Jianghu o mistrzu Yangu…

Jianghu – (jak to się czyta???) (江湖; czyli opowieści rzek i jezior”) to termin w literaturze odnosi się do opowieści ze społeczności sztuk walk. Takim chyba najbardziej znanym obecnie przykładem będzie film pod tytułem „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Obecnie pod terminem „jianghu” rozumie się każdą grupę stanowiącą jakiś krąg zainteresowań. Ja, jako (tfu) informatyk, mam swoje jianghu informatyków. Do tej pory myślałem, że istnieje tylko piekło informatyków, czyli wieczne pisanie dokumentacji powykonawczej dla dużej korporacji, a tu się okazuje, że mamy jeszcze coś innego.

Doczytałem się też, że w chwili kiedy ktoś opuszcza dane środowisko mówi się, że odchodzi z jianghu – czyli „myje ręce w złotym basenie”, a kiedy wraca to „ponownie wchodzi do jianghu”.

Jianghu
od lewej : Mistrz Yang (przy kiju), Tadeusz Gacki (z kijem), Jacek Węgrzyk (burżuj w dżinsach!)

A więc jianghu, to opowieści o środowisku sztuk walk. Czasami zmyślone jak „Ukryty tygrys…”, a czasami prawdziwe. Należy je pielęgnować bo: a – są fajne, b – stanowią o naszej wyjątkowości. Cóż, niestety, nie wszystkie nadają się do publicznej prezentacji. W każdym razie nie za mojego życia. Ale ta, którą tu poniżej prezentuję, jak najbardziej. Opowieść dotyczy wizyty mistrza Yang Jwing Minga w Polsce i to nie byle jakiej wizyty, bo tej pierwszej. Znałem tę historię dużo wcześniej i nie bardzo wierzyłem, ale potem poznałem jednego z jej bohaterów, Jacka Węgrzyka, który potwierdził mi jej stu procentową autentyczność. Wtedy to poprosiłem go by ją spisał i, ku pamięci potomnych, zamieściłem na stronie Warszawskiego oddziału YMAA. Oto relacja Jacka:

YMAA Polska – początki

autor : Jacek Węgrzyk

Dwadzieścia lat temu trenowałem kung fu w sekcji prowadzonej przez Tadeusza Gackiego w Tychach. W tych czasach tylko niewielu Polaków miało kontakt z prawdziwymi mistrzami dalekowschodnich sztuk walki, a podstawowym źródłem wiedzy na ten temat były najczęściej tłumaczenia książek rozprowadzane przez instruktorów w formie kserokopii. Wprawdzie jakość zdjęć często nie pozwalała na odróżnienie, czy demonstrujący technikę ma dłoń ustawioną do góry, czy też na dół, ale byliśmy na tyle szczęśliwi, że mamy dostęp do tych materiałów, iż zupełnie nam to nie przeszkadzało. Tłumaczenia też pozostawiały wiele do życzenia – ale trzeba było od czegoś zacząć.

Wiosną 1985 r. kupiłem taką właśnie kserokopię. Polski tytuł brzmiał „Shaolin: Długa Pięść Kung Fu”. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego chińskie kung fu ma mieć długą pięść i co to właściwie znaczy, ale nie zrażony zacząłem czytać. Szybko zorientowałem się, że jest to prawdopodobnie najlepsze opracowanie na temat kung fu, jakie do tej pory miałem w ręce. Autor nazywał się Yang Jwing-Ming, był Tajwańczykiem mieszkającym od 10 lat w Stanach. Po przejrzeniu kolejnej książki tegoż autora pt. „Shaolin Chin Na”, doszedłem do wniosku, że u kogoś takiego chciałbym trenować. Drobny problem polegał na tym, że dr Yang mieszkał w Stanach, dokąd bilet lotniczy kosztował ok. 1000 dolarów, a ja w Polsce, gdzie miesięczny zarobek wynosił ok. 20 dolarów. Niemniej uznałem, że pomarzyć mi wolno.

Jakieś dwa miesiące później mój instruktor (Tadeusz Gacki przyp. KO) podszedł do mnie po treningu. „Jacku, ty chyba znasz angielski, czy mógłbyś przetłumaczyć mi list” – zapytał. Wziąłem do ręki kopertę – i zdębiałem – na kopercie widniało logo organizacji człowieka, który w moim przekonaniu był autorem najlepszych książek o kung fu, jakie zdarzyło mi się czytać. Dr Yang, najwyraźniej odpowiadając na list Tadka pisał, iż jest bardzo wzruszony tym, że w dalekiej Polsce ktoś jest zainteresowany kung fu, że chętnie przyjedzie na 2 tygodnie aby nas uczyć, że nie ma dużych wymagań, nie weźmie od nas za naukę ani grosza. Jedynie koszty biletu i zakwaterowania leżałyby po naszej stronie. I ma jeszcze jedna prośbę. Bardzo przeprasza, że odpowiada dopiero po dwóch miesiącach, ale – niestety – nie zna polskiego i musiał znaleźć tłumacza. Może moglibyśmy tak w przyszłości po angielsku… Spojrzałem na Tadka:

Opowieści – legendy – powiastki

  •  Słuchaj, w jakim języku napisałeś ten list ???
  • Po polsku. Angielski znam ze szkoły, więc słabo. Wolałem dobrą polszczyznę, niż błędy po angielsku. Zresztą napisałem jeszcze do kilku osób. Chciałbym wreszcie zacząć się uczyć u prawdziwego mistrza
  • I ktoś jeszcze odpowiedział ?
  • Nikt.

Opadła mi szczęka. Kiedy się podniosła, Tadek zaproponował bym pomógł mu w tłumaczeniu korespondencji. Jego i moje marzenie nagle zaczęło się stawać realne.

W ciągu następnych 10 miesięcy, wymieniliśmy kilka listów z Mistrzem i wraz z innymi osobami ćwiczącymi w sekcji zebraliśmy 1000 dolarów na bilet. Zapłaciliśmy tę ogromną sumę w kasie LOT-u i z niepokojem oczekiwaliśmy na potwierdzenie z Bostonu. Listowne. E-maili jeszcze nie było, a faks był luksusem znanym tylko nielicznym. Trwało to z dwa tygodnie, ale przyszło! I drugiego kwietnia 1986 r. na Okęciu wylądował archaiczny Ił-62 Polskich Linii Lotniczych wioząc na swoim pokładzie Mistrza Yang’a. W sali przylotów oczekiwało na niego trzech albo czterech facetów ze smętną wiązanką kwiatów. Była to jedyna rzecz, którą można było dostać w okolicy, a chcieliśmy jakoś uczcić naszego Gościa…


Kwiecień 1986 roku. Hmm to był czas kiedy zacząłem pracę, a mogłem qrcze zająć się czymś bardziej pożytecznym. 😉

Przy okazji 20-lecia YMAA w Polsce miałem okazję poznać także Tadeusza Gackiego i zamienić z nim kilka słów. On także potwierdził prawdziwość tej opowieści. Spytałem go wtedy, czy mógłby spisać dla potomności jeszcze jakieś opowieści z pierwszych wizyt mistrza w Polsce. Odpowiedział tylko, że tak, ale to by się mogło kilku osobom nie spodobać. Z rozmowy wywnioskowałem, że zaproszenie mistrza do Polski nie było taką rzeczą prostą i normalną. Ktoś miał coś przeciwko. Ale co i kto? … nie wiem.

Jianghu

Teraz tak myślę, że coś w czym nie brałem udziału i nie miałem na to żadnego wpływu, miało bardzo duży wpływ na mnie. Bo wyobraźcie sobie, co by było, gdyby mistrz Yang odpuścił sobie szukanie tłumacza? Kim byli inni, do których napisał Tadeusz Gacki? Co bym wtedy ćwiczył? Poznałbym innych ludzi i mógłbym nie trafić na Chuo Jiao… na co wtedy bym trafił? Może pisałbym wtedy o sztuce Ikebany i Kabuki – cokolwiek to, u diabła, jest…

Jacek, kiedy pisał powyższy tekst, obiecał mi coś jeszcze, będę musiał się o to coś teraz upomnieć. 😉

0 Replies to “Jianghu o mistrzu Yangu…”

  1. Dziang hu.. 🙂 Nie jestem jednak pewien, czy samo jianghu może znaczyć opowieść o zbójach z zielonego lasu. Ja bym powiedział jianghu gushi – opowieść jianghu. 🙂

    To Jacek musiał być w W-wie w ’86 z YJM.. Jak coś, to ja Ci mogę sprzedać opowieść jianghu związaną z ta wizytą, ale wychodzę w niej na palanta. Młodego, ale jednak.. :>

    1. Jak to mówią lepiej z mądrym stracić niż z głupim zyskać.

      Jedyną opowieścią ze mną jaka mi przychodzi do głowy był egzamin na dwójkę w Warszawie. Zostały mi tylko zastosowania do zdania. Tak się zdenerwowałem że spaprałem to totalnie. Zresztą zupełnie nie rozumiałem wtedy o co w tych egzaminach chodzi.
      Master powiedział wtedy – „Idee zrozumiałem – ale wykonania nie” – w każdym zaliczył mi wtedy drugi stopień.

      1. Opowieść jianghu, to by była, jakbyś oblał, a on -poprawiając Ci niby nadgarstek w danbian- szepnął do ucha „pięć franklinów”, czy coś.. Tak to jest zwykła opowieść z sali.. 😉

        1. ale mogę opowiedzieć jak lałeś bez litości komisję egzaminacyjną w Wawie 2001. Jednego egzaminatora to trzeba było niemalże siłą od Ciebie odciągać.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz