Sobota z Tai Chi i nożem w plecach

Ja właściwie już nie wiem, jakie tytuły nadawać wpisom o pracowitym weekendzie. Bo w zasadzie wszystko już było. Prawda jest natomiast taka, że w tygodniu to jest tak zwana „orka”, czyli praca ważna i dająca dużo satysfakcji, ale… No właśnie, ciężko o niej pisać. Owszem, w moich „świętych” treningowych notesach jakieś zapiski się znajdują, ale co ja będę pisał na blogu… To po prostu proza treningowego życia, taka sól ziemi czarnej. Dla mnie jest to niezmiernie ważny element praktyki, ale zaprawdę powiadam Wam, blog byłby nudny, gdybym o tym pisał.

Kiedy jednak przychodzi weekend, to najczęściej dzieją się rzeczy mniej codzienne. W poprzednią sobotę kreśliłem koła w bezpośredniej bliskości Muzeum Narodowego, a w tą? Uprzejmie donoszę, że…

Tai Chi o poranku niczym flaki na weselu…

Czyli, nawet jeśli się człek nie dośpi, to trzy godziny treningu pod dyktando Andrzeja postawi go na nogi. Serio. Tak właśnie działają weselne flaki.

Powiem bez bicia, że kiedy docierałem już na Skwerek Berek i już z daleka widziałem Andrzeja samotnie siedzącego na ławeczce, to serce mi nieco zadrżało. Całe seminarium sam na sam? Ja bym  stamtąd wyszedł na czworakach… Pamiętam już takie treningi. Są świetne, czerpię z nich wiele korzyści, ale psyche trochę ryją. Zmuszają do wejścia na wyższy poziom, bo człek ma wrażenie, że od niego wszystko zależy. Tym razem, na szczęście, nie byłem sam. Była jeszcze pani Danusia (nie, nie moja Danusia — ta moja nie ćwiczy… bo nie, i już), Pani Danusia która dojeżdża na te zajęcia aż z Dębicy.

Skwerek Berek i pani Danusia leniwie poprawiająca poły płaszcza

Dlaczego nas tak mało? Ano nie wiem. Co prawda tematem tych zajęć jest opanowanie formy dedykowanej dla seniorów. Oczywiście formy stylu Hao. To forma ułożona przez mistrza Zhaia na wniosek takiego chińskiego komitetu działającego na rzecz poprawy zdrowia seniorów. Czy łatwiejsza? Nie, nie ma w niej nic łatwiejszego, a dzięki temu, że nasza grupa jest niewielka, a zajęcia intensywne to przyswajam sobie multum rzeczy, które mi się w innych formach przydają. Bo formę dla seniorów, się robi dokładnie tak samo porządnie, jak długą formę. Tyle tylko, że sposób nauczania jest inny, bo skierowany do osób starszych. Póki jednak nie prowadzę takich treningów, to sam mój trening niczym się nie różni od praktykowania innych form. Więcej. Różnice w „choreografii” są dla mnie tak drobne, że bardzo często umysł „przełącza” się na inną formę i nagle pod koniec formy pietnastoruchowej zaczynam robić tą trzydziestosiedmioruchową. Trzeba się pilnować…

Tego dnia znów udało mi się odkryć w mojej formie rzeczy, które muszę poprawić. I fajnie — świadomość popełnianych błędów to połowa sukcesów — druga połowa to uświadomić sobie potrzebę ich poprawy i trzecia to zrozumieć jak to zrobić. Reszta to po prostu praca.

a gdzież to ja się patrzę bez sensu?

Po porannym taichingu do domu wpadłem jak po ogień, gdyż…

Wbij nóż w swoje ciało: jeżeli nie boli, możesz wbić drugiemu.

To kirgiskie przysłowie (wyszperałem je dziś) to dłuższa wersja naszego „Nie czyń drugiemu…”. Można jednak je odczytać również trochę treningowo. Najpierw należy sprawdzić na sobie, potem uczyć innych. Co to ma wspólnego z drugą częścią treningu? Otóż w ten weekend odbywał się drugi ogólnopolski zlot grup sparingowych. Tak jak poprzednim przypadku, wszystko działo się w Wiosce Żywej Archeologii na warszawskim Bródnie. Świetne miejsce, kiedy pogoda dopisuje, a tym razem dopisała. Treningi odbywały się od południa, zaraz po zakończeniu strzelania z łuku.

Niestety, jeszcze nie opanowałem techniki wychodzenia z ciała i musiałem dokonać jakichś wyborów. W wyniku skomplikowanego, okraszonego wieloma westchnieniami procesu eliminacji podzieliłem dzień tak, by rano poćwiczyć Tai Chi, a wieczorem wpaść na jakieś jedno seminarium do Wioski.

Załapałem się na trening obrony przed nożem. Trening prowadził War (to ksywa), człek legenda, którego pierwszy raz widziałem na oczy. Początkowo chciałem się tylko poprzyglądać. Ćwiczenie obrony przed nożem jakoś mnie nie rajcuje. Do sytuacji, w której ktoś wyciąga nóż, po prostu nie należy dopuścić. Trzeba dać sobie spokój z eskalacją konfliktu dużo wcześniej. Lepiej uznać się za pokonanego niż za martwego.

to sport dla każdego, wystarczy dostosować poziom i zasady. (fot. Martyna Radlak)

Ale… no właśnie, ale. Zobaczyłem, co War pokazywał i tak mi to przypominało niektóre techniki z Tai Chi i Chuo Jiao Fazni, że wbiłem się (niczym ten przysłowiowy nóż) w grupę ćwiczących. Szczególnie że ćwiczyliśmy w MŁYNKU!!! Tak, owym młynku, który na treningach Chuo Jiao Fanzy przeflancowaliśmy z wrażego Aikido (specjalnie tak piszę, by zrobić Żwirkowi na złość). Młynku, który niesłusznie niektórzy nazywają „młynkiem KO”. Miłe to, choć nie ja go wymyśliłem, ja go podejrzałem. Jak wiedzielibyście, co ja podglądałem w młodości, to język polski mógłby od tego stanąć na głowie. Ale wróć – tak, młynki. Te młynki, które próbowałem zaszczepić w warszawskim oddziale YMAA. Teraz naocznie przekonałem się, dlaczego to się nie udało. Na Tai Chi zbyt dużo osób traktowały to jak zabawę. Śmichy, chichy i podejście do pracy niczym do głosowania w Sejmie (niestety wielką). A tu nie. Dzięki temu w wyjątkowo krótkim czasie każdy chętny przećwiczył swoją technikę kilkanaście razy, a ja przy okazji podejrzałem, jak można zmodyfikować „młynek”, tak by stał się jeszcze bardziej wydajny. Ot, co może uczynić odrobina dyscypliny na treningu.

o i ja! A słońce zachodziło za horyzont… Technika? Coś na granicy „Grania na pipie” i „Nefrytowej damy, tkającej czółenkiem” (fot. Martyna Radlak)

Podobało mi się, szczególnie że odnajdowałem w technikach znajome elementy. Wielką radość poczułem, gdy po drugim, trzecim wykonaniu techniki zaczęły wychodzić. A już jak jeden z nieznajomych mi ćwiczących pochwalił: „O, ładna technika, taka płynna…”. „Tak, to Hai Di Zhen, czyli igła na dnie morza” – odpowiedziałem, sugerując, że znam jeszcze kilka trudnych słów, które mogą mi się przydać w treningu. „Oki, rozumiem” – skłamał uprzejmie…

kącik biczowników przeróżnych (fot. Martyna Radlak)
tradycyjne ogniste pokazy(fot. Martyna Radlak)

Po dobrze spędzonym dniu własna poduszka wydaje się słodka.

Tak. To angielskie przysłowie, dziś się sprawdziło. Więcej słów nie potrzeba.

PS. Nie, nie zeżarłem poduszki, umiem czytać pomiędzy wierszami…

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

4 komentarze do “Sobota z Tai Chi i nożem w plecach

  • 20/08/2021 o 05:31
    Permalink

    “Dlaczego nas tak mało? Ano nie wiem” – bo zawsze jest nas mało, a tym razem doszły wesela i wyjazdy wakacyjne 🙂

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: