Czas, drzewa i pojedynczy bicz

Wiecie, jaki jest problem człowieka, który już trochę ćwiczy? Tym problemem jest rutyna. Można oczywiście się zarzekać, że trening to moje hobby, pasja i co tam jeszcze. Że daje mi dużo ciekawych wrażeń i czuję się po ćwiczeniach taki doenergetyzowany, i w ogóle. Ale prawda jest taka, że im dłużej ćwiczymy, tym trudniej o skupienie się nad tym, co ćwiczymy. Dużo łatwiej umysłowi odfrunąć. Przecież ciało wie, co ma zrobić, nie musimy ciągle tego rozkminiać. A to nie ten kierunek… bo przecież w czasie praktyki mamy osiągać coraz większą świadomość ciała i rozszerzać ją jak najbardziej poza nie (tj. poza rzeczone ciało).

Jak już kiedyś pisałem, grupowe ćwiczenie formy, poprzez imperatyw ćwiczenia w jednym tempie, pozwala się utrzymać nieco na powierzchni jeziora nieuwagi, i niczym dmuchane rękawki nie pozwala nam utonąć. Ale czy to wszystko?

koncentracja uwagi to, na dłuższą metę rzecz niesłychanie trudna

Utrata zdolności uwagi to temat znany współczesnej nauce. Pamiętam, że koleżanka opowiadała mi o swoich badania nad odczuwaniem upływu czasu podczas słuchania muzyki. I okazywało się, że im więcej razy puścić jeden kawałek, tym szybciej płynie czas spędzony na jego słuchaniu. Można by się tu pokusić o teorię wpływu muzyki na czasoprzestrzeń, ale zostawmy śmichy. Możecie zrobić na sobie taki eksperyment. Puśćcie jeden kawałek na tak zwanym „małym kółku” i zobaczycie, jak czas przyspiesza z każdym odtworzeniem (oczywiście przyspiesza subiektywnie).

Podobnie jest z formą, im dłużej ją ćwiczymy, tym większa jest pokusa pozostawienia ruchu ślepemu losowi. Nie ma już między nami a ćwiczeniem takiej fajnej chemii, jaką czuliśmy wcześniej, kiedy tylko udało nam się po raz pierwszy opanować fizyczny ruch. Kiedy musieliśmy wydawać swojemu ciału polecenia, co ręka, a co robi noga.

Ludzie różnie dają sobie z tym radę, jedni przestają ćwiczyć (to źle), inni trwają w takim chololim tańcu (to jeszcze gorzej), jeszcze inni uczą się ciągle czegoś nowego, byle tylko utrzymać tę adrenalinę początkującego. Przyznam się bez bicia, żem trochę taki jest, uczyłem się już tak wielu odmian Tai Chi, że zabrakło mi palców u jednej ręki. Jestem już tak gdzieś w połowie drugiej. Na swoje tłumaczenie mam tylko to, że po pierwsze: ćwicząc każdą z nich, widzę pewne aspekty poprzednich, których wcześniej nie widziałem; po drugie: każdorazowe ustawienie się w pozycji początkującego zmywa moje poczucie własnych umiejętności niczym potop bliźnich Noego. Tak było ostatnio, kiedy dostałem możliwość uczenia się formy według mistrza Cheng Man Chinga. Tomek Nowakowski (to on jest nauczycielem) przywrócił mi poczucie bycia początkującym, a zrobił to szybciutko i z wrodzonym sobie wdziękiem.

Pewnie najlepszą drogą jaką można sobie wybrać, jest ślepe (to złe słowo)… hmmm… trwałe (o, już lepiej) przywiązanie do jednego stylu i przekazu. Podążanie za jednym mistrzem i szlifowanie wiedzy. Ja naprawdę czasami zazdroszczę Jankowi Glińskiemu, Robertowi Wąsowi czy Markowi Balińskiemu (tak, wiem, że to Chen! yi so z sssteeego?). Oni mieli (i mają) siłę do sfokusowania się na jednej ścieżce. Ale czyż nie jest to też prosta droga do rutyny… dla silnej osobowości pewnie nie, mnie ktoś co jakiś czas musi zdzielić w potylicę. Jaką chłopaki mają receptę na zachowanie uważności? Może mi kiedyś zdradzą.

…aby nie tracić czasu na duperschmity

Miałem napisać o upływie czasu a rozpisałem się o czymś innym. Otóż jeden z moich polskich nauczycieli, opowiedział mi kiedyś, tak pół żartem, pół serio, swoją teorię na temat wpływu treningu Kung Fu na świadomość długości życia. Otóż ów mój mentorów twierdził, że czas (a co za tym idzie – długość naszego życia) nie jest procesem ciągłym, a skokowym. Jego świadomość (tego czasu) polega na świadomości poszczególnych kamieni milowych, których doświadczamy. I tak, im więcej ich doświadczamy, tym wolniej płynie czas. Według jego teorii upływ czasu pomiędzy jedną świadomą techniką a drugą jest dokładnie taki sam jak rok dla zapracowanego korpo yapiszona. I tak kiedy on (ten korposzczór) odczuwa jeden odcinek czasu, my odczuwamy ich tysiące! I to jest właśnie rzeczona nieśmiertelność! Czyli po prostu więcej życia w tej samej jednostce czasu (coś jak problem cukru w cukrze). Może i bym w to nie uwierzył, ale kilka dni wcześniej oglądałem niezły program popularnonaukowy o upływie czasu (na naukowe materiały tom nieco za głupi jest), który przedstawił bardzo podobnie brzmiącą teorię. Tam naukowiec porównał czas do lasu, który jak wiadomo, składa się z drzew (czasem też z patrolu policji i pań przydrożnych). Kiedy ich nie zauważamy (tych drzew), wtedy doświadczamy mniej lasu (vide: czasu). Naszym zadaniem jest posadzić sobie tych drzew jak stąd do Rzeszowa.

Tymi drzewami mogą być techniki w formie, każda „pchająca dłoń”, każda interakcja z partnerem. Każda rzecz, którą robimy świadomie. Jeśli zaprogramujemy w sobie taki sposób funkcjonowania, będziemy „żyć wiecznie” (i wiecznie utrzymywać ZUS i darmozjadów polityków…). Jest tylko jedno tylko… Żeby to działało, musimy owych drzew doświadczać.

Reasumując. Być może o to właśnie chodzi w tym klasycznym twierdzeniu o utrzymywaniu umysłu dziecka. O tę spontaniczność, świeżość spojrzenia, brak dogmatów, pustkę niewiedzy — to coś, o co musi walczyć każdy obarczony dłuższym stażem treningowy. Specjalnie użyłem tu słowa: obarczony. Bo bardzo ciężko jest codziennie rezygnować z bagażu własnych doświadczeń.

Tylko pamiętaj… ma to swoją ciemną stronę. Kiedy będziesz tak uporczywie trwał w realnym czasie, ciężko Ci będzie zrozumieć się z otoczeniem. Ze światem skaczącym od rozdrapywania przeszłości do mrzonek o przyszłości, omijając cię skutecznie. Ale cóż… może porozumienie się z tym światem jest już bez sensu.

I tak… dobranoc się z Państwem… Ja to bym chyba chciał ten obecny czas przespać.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

7 thoughts on “Czas, drzewa i pojedynczy bicz

  • 23/11/2020 o 13:16
    Permalink

    KO niczym ćpun powinien kupować adrenalinę początkujących w ampułkach na Bakalão. Podchodzisz do Ormianina: – co masz? – francuska adeptka Zhaobao. Tydzień treningów. – Yang masz? – Zapomnij. Nikt tego nie ma.. – Dobra, daj tą Zhaobao 😉

    Odpowiedz
    • 23/11/2020 o 13:27
      Permalink

      Fajnie byłoby znaleźć w sobie to uczucie które towarzyszyło mi kiedyś. Im dalej w las tym więcej drzewo. A francuskie adeptki Zhaobao brałbym… w ciemno…

      Odpowiedz
      • 23/11/2020 o 13:32
        Permalink

        Przypomina mi się pan Bartosz, Oleńka i jego koncepcja odnowy. Btw, wolno KO nawet zapalić lampkę ;]

        Odpowiedz
        • 23/11/2020 o 13:46
          Permalink

          Tak. P. Bartosz kiedyś mijał mnie i powiedział. Ej Ty!!! A teraz poćwicz to i to… Pokazał mi jedno ćwiczenie które pamiętam do tej pory i poszedł.

          Qrczaki. Przeczytałem wypić lampkę…

          Odpowiedz

Leave a Reply to KO Cancel reply

%d bloggers like this: