Wizja lokalna

Tego dnia wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Los dawał mi znać, żeby nie wyłazić spod kołdry i nie jechać do Białegostoku. Ledwo kilka godzin wcześniej wróciłem z delegacji, oczywiście objazdami, bo jak to zwykle w piątek autostrady są zakorkowane w wyniku stłuczek innych wracających z podobnego jak moje wygnania. Oczywiście nie udało mi się położyć spać o normalnej godzinie. Buszowałem po domu do drugiej w nocy. A rano? Już na pół godziny przed budzikiem obudził mnie dzwonek do drzwi… Potem nie mogłem znaleźć kluczy (a przecież Danusi nie obudzę, ja jeszcze chcę żyć), przez co uciekł mi tramwaj na dworzec. W ostatniej chwili dostałem się jednak na Wschodni i początkowo próbowałem wsiąść do pociągu jadącego z Białegostoku… Do czy z… Co to za różnica? Tylko dzięki uprzejmości miłego kolejarza dostałem się do odpowiedniego składu. I tu na szczęście skończył się mój pech. Nasza „Perła Ściany Wschodniej” powitała mnie piękną, niemalże letnią pogodą.

Pierwszym celem podróży było spotkanie z Adrianem — kończącym właśnie swój pobyt w ojczyźnie — była to zatem ostatnia szansa, by podszlifować pod jego okiem formę „Małego San Shou”. Miejscem spotkania był park obok ZOO — miejsce mi znane z tego, że już kilkukrotnie ćwiczyłem tam z grupą Arkadiusza. Tak w skrócie… fajnie było. Ćwiczenie z Adrianem jest intensywne, ale nie zabija (ma chłopak litość dla mojej siwizny), miałem okazję poznać dalszą część formy, poćwiczyć ją solo i z partnerem i próbować jeszcze jednego ciekawego ćwiczenia (pod bardzo chińską nazwą „zakładanie pacynki”).

grupowe zdjęcie potreningowe

Na początek jednak pokazałem Adrianowi kilka moich dziadowskich biczów. I qrczę, on łyknął tę zabawkę w dziesięć minut. Machał tym z zapałem, ale i z sensem. I teraz ciekawostka. Kilka osób przechodzących nieopodal zatrzymało się i przyglądało z zainteresowaniem. Myślę, że bicz by się tam przyjął. Może kiedyś przyjadę z ciężkim chińskim biczem i powstanie tam jakaś grupa praktyków.

Widziałem też starszego pana maszerującego żwawo i wymachującego rękami… Chiny mi stanęły przed oczyma i staruszek ze „Świątyni spadających kwiatów” ćwiczący spacerujący „Qi Gong”.

Pod koniec naszego spotkania pojawił się Arkadiusz.

I tu, po załatwieniu relacji ze spraw bieżących, przechodzimy do właściwego tematu wpisu.

Chciałem bowiem pogadać z Arkiem na temat czegoś, co nazywa się „Białostockim Ośrodkiem Wschodnich Sztuk Walki”. Cóż to jest? To duży ośrodek, który powstał na terenie byłej składnicy wojskowej. Na jej bocznicy kolejowej stały duże opuszczone magazyny i jeden z nich został przekształcony w olbrzymi ośrodek treningowy.

remont na całego… Na zdjęciu sprawcy tego zamieszania. Arkadiusz w górnym rzędzie, pierwszy z prawej.

Jak do tego doszło? Władze miasta postanowiły oddać ten teren na rzecz inicjatyw obywatelskich. I tak grupa instruktorów prowadzących szkoły sztuk walk działające na terenie Białegostoku zebrała się, złożyła odpowiednie wnioski i… udało się… Naród zagłosował i zaczęło się dziać. Rozumiecie to? Pięciu ludzi dogadało się, nie pokłócili się i działając wspólnie, doprowadzili do uruchomienia tak dużego przedsięwzięcia.

Fajnie, naprawdę bardzo fajnie. Chłopaki (choć może nie powinienem kolokwialnie, bo są wśród nich ludzie z czarnymi pasami i tytułami Shihan) zrobili coś, co pokazało ogółowi, że nie jesteśmy tylko ludźmi preferującymi agresję, ale potrafimy też działać wspólnie i coś tworzyć. W każdym razie w Białymstoku tak jest. To ważny krok, bo sekcje ćwiczące sztuki walki są czasami postrzegane bardzo źle. Znam przypadek szkoły, która za nic nie wynajmie sali takiej sekcji, bo: „Sztukom walki nie wynajmujemy”.

tak to wyglądało kiedyś…
tak teraz…

Arkadiusz zawiózł mnie nawet na wizję lokalną. Orzeszku… To, co zobaczyłem, przerosło moje wyobrażenie. Duży piętrowy budynek, przeszklony, fajna industrialna architektura. Szkło i cegły. W środku… hmmm… duże przestronne korytarze, czyste olbrzymie łazienki. Przebieralnie, oddzielne damskie, oddzielne męskie. Na Chuo Jiao Fanzi mamy jedną (jest damska — jak przebiera się Aśka, w pozostałych przypadkach jest męska), w Akademii w zasadzie w ogóle nie ma — jest tylko łazienka. A tam… Pokoje trenerów, składziki i sale… Sale? Nie, to całe „Saliska”, takie „Kolosalem” albo nawet jakieś „Forum Rosalum”. Olbrzymie, jasne przestronne, ze stalowymi belkami na suficie, oświetleniem, klimą (to już normalnie przesada) i wspaniałą podłogą. Rozpusta!!! Nawet te słupy podtrzymujące strop średnio mi przeszkadzają. Można zresztą, niczym Tong Po — kultowy bohater „Kickboxera” – ćwiczyć na nich kopnięcia piszczelem.

naprawdę pozazdrościć

Oczywiście nie odmówiłem sobie przyjemności, przećwiczenia tam chociaż kawałka formy. Zaiste wspaniałe miejsce.

a o to i ja…

Na koniec Arkadiusz zdecydował się dobić mnie jeszcze bardziej. „A wiesz – powiedział – że miasto dorzuciło nam jeszcze na tyłach stadion lekkoatletyczny?”. Tego już było za dużo na moje słabe serce. Ale powlokłem się na tyły budynku po to, by zobaczyć spory kawałek pięknej murawy i dwie niewielkie wyspawane trybuny. Doprawdy wspaniałe miejsce. Mam nadzieję, że przełoży się to na jakość treningu. O to, czy Arkadiusz da radę się „przełożyć”, to akurat się nie obawiam. Znam tego młodzieńca nie od dziś i wiem, do czego jest zdolny. Wierzę też, że dzięki nowej, pięknej sali, białostockie środowisko Tai Chi będzie rosło w siłę, i sekcji będzie się żyło dostatniej. Niechaj tak będzie.

zaplecze. Murawa wręcz zaprasza na trening…
Krzysztof Operacz

KO

Autor niniejszego bloga

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: