Zoppot wieczorową porą

Pisałem poprzednio, że miałem możliwość pojechać do Trójmiasta na rocznicowe seminarium z okazji dwudziestolecia tamtejszej szkoły YMAA. Tak też uczyniłem. Seminarium z Robertem, Rafałem i Arkiem rekompensowało mi kilkugodzinną podróż. Dobrze, że chociaż jako towarzysza miałem Arka — chłopak jest wdzięcznym rozmówcą. Furda tam brak świateł, dobrze, że przynajmniej mieliśmy hamulce… moralne.

Pierwszy dzień treningowy miał rozpocząć się wieczorem w Gdańsku. Dojechaliśmy lekko spóźnieni, kiedy reszta białostockiej grupy była już na miejscu. Równo z nami pojawił się jeszcze samochód z ekipą z Wrocławia. Można powiedzieć, że nieśmiertelną, bo znam tych ludzi już od lat. Jeszcze częściej niż ja turlają się po całej Polsce, gdzie tylko można nieco wiedzy dla siebie uszczknąć. Jeszcze tylko symboliczne Bełchatów, Katowice i Kraków. Warszawy poza swoją nieskromną osobą nie stwierdziłem, może się po prostu ukrywali. Naprawdę szkoda.

symbol Tai Chi

To nowa lokalizacja trójmiejskiej szkoły. Niewielka i trochę duszna. Było nas kilkadziesiąt osób, co spowodowało, że pod koniec treningu okna spływały już parą. Szczególnie że trening był intensywny. A co myśleliście? Że jeśli to trening Tai Chi, to zrobimy jedną formę i do domu? Nie tu tak nie ma. Trzy i pół godziny szlifowaliśmy techniki symbolu Tai Chi. To było dobre. Po pierwsze: ćwiczyliśmy to, czego bez partnera nie pomacam, po drugie: miałem okazję zobaczyć, co się zmieniło w sposobie rozumienia (a troszkę się zmieniło) i po trzecie: w trakcie intensywnego programu dostałem fajną poprawkę.

załapałem się na fotkę

Symbol Tai Chi to coś na podobieństwo chenowskiego chan si gong i to nie tylko z powodu zewnętrznego podobieństwa. Niestety uważam, że za mało nacisku kładzie się na trening solo. Choć z drugiej strony zawsze marudziłem, że za mało ćwiczenia z realną siłą partnera. Mnie to trudno dogodzić. Rozwiązaniem jest wyważenie treningu z partnerem i samodzielnej praktyki. Ćwiczyć samemu, konfrontować z partnerem.

Qin Na

Qin Na czyli wyginam śmiało ciało. To drugi trening, już sobotni. Dotarliśmy na niego lekko niewyspani, ale to w Sopocie chyba norma. Jakoś się nie mogę w tym mieście wyspać ;).

Rozgrzewka szybko jednak postawiła mnie na nogi. Robert bowiem od razu ćwiczenia technik. Kilka pierwszych dźwigni i od razu człowiek miał inny pogląd na świat. Qin Na ćwiczona w sposób kontrolowany to fajna metoda rozciągania i rozluźniania ciał. Trzeba jednak trafić na dobrego partnera. Mój był niezły, początkujący ale jakoś nie nastawiał się na urywanie członków.

Rafał koryguje Qin Na

Trening Qin Na jest rzeczą trudną. Znów jest to dziedzina, której nie da się robić bez partnera i to na dokładkę nie każdy się do tego nadaje. Po pierwsze: musi być cierpliwy, znosić ból i zrezygnować z „ogrywania się” na współćwiczącym. Po drugie: chciałoby się ćwiczyć częściej, ale wytrzymanie dwuipółgodzinnego maratonu wykręcania sobie rąk to nie jest rzecz prosta. Przyznaję się, że pod koniec się wyłączyłem. Ostatniej techniki nawet nie pamiętam.

Niemniej jednak i ten trening pozostawił po sobie obfity ślad w moim pamiętniku.

samodzielna praktyka

KO z mieczem. Forma stylu Wu

To mi się zawsze podobało. „Mata parkiet i ćwiczta se, a ja se pochodzę niczym baca wśród łowieczek”. Nie żartuję, zawsze to mi się podobało. Ćwiczysz, co chcesz, czyli to, co j ci w danej chwili w treningowej duszy gra. W tym samym czasie instruktorzy na sali są od tego, żeby odpowiadać na pytania. To rodzaj treningu, który uczy tego, co najważniejsze, czyli samodzielnej pracy, i daje możliwość odkrywania własnego sposobu zrozumienia sztuki.

a Guma zapragnął poćwiczyć z pałkami

Niestety, to był trening, który mnie najbardziej zdołował. Początkowo próbowałem ćwiczyć III część długiej formy. Ale Rafał skutecznie osadził mnie na ziemi pytanie :”A który styl teraz ćwiczysz?”. Pięknie, pochrzaniłem coś? Nie zarejestrowałem zmian? Naprawdę nie było tam kopnięć? Co to jest… przecież ich sobie nie wymyśliłem. I nie robiłem tych notatek w pijanym widzie… Nic to. Poćwiczyłem sobie za to Qi Gong Białego Żurawia i tu Rafałowe poprawki trafiły na podatny grunt.

Jedna rada do tych, którzy na przyszłość trafią na taki trening. Tu trzeba być egoistą. Trzeba się pytać i podnosić rękę, pilnować kolejki. Instruktorzy zazwyczaj są tak rozszarpywani, że sami nie podejdą.

Robert Wąs – pokaz formy Białego Żurawia

pchające dłonie

Końcowy akcent imprezy. Dla Taikikowców oczywiście, bo shaolinowa brać następnego dnia rano miała jeszcze okładać się w ramach treningu aplikacji. Trzeba przyznać, że Rafał stworzył dla nas aktywny (żeby nie powiedzieć: wyczerpujący) plan na weekend. I znów zaczęliśmy od intensywnej rozgrzewki techniką, a potem było już z górki, pojedyncze i podwójne pchające dłonie. Duży i mały zakres ruchu, a skończyliśmy na pchaniu w poruszaniu (że tak to poetycko nazwę, niczym jakiś Broniewski co najmniej).

Chyba już mnie starość dopada, bo treningi Roberta autentycznie dają mi w kość i to nie tyle fizycznie, co psychicznie. Dużo korekt, szybkie tempo i wysoka intensywność mocno odbiegająca od stereotypowego treningu Tai Chi. I dobrze! Mimo tego, że lekko nie jest — sala pełna. Są szkoły, które mogą pozazdrościć takiego zainteresowania.

Pokaz

Doczekałem… Choć przyznaję, że pod koniec już wyczekiwałem „dzwonka”. Cztery duże i intensywne jednostki treningowe w dwa dni, przeplatane integracją, swoje zrobiły. A tu jeszcze po krótkiej przerwie pokaz. Rzecz fizycznie trudna nie jest, ale ćwiczeni przed publiką to zawsze jakiś problem. Ale nie zrezygnuję, bo zaproszenie, jakie dostałem od Rafała, traktuję jako zaszczyt. Z zaszczytów rezygnować nie będę.

za chwilę dojdzie do zniszczenia sprzętu

Byłem jedynym występującym, który robił materiał spoza YMAA i mam nadzieję, że się podobało. Niby oklaski były, ale Rafał prosił, żeby klaskać wszystkim, a jego uczniowie, stanowiący większość publiki, są zdyscyplinowani.

Zrobiłem połowę formy stylu Wu (nie chciałem, żeby ludzie posnęli), miecz stylu Wu i dwa razy formę z dwuręcznym mieczem Chuo Jiao Fanzi (to krótka forma, kilkunastosekundowa). Może (a nawet na pewno) technicznie byłem daleki od doskonałości, ale mimo to jestem z siebie zadowolony. Przede wszystkim dlatego, że publiczność to ja rejestrowałem tylko na początku i na końcu ćwiczenia. I dobrze, czyli mogłem się wyłączyć i nie myśleć o tych kilkudziesięciu przybyłych osobach.

tancerki

Staraliśmy się z całych sił, Rafał połamał nawet włócznię w pokazie przeciwko szabli (jej ułomek tylko śmignął w poprzek sali). Robert zademonstrował mistrzowskie wykonanie formy Białego Żurawia, Guma demonstrował techniki Sanda na Pawle, a ekipa z Wrocka okładała się pałkami i kijami. Furorę zrobiły cztery zjawiskowe dziewczyny, wykonując taniec z wachlarzami, które (te wachlarze) w czasie pokazu płynnie przeistoczyły się we wstęgi falującego materiału, czerwone i niebieskie ombre. Może i to nie bojowe było, ale za to ZAJE-fajne!!! Zaprawdę powiadam wam — byłem zauroczony. Okazało się, że inicjatorem tego zjawiska była Joasia, uczennica Rafała, prowadzi taką grupę tańca brzucha. I zrobiła swojemu ticzerowi niespodziewajkę. Normalnie taki Rafał to farciarz do kwadratu, przychodzą do niego takie świarne dziołchy i jeszcze mu za to płacą. Ja się pytam!!! Co on ma, czego ja nie mam?!

nieznany adept – rozmazanie obrazu spowodowane… a czy ja wiem..

Potem to już tylko tort (smaczny), prezenty (duże), przemówienia (krótkie) i integracja (łooooo). Po tej ostatniej moi białostoccy przyjaciele nie chcieli mi dać spać do czwartej rano. Ponoć za to, że przekazałem im wiadomość o fatalnej grze Jagi tego wieczora (więc Legioniści się nie będą wysypiać). Qrcze, tylko od kiedy to się strzela do posłańca?

summa verborum

W rezultacie więcej napisałem o dziewczynach z wachlarzami niż o treningach. Standard. O dziewczynach jakoś tak się łatwiej pisze i na sercu jakoś cieplej, a treningi – trzeba było być i samemu ćwiczyć. Bo tego się opisać nie da. Cieszę się, że pojechałem. Byłem, poćwiczyłem, gratulacje złożyłem i miałem jeszcze czas by się spotkać z dawno nie widzianymi przyjaciółmi. A że się przekonałem, że już w trochę innej dyscyplinie się realizuje. Że na następne stopnie to już szans raczej nie ma, chyba że skumam jak połączyć niektóre koncepcje… Na razie jestem nieco zagubiony.

Rafale, bardzo dziękuję za zaproszenie, za zaszczyt udziału w Twoim jubileuszowy pokazie i za dobre słowa na koniec (tych o robieniu notatek po pijaku uznam, że nie słyszałem). Zawsze szanowałem Twoją sztukę i lubiłem nauki. Starałem się z nich korzystać, jeśli tylko była taka możliwość. Chciałbym zaznaczyć że, łatwo się ode mnie nie uwolnisz.

Do następnego zatem zobaczenia…

krzywym okiem

Robert, nie płacz… Nauczę się. Przysięgam!

3 Replies to “Zoppot wieczorową porą”

  1. Byłoby śmiesznie, jakbyście się tak zjechali z całej Polski na ów eklektyczny jubileuszowy trening z piwkiem w tle, a Rafał by Wam kazał stać półtorej godziny na kościach – tak żeby poczuć klimat sprzed 20 lat :> Choć to raczej sprzed 35 lat.. 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz