Jak Ursus na polu…

20150418_095709
nowe miejsce – ale tagi bez zmian

Jeśli ktoś myślał, że ćwiczenie Taiji to tylko rozmyślanie o rozluźnieniu, mógł się czuć dziś lekko zawiedziony. W Ursusie miało miejsce seminarium z Robertem Wąsem i Bartkiem Gradem. Pierwsze w nowym miejscu, z nowymi organizatorami, ale zanim o tym…

Ursus (to informacja dla niewawiaków) leży w Warszawie, choć chyba nie zawsze tak było. Niby od 1977 to administracyjnie Warszawa, ale jak ja w połowie lat osiemdziesiątych miałem praktyki w tamtejszej fabryce ciągników, moja mama załamywała ręce mówiąc: „Nie mogłeś załatwić czegoś w Warszawie?”. Tak więc pomny tego obudziłem rano Arka, który spał na miejscu kota Fileta i pochrapywał sobie wesoło. Potem wyposażeni w termos, kanapki i jajka na twardo ruszyliśmy. W Ursusie zmieniło się dużo. Tak dużo, że musieliśmy jeździć na nawigacji, bo nigdzie nie mogłem trafić.

Na sali nieco inaczej niż do tej pory na warszawskich seminariach. Dużo mniej ludzi(co akurat dla mnie nie jest specjalnym problemem). Jasne, że fajnie byłoby żeby było nas dużo, bo to jakiś potencjał w tym drzemie, ale z drugiej strony nad dużą grupą dużo ciężej zapanować i ją zdyscyplinować.

Kto był? Zjechała się cała Polska: Lublin, Gdańsk, Białystok, Bełchatów, Łódź a nawet Londek nad Tamizą. Zjawili się członkowie nowego warszawskiego oddziału YMAA i my – trójka „starych”. Jak na wyjeździe! No nie do końca, wśród „nowych” widziałem także kilka znanych mi twarzy.

Ale do brzegu…

Część pierwsza

foto01
ścianka dla dyrektorów (od lewej Marek, Arek i Robert)

… to przede wszystkim praca nad pracą ciałem + kilka poprawek do formy. I co by tu pisać? To był materiał i metodyka stosowana już od dawna. I dobrze. Jeśli ktoś myśli, że na każdym seminarium musi być coś nowego, to musi iść gdzie indziej. Trening polega na powtarzaniu. Był to materiał, który znałem, co oczywiście nie znaczy, że nie mogę go poznać lepiej. Bardziej interesujące dla mnie – korekta stosowania tej pracy ciała w formie. I było. Przerobiliśmy omiatanie kolana i uniesienie rąk. Dodatkowo Robert i Bartek skorygowali mi uderzenie barkiem. Bartek bardzo ładnie uderza barkiem. Miałem okazję je odczuć na własnej klacie. Arek nie chciał być gorszy i też zaliczył kilka czystych trafień. Farciarz.

DSC_5984
…ooo, żem się załapał z inteligentną miną

Pierwszą część zakończyliśmy ćwiczeniami na rozluźnienie. Nie będę wchodził w szczegóły. Napiszę tylko tyle, że im więcej umiesz, tym więcej czasami musisz zapomnieć. W każdym razie mnie i Arkowi ćwiczenie sprawiało problemy. Miałem wrażenie, że początkujący złapali szybciej.

Przerwa

Takie seminarium to nie tylko trening. To okazja do spotkań, a że znamy się od lat, to każde takie spotkanie jest okazją do małej celebracji. Tym razem zabrałem moich przyjaciół z White Stoku na Bakalarską, do słynnych na całą Warszawę miejsc związanych z tamtejszym skupiskiem Wietnamczyków. Zaliczyliśmy obiad w Son Nam – knajpie prowadzonej przez Nefrytową Nieśmiertelną, potem kawa w bułgarskim barku i zakupy w wietnamskich delikatesach. W Son Nam dodatkowo spotkaliśmy jeszcze Jiuzhizi wraz z Alicją. Ciekawe co było większą atrakcją: bułgarska kawa czy spotkanie z ciekawym człowiekiem? Więcej na temat wcześniej wspomnianych miejsc znajdziecie na blogu „Trzy równoważnie”.

Część druga

Jakoś tak jest, że w części poobiedniej wszyscy liczą na to, że Robert zarządzi medytację leżącą i nigdy się to nie udaje. Tym razem było tak samo – Robert zarządził naukę formy przy pomocy analizowania zastosowań.

DSC_6260
i nie ma, że boli (Ja i Bartek)

Jest to bardzo fajna, choć rzadziej stosowana, metoda uczenia formy. Ma swoje zalety, ale i ograniczenia. Do zalet na pewno należy to, że ruch przestaje być już tylko i wyłącznie przemieszczaniem rąk w czasie i przestrzeni, staje się czymś co ma swój cel i przyczynę. Do wad należy to, że ktoś ten ruch musi już poznać, żeby wiedzieć czego ma szukać, i co najgorsze, ćwicząc jakieś zastosowanie można się na nim zafiksować i potem ćwicząc formę nie widzieć innych możliwości jak tylko to jedno. Tak np. było ze mną, kiedy technikę uniesienia rąk zdominowało uderzenie barkiem. Całe szczęście, że częsty kontakt z zastosowaniami powoduje, że nasze „widzenie formy” często się zmienia.

DSC_6261
a ja go bukłaczkiem – nie ma tak, żeby nie poczuł, bo co on sobie o Warszawiakach pomyśli…

W końcowej części oddaliliśmy się z Arkiem w kąt sali poćwiczyć symbol Taiji w kole Bagua. Temat trudny, szczególnie że z Arkiem spotykamy się rzadko. Ale chyba coś drgnęło. I to w zasadzie tyle. Chciałoby się napisać – nuda panie. No bo było to jeszcze jedno spotkanie, od którego nie oczekuję jakiś niesamowitych wrażeń, nowych ćwiczeń czy innych wodotrysków. Bardziej rajcuje mnie zrobienie za każdym razem jakiegoś małego kroku na przód. Jak to mawiał kiedyś zagramaniczny trener polskich kopaczy obunożnych: „step by step” i chłop jakieś efekty miał – może i mnie się trafi? Nowe miejsca, nowi ludzi, ale praca była po staremu – to dobrze. Mistrz Yang Jwing Ming pisał kiedyś, że że powinniśmy pochylić głowę i zająć się własną grządką, nie oglądać się na rzeczy, które nie dotyczą treningu. Niczym Ursus na polu… Póki widzę u siebie postęp, widzę sens.

Pół żartem, na serio

DSC_6254
– ooo… a gdzieś tu normalnie powinien być schabik, a tu żeberka…
DSC_6224
saga „Zmierzch” – scena spijania krwi…
DSC_6248
Jak to było? Dwa do przodu, jeden w bok?
DSC_6178
…i teraz na pewno odda wszystko, co do grosza…
DSC_6156
panowie, jeszcze pięć minut…
Ursus tai chi Robert Wąs
i co? jednak można?

Wszystkie fotografie Grzegorz Jankowski

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz