Dwie odsłony weekendu…

Delegacyjny tryb życia nie jest najzdrowszy. Więc jeśli mam okazję na trening w grupie, to w te pędy staram się z niej skorzystać. Ten weekend był właśnie pełen takich okazji. Tak więc w sobotę wybrałem się do Muzeum Narodowego. Nie żeby podziwiać sztukę, której zapewne jest tam pod dostatkiem, bo to bądź co bądź muzeum jest i to ponoć najważniejsze w Polsce.

Muzeum Narodowe oprócz swojej misji krzewienia pięknych landszaftów posiada też dziedziniec Lorentza. To wyremontowany w 2016 roku zabytkowy dziedziniec, na którym muzeum jest jakby nieco mniej oficjalne. Takie bez kapci i błyszczących podłóg, na których tak niepewnie czują się młode dziewczyny w krótkich spódniczkach. Dużo się dzieje w tym miejscu. I dobrze. Bo to centrum Wawy i funkcjonowanie tam relatywnie cichego zielonego zakątka to duża rzecz. Cieszy to, że dziedziniec odzyskał swoją przedwojenną funkcję i kształt. To w Warszawie rzadkość.

widok dziedzińca przed wojną, obecnie jest więcej ozdobnych krzaków

Muzeum Narodowe oprócz misji krzewienia tego, co wszyscy wiedzą, prowadzi też inną działalność. Taką trochę na granicy sztuki. Otóż odbywają się tam krótkie sesje treningowe. Zazwyczaj oparte na Qi Gongu (mamy więc pierwiastek sztuki).

Tego dnia zajęcia prowadziła Kahuna, więc zameldowałem się placu z lekkim wyprzedzeniem. Jeszcze nigdy nie spóźniłem się na jej zajęcia. Wolałem nie dowiedzieć się, że każda minuta kosztuje 50 pompek. To by zmieniło moje postrzeganie rzeczywistości. Szczególnie w tych upałach…

w parkach Kahuna też daje radę..

Kahuna właściwie nie zrobiła żadnego konkretnego zestawu Qi Gong, krótkie spotkanie było wypełnione ćwiczeniami na kręgosłup pochodzącymi z różnych zestawów, ale chyba przede wszystkim z podstawowych ćwiczeń starego stylu. Było ok. Szkoda tylko, że w tym roku tak mało osób się pojawia. Ostatnio, kiedy Fundacja prowadziła tu zajęcia, dziedziniec był wypełniony. Ale dobra, czasy mamy teraz nienormalne, i jest jak jest.

Jeśli ktoś miałby ochotę, to 24.07 (również sobota) zajęcia poprowadzi Janek Gliński. A dwa tygodnie po nim (07.08) ja się załapałem na udawanie ticzera (wchodzić na scenę po Janku to nie lada wyzwanie). Więc jeśli ktoś ma ochotę na sobotni poranek z KO, to serdecznie zapraszam, godzina 10:00 – dziedziniec Lorentza (jeśli nie będzie padać). Obiecuje, że będzie starożytnie i nie za ciężko, opowiem też jakiś dowcip.

Ale miałem pisać o weekendowych ćwiczeniach.

Niedziel. Trochę nietypowo, bo po południu, wystartował Qigongowy intensywny obóz Andrzeja Kalisza. W zasadzie wszystko było inne niż poprzedniego dnia. Zajęcia odbywały się na trawniku skwerku pomiędzy blokami. Trochę (ba… trochę…) inna atmosfera, w tle biegające i wydzierające się dzieciaki. I tylko sztuka się zgadza, tyle że na naszym skwerku sztuki to spacerują wokół, a nie wiszą nieruchomo na ścianach. Ale nie rozglądam się, za mocno… no, chyba że akurat ćwiczymy „Sowę spoglądającą na księżyc” (w wersji Andrzeja to ma inną nazwę, ale ta mi zapadła w pamięć) albo „Kota głaszczącego ogon”, wtedy można wzrok odwrócić pod pozorem ciężkiego treningu :). Ale żarty żartami, upał jest taki, że chwilami ledwo się skupiam na treningu. Pewnie gdybym był ładną młodą dziewczyną też miałbym problem ze skupieniem się na skompletowaniu ubioru. Każdy ma takie problemy, jakie Bóg mu przeznaczył.

Andrzej zupełnie inaczej prowadzi treningi. Ale i założenie jest inne. Tygodniowy obóz Qi Gong jest przeznaczony dla osób, które już ćwiczyli zestawy uczone w ramach Akademii Yi Quan. Teraz staramy się korygować popełniane błędy.

ostatnio na warszawskim Gocławiu można zaobserwować wzlatujące w niebo smoki… jednorożce pasą się poza kadrem

A materiał jest szeroki. Coś, co się nazywa „Formą rozgrzewkową”, a także: „Osiem kawałków brokatu”, „Zabawy pięciu zwierząt” oraz „Daoyin z Mawangdui”. Grupa na szczęście (dla mnie, bo pewnie organizator chciałby nieco szersze grono) niewielka i trening bardzo szybko obnaża nasze braki. Ostatnia przerwa w pojawianiu się na treningach spowodowała, że owszem, pamiętałem ogólne zasady ruchów, ale szczegóły umykają. A tu trzeba dokładnie słuchać komentarzy i przyglądać się demonstracjom. Na szczęście zapomniane ruchy szybko wracają, a nowe szczegóły radują serce. Jeszcze żebym znalazł sposób na zapamiętanie tych wszystkich drobiazgów o kierunkach i powiązaniu konkretnych form z tymi wszystkimi meridianami. To dla mnie wiedza trochę magiczna! Na szczęście to powiązanie występuje tylko w przypadku „Daoyin z Mawangdui”. Na razie wbiłem sobie do głowy, że Sowa sika sobie na małe paluszki, Kaczka płacze, bo straciła żołądek (jadłem wędzone kacze żołądki w Guangzou), Lecąca Gęś pokazuje środkowy palec (jedna z amerykańskich superfortec walczących na Pacyfiku miała taki malunek na kadłubie). Jakby ktoś miałby pomysł, jak połączyć Tańczącego Żurawia z potrójnym ogrzewaczem albo Króla Juliana z jelitem cienkim to stawiam mu piwo.

tańczący żuraw. Zajefajne ptaszysko. Skubany pamięta, żeby głowę obrócić w ostatnie fazie ruchu.

Ćwicząc „Zabawę pięciu zwierząt”, stosuję inną technikę. Otóż do każdego ćwiczenia tworzę krótką historyjkę. Kiedy ćwiczymy „Rzucającego się tygrysa”, staram się zapamiętać, że tajger najpierw chowa pazury, potem je wysuwa, drapie ziemie i dopiero na koniec rzuca się na ofiarę, łapiąc ją nie za plecy, ale po boku, czyli tak jak to widziałem na filmach. Przy okazji mam dziwne odczucie, że głos, który słyszę w głowie (ten, który mi tę historię opowiada), należy do Krystyny Czubówny. Ciekawe, co by na to powiedział psychiatra.

„Osiem kawałków brokatu” jest na szczęście zestawem relatywnie prostym. Muszę tylko powstrzymywać się przed modyfikowaniem ćwiczeń. To trzecia wersja tego Qi Gongu, której się uczę. Stad ten miszmasz nazywniczo-ruchowy, który prezentuję.

już wiem dlaczego lubię „Osiem kawałków brokatu”
…w Warszawie to bardzo popularna odmiana Qi Gongu, ćwiczona w różnych wariantach…

I tu dwie obserwacje. Uwaga.

Po pierwsze istnieje przekonanie, że lepiej jest ćwiczyć raz w tygodniu przez dłuższy czas niż codziennie przez tydzień. I fakt, z punktu widzenia zdrowia i praktyki, jak najbardziej. Podpisuję się pod tym ja oraz ten Jeleń, co grzebie kopytami w ziemi (w pięciu zwierzakach oczywiście). Ale ze względu na naukę ruchu, to taka dawka uderzeniowa, jaką tu otrzymujemy, jest dużo bardziej skuteczna. Częstsze wykonywanie/powtarzanie techniki pozwala łatwiej wprowadzać autokorekty.

pęd do wiedzy w narodzie olbrzymi się jawi…

I druga uwaga: nawet najlepszy kurs przygotowany w internecie nie zastąpi nauczyciela. A kursy Andrzeja są dobre (tu możecie je znaleźć). Mimo tego nawet najlepszy kurs nie powie nam: „Ej, ty… żeby Ci tak Qi w uszach zastygło… nie tędy ta ręka!!!”. Niestety, patrząc na monitor bardzo często widzimy nie to, co pokazuje instruktor, ale to co chcemy widzieć przez pryzmat swoich doświadczeń. W rezultacie moi nowi koledzy (i koleżanka), którzy przyjechali do Wawy po samodzielnym nauczeniu się technik z kursów, muszą przyznać, że czasami… inaczej to sobie wyobrażali. Mam podobnie, „Radującego się ptaka” odkryłem ostatnio po raz enty. Ale przecież nasza praktyka jako jeden z celów ma prawidłowe postrzeganie rzeczywistości, odróżnienie fałszywego obrazu od prawdziwego. Więc uczmy się odróżniać.

w Chinach grupy są zdecydowanie większe

I to w zasadzie tyle. Od niedzieli lecimy z Tai Chi. Już się cieszę. Zastanawiam się, gdzie będę miał większe zakwasy… w pośladkach czy udach.

Co do pryncypiów. Odpowiadam na pytanie: „Czy w czasie meczów Legii odpuszczam sobie trening?”. Otóż nie. Nie muszę. Wokół skwerku mieszka wielu kibiców i  komentarze słyszę na bieżąco. Kiedy Luqi strzelił na 1:0 (a było to w czasie „Wygięcia i wydechu” – woreczek żółciowy) zorientowałem się po okrzykach dochodzących z okolicznych okien (dzięki chłopaki — choć wątpię, żebyście czytali), że prowadzimy z Finami.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

One thought on “Dwie odsłony weekendu…

  • 05/09/2021 o 14:52
    Permalink

    cały sierpień na wakacjach i też trochę przed wyjazdem zaniedbałem Twój blog, za to teraz mam co czytać 😉

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: