Co nam przeszkadza?

z własnych obserwacji…

Dziś o tym – co nam przeszkadza się rozwijać? Masa rzeczy. Niektóre z nich są łatwe do usunięcia. Jedną z takich przyczyn jesteśmy my sami i jest to jedna z przeszkód, którą możemy usunąć. Nie, żebym namawiał kogokolwiek do strzelania sobie w łeb. Nic z tego. Tą metoda na pewno nie usuniemy problemów.

W jaki sposób sami sobie przeszkadzamy? Najczęściej kiedy nam się wydaje, że już coś umiemy, czyli bardzo często. Zaczynamy wtedy ćwiczyć w sposób automatyczny, mechaniczny, taki bez duszy. A tymczasem w Tai Chi nie ma takich elementów, które można odtworzyć automatycznie i za każdym razem musimy być umysłem tu i teraz, bo inaczej ciało samo zawsze będzie chciało iść na skróty.

Zabija nas też rutyna. Przychodzimy na salę i uczymy się czegoś. Przywiązujemy się do tych umiejętności, bo techniki zaczynają nam wychodzić coraz lepiej – albo nam się tak zdaje, aż tu nagle ticzer mówi nam – to teraz zapomnij o tym i zrób to inaczej.” I co? Częstym zjawiskiem jest ucieczka. „A ja się tego uczyłem w ten sposób”, „A mnie XYZ uczył inaczej” lub „Znów od początku? To ile razy można?”. Odrzucamy nową wiedzę, bo MY TO PRZECIEŻ UMIEMY

obrażony kot
a ja wiem swoje i już…

Nic bardziej błędnego – my się po prostu boimy, że „nowe”  nie będzie nam wychodzić, że znów będziemy początkującymi, że nagle się okaże, iż nie jesteśmy tacy świetni, bo znów musimy coś doskonalić. A przecież trening właśnie polega na ciągłym doskonaleniu się i na zdobywaniu nowych umiejętności. Im dłużej ćwiczymy, tym łatwiej taki strach złapać.

A przecież sztuki walki to taka fajna dyscyplina, gdzie czasami robienie czegoś na odwrót, potrafi doprowadzić do niespodziewanych umiejętności. Dobrym przykładem jest trening centrowania. Ćwiczenie powoli, z „wsłuchiwaniem” się w technikę partnera powoduje, że zdobywamy umiejętności przydatne przy bardziej „kontaktowych” wersjach praktyki.

przywiązanie zamyka umysł

Musimy tylko w pewnej chwili porzucić wyrobione praktyki, tak by na ich bazie wyrobić sobie następne,  które w jakimś bliższym lub dalszym czasie również przyjdzie nam porzucić.

Trzeba pamiętać, że te wszystkie ćwiczenia, formy i praktyki, to tylko metody mające na celu osiągnięcie biegłości w sztuce. Tak więc i pchające dłonie, i symbol Taiji, i zwykłe pompki – to tylko metody prowadzące nas na pewien poziom wiedzy. Metody, które, prędzej czy później, przyjdzie nam porzucić, by przyjąć następne. Bo jeśli nie, to będą nam przeszkadzać, zatrzymają nas w rozwoju. A my nie lubimy porzucać spokojnych zatoczek i wypływać na nieznane wzburzone wody.

Człowiek potrzebuje akceptacji. I to jest jeden z powodów, dla których odrzucamy poprawki. Kiedy już się czegoś nauczymy, to czekamy, aż ktoś to potwierdzi – przy pomocy stopnia lub dobrego słowa. A tu się okazuje, że musimy uczyć się dalej. A my, w naszej przemożnej potrzebie akceptacji, mieliśmy nadzieję usłyszeć: „ok… jesteś świetny… masz tu odznakę złotej kury – idź dalej tą drogą”. I kiedy tej akceptacji nie otrzymujemy, to się obrażamy. A przecież akceptacja może przyjąć różne formy. Czasami akceptacją będzie jedno słowo lub brak poprawek (choć to ostatnie może oznaczać, że jesteśmy beznadziejnym beztalenciem). Nauczyciele nie powinni skupiać się na tym, co właśnie umiemy, tylko na tym co chrzanimy i nad metodami poprawy tej sytuacji.

Ale jeśli nie chcemy słyszeć poprawek i oczekujemy peanów, to nigdy się niczego nie nauczymy. Będziemy tylko wkurzać nauczyciela i partnerów.

kieliszki zamiast filiżanki

rozlane wino
straszny widok

Powinienem teraz przytoczyć klasyczną chińską przypowieść o filiżance, ale prawdopodobnie każdy, kto siedzi w tej tematyce trochę dłużej, rzyga już na samą myśl o tej historyjce. W moim wypadku wszystko odbyło się nieco inaczej.

Otóż dawno, dawno temu (jakieś dwie i pół wątroby wstecz) siedzieliśmy sobie z kumplem i smakowaliśmy wyroby alkoholowe. A że trwało to już czas jakiś, to i tematy rozmowy stawały się coraz bardziej abstrakcyjne i ja nie dopijałem już do końca kieliszka. Te resztki na dnie powodowały, że przy każdym następnym polaniu część płynu lądowała na stole.
– Ej, lej ostrożniej – rozlewasz – zwróciłem kumplowi uwagę.
– To TY Qrna pij normalnie, do końca, bo się marnuje.

i coś w tym jest. Bo cała ta wiedza, którą odrzucamy ze strachu przed ponownym procesem nauki po prostu się MARNUJE nie mieszcząc się w naszej praktyce. Drugi raz już możemy jej nie usłyszeć.

Sam się na tym niedawno złapałem wielokrotnie (bo oczywiście nie jestem wolny od tej przypadłości).

pokora

Powyższy tekst chciałbym zadedykować wszystkim tym, którzy wiedzą lepiej i nie potrafią tego faktu zachować dla siebie.

pokora – jedna z głównych cech dobrego tudi (ucznia) – sorki nie znalazłem lepszej ilustracji (na zdjęciu Wojciech Pokora)

PS. Ten tekst napisałem jakiś czas temu i przez ten cały czas nie byłem do niego przekonany, ale na jednym z ostatnich treningów stylu Hao miała miejsce taka rozmowa:

– I co? Dużo zmian? – Rodor spytał Andrzeja Kalisza, który to niedawno wrócił z Chin, gdzie ćwiczył Tai Chi

– Trochę – odpowiedział zapytany.

To „trochę” przewróciło mi widzenie formy. Same notatki z jednego treningu zajęły mi 6 stron w notesie, a pozorne zamknięcie przyśniło mi się w nocy. A już mi się wydawało, że coś się w tej formie układa. Danusia powiedziała, że to takie „Never ending story” – trochę ma rację, ale ja to lubię. Nawet jeśli pierwszy ruch z formy znów dziergałem godzinę i znów nie byłem z niego do końca zadowolony.

A forma po poprawkach zaczęła mi się bardziej podobać. Jest w niej więcej kółek i wielopłaszczyznowych rotacji. Zapłaciłem za to samooceną własnych umiejętności, ale warto było. Gdybym się przywiązał do tego co już umiałem, nie zobaczyłbym tego co, być może, czeka mnie na końcu tego sezonu treningowego kiedy już wielokrotnie przećwiczę te wszystkie poprawki, kiedy w formie poczuję się dobrze i znów będę mógł się skupić na wnętrzu, oddechu i prowadzeniu siły.


1

Organizuję wyjazd treningowy do Chin (Guangfu 2024).
Jeśli podoba Ci się moja działalność – możesz zostać moim mecenasem! Postaw mi kawę (kliknij obok).
Dziękuję.


Dlaczego do końca sezonu? Bo Andrzej Kalisz znów poleci do Chin, a Rodor znów zapyta: „I co, dużo zmian?”. Rodor czy Ty musisz być taki dociekliwy? Nie wiesz, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? A ze stopni to można czasami, oczywiście przypadkiem, spaść?

Ps. Widziałem już tę zmianę w formie z mieczem… HA!!!!

7 komentarzy do “Co nam przeszkadza?”

  1. To nie dociekliwość a element prakseologiczny :). Otóż ja odkąd mam styczność z Hao TJQ czuję ciągły niedosyt postępów – z mojej winy oczywiście – i bez przerwy mam coś do poprawienia, bo robię to nie tak jak należy :), a nowa jakość i zmiany w formach wynikające z podróży AK do Chin są właśnie tymi praktycznymi elementami, które są nowe dla wszystkich i nawet KO musi przerabiać formę od początku, a nie tylko ja……. ;D. Niemniej następnym razem zapytam AK zdaniem twierdzącym: „pewnie tym razem mamy mało zmian w formie” i jeśli odpowiedź będzie „sporo” to będzie znaczyło, że praktycznie niewiele 😉

    Odpowiedz
    • Pytaj, pytaj… Ja ogólnie nie lubię zmian, więc jeśli nagle by się okazało że nie ma żadnych zmian, to by była za duża zmiana jak dla mnie i nie wiem czy bym to dobrze zniósł.

      Na razie walczę z wkręcaniem stopy do środka i zmianą kierunku pchania. Z obniżeniem rąk chyba już dałem sobie radę…

      Odpowiedz
  2. KO, dzięki za poruszenie ciekawego i ważnego zagadnienia.

    Odnosząc się bardziej do tytułu Twego wpisu niż do treści: tym co mi przeszkadza w praktyce jest nieznajomość (albo niedostateczna znajomość) sensu ćwiczenia. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że przeszkadza to nie tylko mnie, ale i większości ćwiczących (nawet jeśli głośno się do tego nie przyznają 😉

    Niby wiem, że podejście „ćwicz sumiennie, a sens odsłonię Ci później” (albo sam Ci się objawi) jest rozpowszechniona w szkołach tradycyjnych chińskich styli i powinienem być do niej przyzwyczajony. Aczkolwiek uważam, że sprawdza się ono tylko w przypadku najzdolniejszych adeptów. Jeśli celem takiej metody jest wyłowienie z tłumu ćwiczących tych najzdolniejszych (dzięki którym styl przetrwa w „złotej” postaci), to przypuszczalnie (a nawet na pewno) ma ona sens. Ale z punktu widzenia popularyzacji systemu (czyli nauczenia go jak największej liczby ludzi), takie podejście nie jest zbyt efektywne. Owszem, większość ćwiczących nauczy się kopiować- lepiej lub gorzej- dany ruch, ale co z jego rozumieniem? Z lubością oczywiście wspominam, jak główny bohater „Karate Kid” malował tygodniami płot wokół posesji swego mistrza, by później niespodziewanie odkryć, że w ten sposób uczył się podstawowych bloków. Ale ponieważ zestarzałem się (od „karate kid” do „kungfu tetryk”) a przy tym nie należę do tych adeptów, którym sens objawia się łatwo, preferuję oczywiście metodę ujawniania sensu praktyki (ćwiczenia) już na wczesnym etapie jej nauki. 🙂 Jasne, nie wszystko należy (a nawet nie da się) wyjaśnić od razu, ale uważam, że generalnie uczeń powinien stopniowo poznawać sens ćwiczenia i kolejne jego warstwy (a nie po prostu bezrefleksyjnie je powtarzać). Zwłaszcza w interakcji z innymi uczniami.

    A nawiązując do poruszonej przez Ciebie kwestii oporu ucznia wobec zmian wprowadzanych przez nauczyciela do poszczególnych ćwiczeń: wg mnie- znowuż- zmiany powinny być odpowiednio wyjaśnione uczniowi. Jeśli przez wiele lat uczę się, by w danym ćwiczeniu trzymać łokieć ugięty albo zaciśniętą pięć, to raczej chciałbym dowiedzieć się, dlaczego nagle mam łokieć prostować a dłoń trzymać otwartą. Zwłaszcza że każdy nawyk ruchowy budujemy przez wiele lat, a wykształcenie nowego potrwa tak samo długo. Najczęściej uczeń słyszy w takich sytuacjach uzasadnienie, że zmiany są wprowadzane po to, by przełamać dotychczasowe nawyki ruchowe czy że (cytując KO) „przywiązanie zamyka umysł”. Jasne, tylko niektóre nawyki ruchowe sprzyjają rozwojowi a zatem- nie ma sensu ich zmieniać. Przyznaję tu uczciwie, że sensu wprowadzania pewnych zmian w naszym stylu nie rozumiem (np. ustawienia dłoni w jibengongu). Tu zgadzam się z panem Yarkiem, że „zmiana nie musi być postępem”.

    Konkludując: myślę, że znajomość sensu danego ćwiczenia obiektywnie poprawia efektywność praktyki (pomijam tu inne czynniki jak regularność, precyzja czy miłość do praktyki). Innymi słowy: im lepiej rozumiesz sens ćwiczenia, tym efektywniej ćwiczysz.

    Do zobaczenia dziś. 🙂

    Odpowiedz
    • Adasiu, bracie – dostaniesz ode mnie dyplom za najdłuższy komentarz.

      zacznę od końca. Będę dopieoro w następny wtorek. Obiecałem że nie będę skakał do końca sierpnia, a w piątek obiecałem mojej mamie że będę jej towarzyszył na treningu pięciu zwierząt…

      Ale wracając do tematu. Znany nam obu brodaty mentor opowiedział mi przypowieść o pewnym poecie który po pijaku pomylił księżyc z jego odbicia w wodzie i się utopił. Ja to rozumiem tak. słowa którymi może nas karmić nasz naucziel to tylko obraz, na dokładkę jego obraz który my widzimy przez własny pryzmat. To trochę jak głuchy telefon.

      Ja to czuje tak. Myślę że jeśli nauczyciel jest dobry to będzie naprowadzał Cię na rozwiązanie, bo wtedy rozwiązanie będzie Twoje. To może właśnie odróżnia sprawnego odtwórce od mniej widowiskowego wykonawcy? Dobry nauczycie naprowadza… dobry uczeń – szuka, KOmbinuje sam. Wiedza którą osiągnie jest ważniejsza, Może to jest powód istnienia takiej różnorodności wśród przekazów i styli… każdy rozumiał wiedzę nieco inaczej, przez pryzmat własnych doświadczeń.

      Teraz strzelę sobie w kolano. Niestety – w obecnych czasach rzadko kto ma czas żyć trenigiem na pełen etat, nawet Ci którzy uczynili z prowadzenia szkół swoją pracę – mają z tym problem. Prawda więc leży po środku. Wg. mnie nauczyciel nie powinien „rzucać pereł przed wieprze” ale powinien jakoś tą wiedzę dawkować.

      Jak? Nie wiem… jak się dowiem zamknę tego bloga, osiedlę się w samotni w Bieszczadach i będę rozmawiał z wilkami.

      DoZoo za tydzień… szykuj się bo już mnie nosi…

      Odpowiedz
  3. Bardzo dojrzały artykuł. Naprawdę

    Cytat:
    „Zabija nas też rutyna. Przychodzimy na salę i uczymy się czegoś. Przywiązujemy się do tych umiejętności, bo techniki zaczynają nam wychodzić coraz lepiej – albo nam się tak zdaje, aż tu nagle ticzer mówi nam – to teraz zapomnij o tym i zrób to inaczej.” I co? Częstym zjawiskiem jest ucieczka”.

    Kiedyś poleciłem uczniom wykonanie formy Wu na drugą stronę. Na sali nastąpiła konsternacja, potem wszyscy zatopili się w ruchach. Tao w czystej postaci…
    Chyba wrócę do tego działu i spróbuję chwilę podyskutować. Obecnie („na szybko”) nadrabiam powakacyjne zaległości w czytaniu.

    Odpowiedz
    • Ćwiczenie „na lewe mańkę” to wspaniały sposób na weryfikację swoich umiejętności.

      Umiem to? Rozumiem? Czy tylko mam odruchy niczym małpa na widok banana?

      Chwali to Yang Jwing Ming, Andrzej Kalisz daje nam do ćwiczenia Dan Cao – pojedyncze techniki w defiladach (kiedyś pisałem), a w Lao Jia jest po prostu forma ręczna robiona na lewą stronę (delikatnie się różniąca do tej „normalnej”). Dobry adept musi mykać każdą technikę na dwie strony bo inaczej to tylko połowa Tai Chi.

      Jest jeszcze wiele takich metod. Mam zamiar je wkrótce opisać

      Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz