Matura

Nie chcę się żalić. Choć, jak chyba większość, czasami mam na to ochotę.

Jak każdy mam swoje plany i zapewne, jak każdemu, zdarza się i mnie zdradzić je Najwyższemu. Najczęściej kończy się to tak, że moje plany wywołują w niebiosach gromki śmiech, bo nikak nie pasują do ogólnego, odgórnie przyjętego terminarza. Tak i jest tym razem.

Z moich planów treningowych pozostały obecnie tylko wspomnienia. Otóż znów wywiało mnie na permanentny wyjazd. Jak długi… Bóg to raczy wiedzieć. Ja już Najwyższego o nic pytać nie będę, może lepiej się nie wychylać i ujemnych punktów nie łapać.

Nie wiedziałem czym ilustrować ten tekst, a to przynajmniej jest ładne. Marzena Rostkowska malowane kawą

Ostatnią taką długą delegację jakoś treningowo przetrwałem. Teraz jest nieco trudniej. Pomyślałem sobie jednak, że jest może i będzie to dla mnie jakiś egzamin. Bo naprawdę, relatywnie łatwo jest ćwiczyć, kiedy ma się zorganizowany trening na sali, gdzie ticzer w powłóczystych szatach dwoi się i troi, żeby zapełnić nam te dziewięćdziesiąt minut zajęć.

I choć na widok powłóczystych szat włącza mi się dzwonek alarmowy, to doceniam regularność zorganizowanego treningowego życia. Jak to mówią teoretycy hamerykańskiej myśli biznesowej: “Trzeba wyjść z własnej strefy komfortu”. Pomyślałem sobie, że to okazja do tego tytułowego egzaminu, matury. Zdam, będę regularnie ćwiczył sam — ok. Nie zdam — to chyba te ostatnie lata na śmietnik będzie można wyrzucić.

Kiedy zwierzyłem się przyjacielowi z problemu, ten tylko się żachnął: „Chłopie! Ja takie egzaminy zdaje i oblewam, co drugi dzień… na zmianę”. Qrcze!!! Dobrze by było mieć luksus codziennych treningów w mistrzowskim towarzystwie na czystych pachnących salach. Ale… dobrze jest umieć to docenić.

komfort treningu

Zbyt ostro, za bardzo drastycznie? Dobrze jest zobaczyć, co mamy w sobie, a co jest tylko bezsensownym papugowaniem nauczyciela.

Czy zdałem? Nie wiem. Ciężko samemu się oceniać. Ja tam zawsze jakiś niedosyt mam.

Jak już napisałem, obecnie warunki mam średnie. Muszę wybrać rzeczy, które mogę ćwiczyć. Dobrze jest, jak nie pada, bo w deszczu pozostaje mi tylko sala telewizyjna i towarzystwo kolegów (na szczęście ci są spoko). Jedyny w miarę równy kawałek ziemi jest na stoku niewielkiego wzniesienia. Forma robiona pod górkę? Hmmm, kiedyś się z tego śmiałem, teraz widzę, że to jednak niezłe doświadczenie. Mogę ćwiczyć bicz (wywołałem nim trochę poruszenia wśród miejscowych) lub kijek Tai Chi. Bardzo doceniam to, że muszę naprawdę się mocniej zastanawiać nad tym, co robię; sporo przemyśleń mi się pojawiło. Mam tylko wrażenie że, nie ćwiczę tego systemowo, że nie potrafię dobrze treningu ułożyć.

Na koniec. Bo i do pisania się muszę trochę zmuszać. Doceniajcie możliwość regularnego treningu, ale nie uzależniajcie się od niego. Bo kiedyś ticzer zniknie. Ja wiem? Może zakocha się na drugim końcu Polski albo znudzi mu się prowadzenie zajęć, Wy zmienicie pracę, lub durne jakieś rządy zabronią uczenia sztuk walk, a może wylądują kosmici i wszystko pizgnie. A to, co ważne, trzeba mieć w sobie, a nie na sali w czyjejś ticzerowskiej głowie.

Może właśnie taki był plan, by mi coś uświadomić. Jeśli tak, to dzięki, naprawdę, przyjmuję z pokorą… i tęsknię za salami. To znaczy za salami treningowymi, bo żarcie to ja tu mam aż za dobre.

Krzysztof Operacz

KO

Autor niniejszego bloga

8 thoughts on “Matura

  • 08/02/2020 o 16:37
    Permalink

    Ściany dojo ronią łzy tęsknoty za KO, podobnie jak para osamotnionych Kotów błakających się po sali. 😉 Daj znać, gdy wrócisz.
    P.S.: Największy problem związany z samodzielną praktyką to… brak partnera. Druga para oczu i rąk jest niezastąpiona. 🙂

    Odpowiedz
    • Krzysztof Operacz
      08/02/2020 o 19:18
      Permalink

      Do marca jeszcze daleko więc się wstrzymajcie… Brak partnera jest zawsze problemem… nie tylko w samodzielnej praktyce

      Odpowiedz
  • 08/02/2020 o 20:53
    Permalink

    Czamka z Filip Nails musiała zdać ciepły komfortowy box i przenieść się na ciuchy, gdzie siedzi w mroźną pogodę na krzesełku z izolacją z tektury pod tyłkiem. Nie ma lekko, ale gdy ją spotykam uśmiecha się miło 🙂 Raz na wozie raz pod wozem. Uczyć się trzeba od najlepszych.

    A propos treningu, może jest to dobry czas na opanowanie “gongów” Wiesz, zgodnie z powiedzeniem “don’t learn the forms, leran the gungs, man”. Masz mało miejsca na formę? Nie masz równego placyku? Zostaw formę. Wybierz jedno dwa ćwiczenia, rób je 20-30 minut dziennie do końca marca, zobacz czy jest postęp.Nie wiem co z taiji, ale w chuojiao np te krótkie uderzenia palcami na prostych rękach 1, 2, 3. Każde po 20 razy bez przerwy jedno po drugim. 31 marca masz robić cztery równe dziurki w calowej desce ;]

    Odpowiedz
    • Krzysztof Operacz
      08/02/2020 o 20:57
      Permalink

      z CJF skupiłem się na tym krótkim uderzeniu wyprostowanymi rękoma w dół. ogólnie faktycznie musiałem skopaktować trening. Zaznaczam 31 w kalendarzu.

      Odpowiedz
  • 08/02/2020 o 21:00
    Permalink

    Dodaj dwa pozostałe! To jest zestaw. Tylko kilka minut dłużej, ale wzmocnisz ścięgna, wytrzymałość a ból. Całe trzy to jak księżyc w pełni 😉 BTW, Szczęśliwego Yuanxiao!

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: