakbym położył tam owieczkę dla smoka, to pewnie byłoby OK.

Jaki będzie drugi festiwal? Jeśli będzie (w co wierzę), to na pewno lepszy. Mam nadzieję, że pójdzie trochę w stronę targów. Bo nie zawsze da się sprzedać ideę swoich treningów (a przecież o to chyba chodziło) poprzez godzinny warsztat treningowy. Formuła powinna być trochę krótsza, bo w rezultacie może się okazać, że pokazaliśmy trochę ćwiczeń, a jeszcze trzeba wyjaśnić, dlaczego są dla nas charakterystyczne. Ale nie ja robiłem i wymądrzać się nie mam prawa.

A pierwsza edycja? Jak było? Oto na gorąco kilka uwag.

Jan Gliński — wykłady z teorii. Jak zwykle u Janka dużo fachowości i pewności siebie. Jeśli chciał w ten sposób “sprzedać”, to postawił na wizerunek specjalisty. Prosty język i dopracowane treści… Jak dla mnie trochę zbyt. Ale wiesz Janku, ja już taki jestem… specyficzny. On mnie kiedyś za to oskalpuje.

Andrzej Kalisz — jednym słowem: posłuchajcie, a będziecie wiedzieli, dlaczego ćwiczę w jego Akademii.

Anastasia i Tomek Nowakowscy — stosunek do życia, jaki prezentują, i konsekwencja w przekładaniu go na trening może być wzorem dla wszystkich. Czasami ich teorie są kontrowersyjne, ale im dłużej się zastanawiasz, tym mniej masz szans, żeby się do czegoś przyczepić. Oprócz tego ich narracja nie jest nachalna. To jedna z moich ulubionych par na lewo od Proximy Centauri.

Katarzyna Kieraś-Kędziak i Marzena Maya Rostkowska — czyli moje znajome z Fundacji. Dwa różne moduły ale programy mające ze sobą sporo wspólnego. Wiadomo, obie wywodzą się z tego samego pnia, więc inaczej się nie da. Nawet jeśli idea przyświecała im inna. Był to czas wypełniony ćwiczeniami na równoczesne usprawnienie i zrozumienie własnego ciała. W jednym i drugim przypadku zabrakło mi trochę backgroundu, czyli wyjaśnienia po co to wszystko. Bo przecież te ćwiczenia nie są zawieszone w przestrzeni. One są częścią większego systemu. Może po prostu nie zrozumiałem?

Tomek Eichelberger — i tu mamy pierwszego, o którym słyszałem, ale pomacać sierpowym okazji nie miałem — jak to w żartach mawiał mój trener boksu ;). Tytuł był interesujący. I już w po pierwszych minutach powiedziałem sobie: Łał to ja nie wiedziałem, że ćwiczę Qi Gong spontaniczny. To znaczy nie ziewam na zawołanie, a w turlaniu się po podłodze przodował świętej pamięci kot Filetosław. Jednak jeśli mam potrzebę westchnąć czy wydać z siebie inny dźwięk w czasie praktyki, to tak czynię. Bo to dobre jest. Tomek to po prostu nazwał. Trochę za długie było to spotkanie. Coś, co sprawdziłoby się w przestrzeni “intymnej” sali treningowej, nie musi się sprawdzić online i wiem z relacji, do drugiej części nie wszyscy dotrwali. Niemniej jednak najwięcej moich notatek powstało po tym wystąpieniu.

Tomek Eichelberger – zaskoczył chyba prawie wszystkich

Jarosław Jamróz — pokazał bardzo fajną salę treningową. Całą w drewnie… aż mnie do tej pory z zazdrości ściska.

Krzysztof KO Operacz — czyli ja. Starałem się krótko i zwięźle. I chyba jako jedyny zdecydowałem się wyjść na zewnątrz. To spowodował, że technicznie wystawiłem na bolesną próbę graficzne poczucie estetyki Kahuny. Ale tak chciałem. Chyba nie najlepiej dobrałem ćwiczenia, bo w czasie demonstracji kucania wyraźnie uwydatniała się moja łysina… tj. Wróć! Widoczność mojego punktu Baihui niczym niezakłócona była. I tak to tekst zawiera lokowanie produktu :).

Mówię jak jest!!! Krzysztof KO… krzaki nad Wisłą…

Zuzanna Grzywacz — Zuzia (to już dorosła kobieta, kiedyś mnie za to zabije, ale jakoś nie potrafię się powstrzymać) mówiła, czym jest dla niej Qi gong i jak go należy praktykować. I fajnie, bo okazało się, że miała chyba największy oddźwięk wśród publiczności — a chyba o to chodziło. To akurat było bardziej dla publiczności niż dla mnie. Cały ten festiwal był właśnie dla publiczności.

Łukasz Duszak — znany mi z wywiadu, który pojawił się na Tao Mów Caffe — opowiedział o swojej praktyce w chińskiej świątyni, o życiu w niej i treningu “u źródeł”. To był bardzo dobry wykład, bo nie każdy z nas ma świadomość, że tam się ćwiczy inaczej, i na czym ta inność polega. Był też krótki i dynamiczny pokaz. Gdyby pierwsza część była krótsza, proporcje byłyby idealne.

Marta Pociejewska i Feroz Ranzoo — zrobili coś na granicy Tai Chi, Qi Gong oraz Tantry. Z czego Tai Chi było w tym najmniej, a Tantry najwięcej (moim niefachowym zdaniem). Odważnie, szczególnie że “w realu” nie są parą. Niewiele zrozumiałem, ale tylko dlatego, że to trochę nie moja bajka jest.

tak jak napisałem… jak dla mnie wymagało to sporej odwagi…

Lena Chi — najbardziej profesjonalnie zrobiony materiał, ale to nie moja estetyka. Nie chodzi bynajmniej o prowadzącą, bo oczywiście większości ćwiczeń osobiście bym nie wykonał poprawnie, a ona potrafi. Po prostu jakoś ten przekaz za serce nie chwycił. Ale cóż, jak już tu napisałem — ja jestem specyficzny i sobie to cenię…

Marcin Wojewoda — poza spinaniem całości (choć chłop agrafki raczej nie przypomina), mówił także o najbliższych planach i naszych wspólnych przedsięwzięciach, taki product placement. Najcięższa miał robotę, dość powiedzieć, że już trzeci dzień dochodzi do siebie…

Sylwia Nadgrodkiewicz i jej koncert kamertonowy — i tu mam taki problem, bo jednocześnie wierzę, że wibracje (więc i dźwięki) mają wpływ na materię (bo jak tu zaprzeczać fizyce) i przez to na umysł. Ale ta muzyka jest dla mnie ciężka w odbiorze… Może dlatego, że przez net, może moje pierdziawki w notebooku nie przenoszą, jak powinny. No i nie było “Snu o Warszawie”. I takie to moje dylematy.

Alex Dong — bez komentarza, bo i po co… Jak wół ryczy, to obora słucha, i już.

Tyle. Wyszła relacja z dwóch dni ciężkiej pracy ekipy w tysiącu słów zawarta (ciekawe, czy ktoś to przeczyta). Przyznam się, że miałem mieszane uczucia co do idei i nazwy, ale uważam, że jeśli ktoś chce krytykować, to powinien umieć powiedzieć, co i jak zrobić lepiej. Najlepiej przed, niż po imprezie. Jak to mawia Ferdynand Kiepski – “Krytykować to każden gupi potrafi, tylko robić nie ma komu”. Jeśli impreza wejdzie do kalendarza na stałe, to się ucieszę, a zakusy na sprawienie mi radości są.

Zapraszam do obejrzenia relacji, jeszcze przez kilka dni są ogólnodostępne. ZOBACZ RELACJE i do zobaczenia na platformie Qifit.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

One thought on “Pomiędzy Opolem, a Kołobrzegiem

  • 11/03/2021 o 13:05
    Permalink

    Dzięki za relację, ale o Dongu mógłby KO więcej napisać.Podoba mi się pomysł nadawania z lasu. Jeśli warunki sieci są dobre, to KO może rozwinąć swój kanał YT łącząc live streaming z łażenia po łęgu wiślanym z treningiem. Jak nie chwyci możemy spróbować channeling Plejadan – może powiedzą jak naprawdę wyglądała forma Yang Luchana 😉

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: