KO w krainie Chenowców

Nie do końca tak. To nie było jak w przypadku karateków (patrz KO w krainie karate), gdzie wylądowałem w grupie ćwiczącej okinawskie sztuki walki. Dziś inicjatorem spotkania był jeden z polskich Chenowców, a i większość grupy stanowili Chenowcy, i wylądowałem w Julinku, w starej szkole niegdyś szkolącej artystów cyrkowych.

julinek - pchające dłonieDSC01092

Julinek zabudowania

Sam Julinek, w którym obecnie mieści się park rozrywki (taki dla dzieci + park linowy), ale znajduje się też tam fajna baza pozostała po szkole. Są okrągłe budynki treningowe, sale i podobno gdzieś jest basen. Obecnie ponoć szkoła wróciła do Julinka. Jak oni sobie radzą z obecnością masy dzieciaków, nie wiem.

Samo spotkanie

Jak już pisałem, pojechałem do Julinka na czyjeś zaproszenie. Inicjatorem spotkania był Radek Panasiuk, szef szkoły z Białej Podlaskiej, który tu, pod Warszawą, szuka miejsca do zorganizowania obozu. Warunki lokalowe są, sale są, las dookoła jest – więc miejsce dobre. Nie znam szczegółów, ale na pierwszy rzut oka wygląda to dobrze.

Radek P. to praktyk Tai Chi rodziny Chen z linii mistrza Wang Hai Juna. To kawał chłopa, silny i piekielnie napalony na trening. Poznałem go przy okazji spotkań sparingowych w Akademii Yi Quan. Przepychanie się z nim przypomina nieco przepychanie lokomotywy pod parą.

Tak więc Radek P. zadzwonił i mówi: – Będę w okolicy, wpadaj. Będzie jeszcze kilku moich kumpli, poćwiczymy, popchamy dłonie. Na szczęście z moich znajomych miał wpaść Radek W., którego znam jeszcze z czasów YMAA, a jak się później okazało był jeszcze Marcin, którego też tam poznałem. Tak więc nie byłem sam.

julinek - pchające dłonie DSC01068
było nas nie do pary, więc znalazłem czas na kilka fotek

Od czego by tu zacząć trening w sytuacji kiedy każdy z nas robi obecnie coś innego? Zaczęliśmy od form, tak żeby się rozgrzać. Radek P. i jego koledzy zrobili Lao Jia (nie to co robi Janek, oni mają własne). Drugi Radek i Marcin robili styl Yang (ale oddzielnie), a ja Hao. Rzadko się widuje takie obrazki. Równolegle z tym jak zaczęliśmy ćwiczyć, na polu obok rozpoczęły się pokazy grupy karateków. Z nieukrywaną satysfakcją zauważyłem, że kilka osób było bardziej zainteresowanych nami, a nie kata Heia Shodan wykonywanymi przez grupę.

Potem doszło nawet do śmiesznej sytuacji, bo kilku młodych adeptów rzuciło w naszym kierunku szyszkami. Ich Sensei usadził ich krótkim „GDZIE!!! Po dwadzieścia na kościach”. A my…

…zabraliśmy się za pchające dłonie.

Tego się trochę obawiałem. To ćwiczenie rutynowe. Ciężko je robić, kiedy dwie osoby ćwiczą nieco inaczej. Najprościej wspólny język znaleźć przy przepychaniu się, ale ja nie miałem ochoty na siłowe rozwiązania (gorąco).

julinek - pchające dłonieDSC01079
aaa Radki dwa…

Ale o dziwo dość szybko się dogadaliśmy. To, co oni robią, jest dość podobne do tego co ćwiczę obecnie. Widziałem co prawda, że mój partner czasami zgrzytał zębami, nie obyło się bez teksów w stylu: „Teraz ja czekam na Twój impuls… nie to ja czekam na Twój”, ale jakoś ciśnienie nam nie skakało. I dobrze.

julinek - pchające dłonieDSC01081
m do kwadratu. Czyli Mirek i Marcin – oni chyba mieli do siebie najdalej

Czas przeleciał jak z bicza strzelił. Nie uważam, że takie porównania są szczególną metodą treningową. Pchające dłonie i inne tego typu praktyki, to formy ułożone i warto by było, żeby obydwaj partnerzy robili to samo (to dużo bardziej cenna technika), ale po pierwsze – fajnie jest zobaczyć co robią inni, zwłaszcza jeśli robią to dobrze. Po drugie – obserwując różnice można jednak nieco lepiej zrozumieć własną technikę. A tu w przyjacielskiej atmosferze…

julinek - pchające dłonieDSC01084
jeden z karateków przyszedł pogadać

Może będę teraz męskim szowinistą, ale jeśli za trening bierze się grupa złożona z samych facetów, to ma to jakiś inny kształt, żeby nie powiedzieć inną jakość. Może dlatego, że nie mieliśmy przed kim stroszyć piórek ;). Żarcik. Oczywiście jest wtedy na treningu nieco więcej siły i pewnie to wszystko. Takie to było męskie granie.

julinek - pchające dłonie
a to my… od prawej Mirek, Radek P., Marcin, Radek W., KO, Przemek, Paweł

A potem co? Po kiełbasce i ziemniaczku z grilla (nawet smaczne – z twarogiem) i do domu. Warto było… nawet odczuwalna temperatura 29 stopni specjalnie nam nie doskwierała. A najlepsze jest to, że wokół las, trawa i takie inne, a mnie alergia prawie nie ruszyła. Dobry objaw… wracam na trawnik i to qrcze jak najszybciej.

Julinek - pchające dłonie
ładne okoliczności przyrody po drodze…

6 Replies to “KO w krainie Chenowców”

  1. Ja rozumiem, że jako autor piszesz i robisz zdjęcia, ale jak jest grupowe to mógłbyś chociaż gdzieś tam się wcisnąć.

  2. Też tak miałem z z brakiem KO na zdjęciu. To chyba dlatego, że jedyny z profilu na fotce 😉

  3. Cwiczenia formalne nie moga chyba byc kompatybilne w roznych szkolach czy stylach bo nie byloby szkol i stylow ale kiedys czas pokoju sie konczy i jak wtedy sprawdzaja sie te gry wojenne w prawdziwym teatrze? Sprawdzaliscie?

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz