Temat stary jak świat: Oddychanie w Tai Chi

Oddychanie w treningu Tai Chi, to temat długi i nieomal historyczny. Większość początkujących zadaje mi to pytanie: „A co z oddychaniem?”. Odpowiadam im, jak niegdyś mi odpowiedziano: „Oddychaj, inaczej umrzesz”. Sam próbowałem już mierzyć się z tym tematem na tym blogu. Zachciało mi się jeszcze raz.

Kiedyś, na nieistniejącej już społecznościówce „Golden Line”, Tomasz Nowakowski (ten od „Złotego Kopca” – żeby z Tomkiem nie mylić) próbował zorganizować grupę ekspercką Tai Chi. To były czasy, kiedy chłonąłem takie miejsca niczym gąbka, a dodatkowo, co muszę ze wstydem przyznać, pchałem się między tych, co wiedzą więcej. Pewnie myślałem, że mi to coś da. I qrna dało!!! Nauczyłem się, że daje niewiele :))). W zasadzie, poza kilkoma znajomościami, nic z tego nie zostało.

polska imitacja fejsa

Golden Line umarło, co, mam nadzieję, jest dobrą wróżbą dla innych portali tego typu, a ja do tej pory pamiętam tam jedną dyskusję. I może nie tylko ja, bo ostatnio jakoś z Rodorem żeśmy ją wspominali. Ale na początek chwila wprowadzenia. Jednym z fachowców był tam znany i ceniony ticzer od Chenu. Nie napiszę który, bo upłynęło już sporo lat i to może już być zupełnie inny człowiek, a ja go tu w pozytywnym świetle nijak nie dam rady przedstawić. On to często postępował w następujący sposób: rozpoczynał jakąś dyskusję pytaniem w stylu: „A jak to się ćwiczy u Was?”. Następnie krytykował w czambuł wszystkich dyskutantów, udowadniając, że jeśli „w Chenie” jest inaczej, to znaczy, że Wy ćwiczycie źle. Czasami dodawał, że jeśli chcemy ćwiczyć dobrze, to powinniśmy ćwiczyć tak, jak to jest „w Chenie”.

Jedna z tych dyskusji dotyczyła oddychania w treningu. Jak traktujemy oddychanie w treningu formy? Ćwiczyłem wtedy przekaz stylu Yang według mistrza Yang Jwing Minga i pozwoliłem sobie opisać jak to wyglądało na naszym treningu. Przypomnę pokrótce (póki jeszcze pamiętam). Uczyliśmy się formy i oddzielnie pewnych ćwiczeń, które miały synchronizować oddech z ruchem, ale bez głębszego tłumaczenia zasad. Ten brak „głębokości” to nie zarzut. Potem, kiedy forma już nam w ćwiczeniu nie przeszkadzała, ćwiczyliśmy pierwszą część formy z oddechem. Polegało to na tym, że w tym przekazie istniał pewien schemat ćwiczenia pierwszej części. Czyli było jasno powiedziane, gdzie wdech, a gdzie wydech. Taki schemat dotyczył tylko pierwszej części formy – nigdy jakoś nie trafiłem na film, żeby mistrz omawiał dalsze jej etapy.

nadął policzki, jak banię, / W oczach krwią zaszedł, sine podstawił powiekas, / Wciągnął w brzuch powietrze, aż do płuc głębiny…” – w polskiej literaturze też są opisy pracy z oddechem, ale to nadal nie Chen

Wtedy się zaczęło. A dlaczego? Dlaczego uczymy się czegoś i to porzucamy? A w zasadzie to nieważne, bo i tak jest inaczej niż w Chenie, co oznacza, że źle – bo on się nawet mistrza Chen Xiao Wanga pytał, a ten potwierdził, że źle. Za nic nie szło mu wyjaśnić, że ćwiczymy inaczej (ale inaczej równa się źle).

Brakowało mi wtedy argumentów, choć pewnie nawet jakbym je miał, to byłyby błędne (bo w Chenie… sami już wiecie co).

A dziś? Żeby skończyć te wspomnienia, bo wyjdzie, że mam niezagojone pretensje – kiedyś miałem, teraz to już dla śmiechu wspominamy. Dziś uważam, że każda dobra szkoła ma swoją metodykę i jeśli ta metodyka przewiduje łączenie treningu z oddechem, to trzeba to łączyć, a jak nie przewiduje, to nie powinno się tego robić.

Mistrz Yang twierdził, że oddech jest naszą strategią. Wtedy myślałem, że to ten fizjologiczny proces rytmicznej wymiany gazowej między organizmem a otoczeniem, ale to była ślepa droga. Trzymała mój umysł wysoko w ciele, nawet jeśli w końcu nauczyłem się oddychać brzuchem. Ale przecież w tamtym przekazie było coś takiego jak oddychanie czterech bram. Było i jest wiele innych praktyk, a przekaz dla nas miał być jasny. W formie jest wdech i wydech i w tych ćwiczeniach jest wdech i wydech. A że nie chciał nam tego tłumaczyć łopatologicznie, tylko zostawiał nam pole do rozkminy? Masz tu, chłopcze, puzzle i połącz kropki sam. Nikt ci tego na srebrnej tacy razem z głową Jana Chrzciciela nie poda… No, chyba że takiemu Żwirkowi – on z Wrocławia jest, a oni to głowę świętego nawet w herbie mają.

Bo jeśli to o zupełnie inny oddech chodzi, to nieważne, jaką ścieżką dojdziemy do zrozumienia. Wydaje mi się, że tu nie ma złej drogi. Oczywiście możemy trafić na nauczyciela, który nie pokazuje żadnej ścieżki. Oczywiście może się okazać, że metodyka przekazu A bardziej pasuje do naszych możliwości fizycznych, a przekaz B nie pasuje. Ba, może się okazać, że przez kilka lat szybciej rozwijamy się metodologią C, by potem nagle sposób D okazał się strzałem w dziesiątkę (pomimo że wcześniej tylko rył nam umysł).

I pomimo tego, że aktualnie ćwiczę przekazy, gdzie raczej nie przywiązuje się uwagi do sztywnego schematu oddechowego, stawiając na naturalność tego procesu (ło Bossszze… zupełnie jak w Chen), nie potępiam nikogo, kto ćwiczy inaczej. Metoda to metoda i póki staramy się ŚWIADOMIE postępować zgodnie z jej regułami, to ona musi dać efekty. Oczywiście musimy wątpić, sprawdzać i szukać, a jak uważamy, że metoda się nie sprawdza – zmieniamy nauczyciela lub nawet całą metodę.

Tylko skąd mamy wiedzieć, że idziemy dobrą drogą, albo że nie porzucamy ścieżki na krok przed „oświeceniem”? Niestety, nigdy nie będziemy mieli pewności. Niczym w „Alchemiku” Coelho: „Najciemniejsza godzina następuje tuż przed świtem”.

Czy nie byłoby lepiej, żebym od razu uczył się tak, jak teraz? Chyba nie… Jak patrzę na siebie w tamtych latach, to chyba nie byłem na to gotów. Przekonywała mnie ta fizyczność przekazu mistrza Yanga. Bo na właściwego nauczyciela to trzeba trafić we właściwym czasie.

Ps. Żeby nie było – wszelka ocena przekazu mistrza Yang Jwing-Minga to tylko moje, wyssane z tłustego palucha, wnioski. Moi przyjaciele, którzy nie opuścili okrętu, mają tu większe prawa do ferowania ocen. Nadal dopuszczam myśl, że mogę się mylić i że są tacy, którzy skumali to lepiej. Nigdy nie będę miał pewności, czy idę dobrą drogą, ale czyż nie zalecano Odyseuszowi, by modlił się, żeby jego droga do domu była możliwie jak najdłuższa, pełna doświadczeń i przygód? I co? Teraz aktor, który go gra, bierze za to kilka baniek w zielonych. Wiem… z dupy ten argument…

Odyseusz jedyny gość który miał wiarygodną wymówkę na 20 letnie spóźnienie na kolację

1

przyjęcie na osobistego ucznia mistrza Zhai Wei Chuana
Mistrz Anthony Yap
korekty mistrza Zhai Shi Zonga
nauka u mistrza Hong Zi Tiena
pchające ręce z mistrzem Yang Jwing Mingiem

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz