KO przekracza nowy próg

Ktoś mi kiedyś powiedział, że najlepszym miejscem do treningu jest przysłowiowy targ w Indiach. Zapamiętałem to, choć niewiele mi to mówiło. Niby tam jest taka masa ludzi i gwar, że jeśli tam nauczysz się rozluźniać i skupiać na sobie, to już wszędzie będziesz mógł. Po latach okazało się, że to była chyba najważniejsza rzecz, którą ów człowiek mi przekazał.

Teraz jednak odnalazłem swój „targ w Indiach”. Ten ostatni czas spędzam w rozjazdach, poza domem. To niestety oznacza hotele, i to niekoniecznie jakieś iksgwiazdkowe. Całe szczęście warunki nie są złe, pokoje niewielkie, ale śpimy po dwóch. Mam też szczęście do współspaczy. Ci, jeśli już chrapią, to tylko wtedy kiedy śpią.

Trening w takich miejscach jest utrudniony, daleko od sekcji, daleko od znajomych trawników. Naprawdę, wydawało mi się to nie do wiary, ale jedna z najbogatszych wsi w Polsce tak mocno jest zabudowana willami, że nie ma gdzie wyjść nawet na spacer. Nie mógłbym tam mieszkać. Jedynym miejscem, gdzie można było w miarę spokojnie poćwiczyć, był parking pod miejscowy hipermarketem. Ten jednak był czynny do 23:00. Im chłodniejsze dnie i noce, tym mniejszą miałem motywację, by po całym dniu pracy na zewnątrz wyjść jeszcze nocą na parking pod spożywczak.

to już się na szczęście „ne wrati” – hotel studencki w głębokim PRL. Te robotnicze różniły się ilością alkoholu

Siłą rzeczy zdarzało mi się ćwiczyć w hotelach. Korzystałem z tego, że w erze Korony Kielce hotele są puste i zawsze znajdował się jakiś ustronny kawałek korytarza. Do czasu… kiedy to już nie chciało mi się wyjść z pokoju. Co zrobiłem? Po prostu wstałem i zacząłem ćwiczyć w pokoju. Kolega, który akurat wtedy próbował zrozumieć, o co chodzi w całkach, spojrzał zdziwiony znad komputera, ale po chwili przestało go to interesować. Wrócił do swoich całek. Młody jest, jeszcze dużo wody w łazience upłynie, nim zrozumie, że z całkami jak z kobietami — należy im przyznawać rację, a nie próbować rozumieć.

Wiecie, jak to jest, trening to nie zawsze fajne i widowiskowe formy. Czasami robi się coś, co wygląda dziwnie, a nawet podejrzanie. Szczególnie dla człowieka, którego największą aktywnością jest ganianie się czołgami po wirtualnym poligonie.

Dla mnie ta sytuacja to było przekroczenie następnego progu samoakceptacji swojego treningu. Nie mam problemu z ćwiczeniem w przestrzeniach publicznych, w parkach itp. Ale tam człowiek jest bardziej anonimowy, bo w tłumie. Działa taki „efekt nagiego króla” – nikt ze spacerujących nie przyzna, że go śmieszą ludzie robiący dziwne ruchu, bo ma świadomość, że wyjdzie na „zaściankowego wieśniaka”. Ale w pokoju hotelowym już to nie działa. Szczególnie w towarzystwie kolegów z pracy. Delegacyjne środowisko to dżungla rządząca się swoimi prawami.

Czekałem na jakieś drwiny, szczególnie że wiem, iż moje hobby w moim środowisku traktowane jest z jednoznacznym uśmieszkiem. Ale skończyło się na nieszkodliwym: „A będzie z tego przynajmniej deszcz?”. Nie wiem, czy mój dwudziestomilimetrowy pręt zbrojeniowy, którym ćwiczę ostatnio dłoń do rzucania nożem, ma jakiś wpływ na złagodzenie retoryki. Ja go tylko przerzucam z ręki do ręki, nikomu nim nie grożę.

wygląda trochę jak indyk… ten to dopiero musi mieć samoakceptacje na wysokim poziomie.

Stawianie sobie takich wyzwań i przełamywanie progów przypomina mi nieco leczenie fobii przy wystawianiu się na jej źródło. Zresztą kto wie, może to jakaś nieszkodliwa fobia w moim przypadku. Następny próg? Może ten placyk pod blokiem, na którym zbierają się moi sąsiedzi na piwko? Ale nie w nocy, tylko wieczorkiem… A może to już zakrawa na ekshibicjonizm. Bo z jednej strony powinniśmy mieć otoczenie gdzieś, a z drugiej to trochę prywatna, osobista praktyka. Chyba jednak lepiej czuje się w okolicznym parku.

PS. Ostatnio znalazłem u siebie pod drzwiami pokaźny plik czasopism wędkarskich. Wszystko wskazywało na sąsiada, który znosi mi stosy przeczytanych czasopism historycznych. Zapytany, co mam z tym zrobić, odpowiedział, że ja tyle razy z wędkami nad Wisłę drałowałem, iż myślał, że mi się przydadzą.

Tabadummmm

ot tak, bo śmieszne…

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

One thought on “KO przekracza nowy próg

Leave a Reply to ela Cancel reply

%d bloggers like this: