Siłom i godnościom osobistom…

Hi-man

Czasami chce mi się krzyczeć – niczym rysunkowemu Hi-manowi stojącemu na szczycie góry: „Na moc posępnego czerepu!!! Mocy przybywaj!”, czy jakoś tak. Durny to był film, teraz to widzę. W porównaniu z takim Samurajem Jack’iem – wręcz prostacki.

Z tym, że nie o to mi chodzi, żeby rozkminiać teraz różnice w rysunkowych klasykach gatunku. Miałem kiedyś taki przypadek: otóż pcham ręce z dość przypadkową osobą. Tak wyszło, to był trening na sali, większa grupa, nie zawsze można sobie wybrać. A nawet więcej! Wybieranie w tej sytuacji jest czymś złym. Bierzemy co mamy pod ręką i uczymy się rzeczy niespodziewanych. I ja staram się tak czynić.

Użyłeś siły — powiedział mój partner z wyraźnym wyrzutem.
Eeee… – Elokwentnie starałem się podtrzymać konwersację.
Użyłeś siły, a to nie jest Tai Chi.
A czegóż miałem użyć…
Energii, rozluźnienia… – mój partner bez mrugnięcia okiem powtarzał zasłyszane frazesy – tak ogólnie powinieneś użyć Tai Chi.

Szczerze, to na owe czasy zupełnie brakowało mi argumentów w takich rozmowach. Choć podświadomie czułem, że to wszystko nie tak, to nie potrafiłem tego ubrać w słowa. Ćwiczyliśmy sobie zatem dalej. On używał energii i rozluźnienia, ja – siły. Żaden z nas z tego ćwiczenia nic nie wyniósł. No, może poza tym, że ja nabawiłem się dodatkowej niepewność co do własnych umiejętności, a on pewności, że jestem taicziowym troglodytą. Bo, kruca fuks, świetnie widziałem, że używam siły. Jakoś nie wierzę w możliwość oddziaływania na treningowego partnera, czymś innym niż siłą. Siłą, po to by zgodnie z newtonowską ideą, swoją akcją wywołać jakąś reakcję.

Skąd to się bierze? Moje podejrzenia idą w tym kierunku, że większość nauczycieli wmawia swoim uczniom, że to powinno być robione jakąś mityczną czymsią, którą to można opanować dopiero po wieloletnim treningu, okupionym potem i stresem (i oczywiście miesięczną składką na konto). Osobiście pamiętam postać instruktora (choć naprawdę staram się to wypierać), który opowiadał o rozluźnieniu i nieużywaniu, a kiedy się z nim pchało ręce, to uchwyt miał taki, że pozostawiał człowiekowi siniaki. Sztywny był przy tym niczym Tutenchamon w 1976. Ten to nauczyciel często szafował klasyką: „Używaj czterech uncji przeciwko tysiącowi funtów”. I ludzie starali się cedzić tę swoją siłę niczym jakąś pipetką. Wręcz bali się bardzo tej siły używać. Bo siła jest zła. Drugim efektem takiego zachowania była niebywała skłonność do ulegania byle dotknięciu. Pomni ciągłych wykładów o rozluźnieniu, podkładali się i nigdy nie nauczyli się tej siły przekierowywać. Żadnego sensu w tym i żadnej nauki…

mimoza wstydliwa (Mimosa pudica) – ulubiona roślina ćwiczących Tai Chi

Wpadłem ostatnio na tekst mistrza Li Yiyu (więc klasyka stylu Hao) zatytułowany: „Niezbędne (informacje) w ćwiczeniu formy i pchających rąk”. I tam znalazłem tę klasykę. Taaak, dokładnie tę mówiącą o tym, żeby używać czterech uncji przeciwko tysiącom funtów. Tej, którą karmią nas różni instruktorzy. A tak ogólnie, może by ją ktoś w końcu przełożył na polski, czyli: „Użyj 113,398093 g przeciwko 453,59237 kg”? Od razu lepiej. Ok. dość krotochwil… Otóż ten fragment we wspomnianym wcześniej tekście brzmi następująco.

„Jeśli potrafisz przyciągnąć przeciwnika, aby wylądował na niczym, możesz wtedy użyć czterech uncji siły, aby przesunąć jego tysiąc funtów. Jeśli nie możesz przyciągnąć przeciwnika do lądowania na niczym, nie możesz użyć czterech uncji, aby przesunąć tysiąc funtów ”.

To zmienia totalnie wszystko, bo pokazuje, że najważniejsza jest umiejętność wciągania przeciwnika/partnera w pustkę, neutralizowanie jego siły (poprzez rozluźnienie i umiejętność ROZUMIENIA jego siły — Ting czyli słuchanie), a nie poprzez wyrabianie w sobie obrzydzenia do używania siły. Więc nieuczenie się przeciwstawiania małej siły do dużej, ale obietnica, że jeśli się nauczysz neutralizować, to wystarczy mała siła, by dokonać cudów. Dopiero czytając całość można zrozumieć co jest metodą, a co efektem. Traktowanie efektu jako metody, to mylenie pojęć i obnoszenie się z niewiedzą.

Więcej – osobiście uważam, że uczenie się tego słuchania, wymaga od nas i naszego partnera, stosowania owej siły. I tej małej, bo tak jak z dźwiękiem – słuchanie czegoś cichego wyrabia wrażliwość. I tej dużej, bo warto na czymś przetestować swoje umiejętności. Zresztą szczerze, jeśli ćwiczy dwóch ludzi i pchający nie używa siły, to jak on ma się nauczyć wpuszczać w pustkę? Teoretycznie? To tak jakbyśmy próbowali naciągać łuk nie stosując siły… samą energią i intencją. Nie da się. Albo strzelać z bata stosując samę enrgię… nie da się. Na początku każdej techniki jest jakaś siła. Jakaś praca mięśni… nie wdając się już w rozważania o powięzi, to nawet utrzymanie rąk w medytacji obejmowania drzewa wymaga pracy mięśniowej. Więcej… nawet jeśli leżymy, to nasza struktura jest czymś utrzymywana. Bo nawet minuta leżenia, to jedna kilokaloria zużytej energii… między innymi na pracę mięśni.

…i proszę, 25 godzin na dobę takiego leżenia i 1500 kilokalorii spalone… i po się wysilać?

Zanim osiągniemy mistrzostwo w nieużywaniu, trzeba się nauczyć używać. Cóż, kiedy ciało słabe, to używanie siły szybko staje się nieprzyjemne.

Tak więc nie miłością i energią kosmiczną, a siłą (jej „inteligencja” i pochodzenie to zupełnie inna sprawa) powodujemy, że ten trening nabiera sensu.

A teraz dla chętnych – możecie budować dla mnie stos. Jesień idzie i przyda mi się trochę ciepła dla rozgrzania starych kości.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

4 komentarze do “Siłom i godnościom osobistom…

  • 28/08/2021 o 11:24
    Permalink

    Duszek Orko mówi: uczenie jakiejkolwiek umiejętności może być wyzwaniem, a uczenie matołów, którzy przychodząc po nauki z góry wiedzą na czym ta umiejętność polega, graniczy z niemożliwością. W łucznictwie nie ma aż tak daleko posuniętego kultu formułek (albo raczej: jest, tylko te formułki są bliższe rzeczywistości) za to sporo ludzi powtarza je bez najmniejszego zastanowienia – bez zastosowania skali, bez kontekstu itd.. Morał: ucz się i myśl!

    Odpowiedz
    • 28/08/2021 o 13:35
      Permalink

      Pewnie właśnie to miał na myśli mistrz T.T. Liang pisząc że nie należy bezgranicznie ufać własnemu nauczycielowi. Nie na słowo. Sprawdzać jego nauki poprzez trening, jeśli nie działa dopytać się bo może nie zrozumieliśmy…

      Odpowiedz
  • 05/09/2021 o 15:57
    Permalink

    ” Jakoś nie wierzę w możliwość oddziaływania na treningowego partnera, czymś innym niż siłą.” W punkt, napisz o tym książkę i zrewolucjonizuj postrzeganie „użyj siły przeciwnika”. Ja w wieku 14-15 lat chodziłem na aikibudo i tam czasem w parze byłem z takim silnym i wyższym (to akurat nie trudne, już mnie widziałeś 😉 ) chłopakiem, który wcześniej trenował jakieś karate. Wszystkie bloki robił „twardo” i siłowo, jak ciosy, a ja miałem jego rękę pociągnąć jak szarfę miękką i wiotką, bzdura. Owszem, to da się, ale wmawianie o nie używaniu siły tworzy bardzo mylne pojęcie całości. To tak moim zdaniem, całkowitego laika, rzucam tygrysem zamiast go przenosić i uderzam z karata zamiast bicza

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: