Chen dla wszystkich…

Już widzę, jak po przeczytaniu tego tytułu, niektórzy z moich znajomych łapią stojącą na podorędziu flaszkę siwuchy i jadą sprawdzić, co się stało. KO i Chen? No jak to tak? Nie ma już nic pewnego na tym świecie?

Ale szczerze, styl to styl, jak Tai Chi jest dobre, to jest dobre. Nie ważne, na jaką literę zaczyna się nazwisko jego założyciela. Ta moja niechęć do stylu Chen to trochę przekomarzanie, a trochę z powodów, które sobie zachowam dla siebie. Nazwijmy je ogólnoludzkimi, a nie stylowymi. Nie mniej, znam kilka osób ćwiczących ten styl, poważam je, ich pracę i umiejętności oraz ich jako takich też.

Po tym przydługim wstępie przechodzę do sedna.

pięć poziomów Taijiquan

Niedawno pojawiła się na rynku pewna książka. „Pięć poziomów Taijiquan”. Autorstwa mistrza Chen Xiao Wanga. Kilka słów o autorze. Musiałem zajrzeć do netu, a tam nudy… wielki mistrz stylu Chen. Wnuk słynnego mistrza Chen Fake, przedstawiciel XIX generacji mistrzów rodziny Chen. Trzykrotny mistrz Chin w Taijiquan w latach 1980-1982. Czyli bla, bla, bla, że w młodości sekwencję ćwiczył dziesięć razy dziennie. Bez urazy, ale to nieciekawe.

w poszukiwaniu ciekawych zdjęć mistrza, dotarłem na stronę Adama Wyparta – kiedyś zaawansowanego adepta z linii mistrza Yang Jwing Minga, potem zdeklarowanego Chenowca

Dopiero jak pogrzebałem w starym, dobrym „Świecie Neija” (i tu ciepła myśl o Tomku Grycanie), znalazłem tłumaczenie pewnego artykułu opublikowanego w 2007 roku na łamach Kung Fu Magazine. Odsyłam do przeczytania, ja pozwolę sobie zacytować fragment (myślę, że Tomek nie miałby nic przeciwko temu).

Dwa dni później, aby uwieńczyć oficjalne powitanie na cześć chińskich mistrzów i osób im towarzyszących, zostało wydane przyjęcie na kilka setek gości. Pomiędzy nimi znajdowali się dygnitarze z krajowych organizacji sportowych, lokalni mistrzowie sztuk walki oraz wielbiciele tych sportów.

Chen Xiao Wang

Obiad gładko posuwał się do przodu ze zwykłymi, długimi toastami. Zbliżał się właśnie ku końcowi, gdy do podwyższonej platformy dla honorowych gości, zbliżyło się trzech uczestników obiadu. Otwarcie zapytali, czy to, co zobaczyli w telewizji, było prawdą? Oświadczyli, że długo ćwiczą judo i zapytali, czy mogą go sprawdzić? Chen Xiao Wang, po sutym obiedzie i licznych drinkach, nie miał ochoty ulec prośbie, ale też nie wiedział jak odmówić. Użycie jako wymówki pełnego brzucha, byłoby śmieszne. Mistrz sztuk walki musi być zawsze gotowy. Skinął więc na nich, aby podeszli. Kiedy dwóch z nich wystąpiło naprzód, pozwolił im założyć sobie dźwignie na obie ręce za plecami. Bez zbędnego dramatyzmu, Chen Xiao Wang uwolnił swoje ramiona.

Skonsternowani i niezadowoleni z nagłego i mało efektownego końca swojej prowokacji, tak czy owak, skłonili się, aby zasalutować i podziękować mistrzowi. Ale gdy Chen Xiao Wang obrócił się, aby wrócić do swojego stolika, trzeci judoka, stojący z boku, nagle chwycił od tyłu prawe ramię Chen Xiao Wanga i spróbował wykonać na nim rzut judo. Dygnitarzom i gościom opadły z osłupienia szczęki. Zaczęli jednocześnie gestykulować z oczyma utkwionymi w scenie. Głosy nagany i ostrzeżenia zamarły im w gardłach.


1

Organizuję wyjazd treningowy do Chin (Guangfu 2024).
Jeśli podoba Ci się moja działalność – możesz mi pomóc rozwijać moją pasję! Postaw mi kawę (kliknij obok).
Dziękuję.


Nagle organizatorzy i goście, ku swej wielkiej uldze, zobaczyli napastnika lecącego i upadającego kilka metrów dalej. Niepokój, który sięgnął zenitu, w krótkiej chwili ustąpił głośnemu aplauzowi aprobaty i uznania za szansę bycia świadkiem takiego realistycznego pokazu umiejętności sztuk walki.

Chen Xiao Wang – mistrz pastwi się nad uczniem… tj. naucza sztuki

To mały przytyk do tego, co robi gógiel – propaguje strony, na których podany jest ten sam tekst, a te, na których jest nieco inna wiedza, giną zakopane głęboko. Osobiście wolę znaleźć się w tej drugiej kategorii.

A teraz sama książka. Otóż w latach osiemdziesiątych mistrz Chen Xiao Wang popełnił pewien artykuł. Omawiał w nim ścieżkę, którą musi przejść każdy, kto zabrał się za trening Tai Chi. Te nasze treningowe życie podzielił na pięć etapów, a każdy z nich dokładnie scharakteryzował. Otrzymujemy dosyć dogłębną analizę tego, co na którym etapie jest dla nas ważne, a co mniej. Możemy przeczytać co powoduje, że ludzie się w tej drodze gubią lub, co gorsza, zupełnie ją porzucają.

W książce nie ma nic, co wydaje się być stałym elementem tego typu wydawnictw. Żadnych historycznych odniesień, opisów form, legend… nic. No dobra, prawie. Są bowiem opisy teorii niezbędnej do opisania tego, co człowiek ćwiczący na swoim etapie powinien wiedzieć.

Jan Silebrstorf

Dla mnie osobiście ważne jest to, że opisana ścieżka jest uniwersalna (stąd też tytuł), bo widzę, że bez względu na styl, praktycznie każdy przechodzi taką samą ścieżkę.

Może być to też fajny materiał dla nauczycieli, którzy z książki mogą dowiedzieć się jak ucznia prowadzić, żeby nie „przegrzać” go niepotrzebną teorią, bądź zbyt wczesną praktyką.

okładka lekko trąci chomiczkiem, ale ważniejsza jest treść

Oczywiście trochę drażniąca może być maniera przywiązania do bezpośredniego przekazu. Nie neguję, że dobry nauczyciel to swoiste „must have”, ale wzmianka, że nauka formy może się udać, jeśli uczeń będzie miał bardzo bliski kontakt z nauczycielem? Codzienny i całodzienny… to trochę nie na nasze czasy jest. Nikt by mnie nie przyjął pod swój dach, a jeśli już, to moje chrapanie i brak przywiązania do porządku – szybko by taką naukę zakończyło…

Ale to w zasadzie jedyne, do czego mogę się przyczepić i to wyraźnie na siłę… No, przecież nie mogę być taki całkowicie prochenowski… ludzie przestaną mi się odkłaniać na stadionie ;).

Wracając do książki. Nie jest to suche tłumaczenie tekstu artykułu. Do kompletu dostajemy jeszcze komentarze Jan Silberstorffa. Jest on jednym z bardziej zaawansowanych uczniów mistrza Chen Xiao Wanga. Ponoć swoje uliczne otrzaskanie w młodości zdobywał na bójkach z niemieckimi neofaszystami. Chwalebne… Wiem też, że oprócz Tai Chi, ćwiczył inne rzeczy, między innymi Bagua, Escrimę. Być może jego komentarze czasami wydają się zbyt prozaiczne, ale niewątpliwie mają swoją wartość dodaną.

Sam materiał może nie jest wielką nowością, pojawiał się w internecie kilka razy i był komentowany przez różnych nauczycieli. Tu jednak mamy przetłumaczony na język polski przez ludzi, którzy sami w sobie mają już duże doświadczenie w praktyce (między innymi Marek Baliński i Barbara Wyczesany).

wiedzieć gdzie się jest

mistrz i uczeń (także mistrz) – Chen Xiao Wang i Jan Silberstorff

Co mogę powiedzieć o książce? Książka wydana w Niemczech, więc na polskie warunki wydana nawet za dobrze: twarda okładka, gruby papier, foliowanie. To wszystko niekorzystnie wpływa na cenę, niestety dość wysoką (89 PLN). Chociaż jak widzę ceny książek na Amazonie, to przy tym, niemal ekskluzywnym wydaniu, mieści się jeszcze w widełkach normalności.

i znów strona Adama Wyparta – Jan Silberstorff w czasie warsztatów w Polsce

Dostępność – nie szukajcie w Empikach ;). Póki jeszcze nakład się nie wyczerpał, znajdziecie w księgarni „Tai Chi po polsku” oraz „Fundacji Dantian„. Oczywiście wśród wielu innych ciekawych książek. Jak się nie wyrobicie z zakupami, dajcie mi znać, będę naciskał wydawcę na dodruk. Mam nadzieję, że to początek fajnej współpracy ze środowiskiem Chenowców.

2 komentarze do “Chen dla wszystkich…”

  1. Nawet Hong mówił, że Chen jest dobre 🙂 Swoją drogą do tej apokryficznej historii o judokach (japońskich jak rozumiem?) możnaby dla równowagi dorzucić wyzwanie Xu Xiaodonga i walkę w sądzie. Ten cały Xu Xiaodong teraz trochę mi się jawi jako odpowiednik Andrew Tate’a (do pewnego stopnia oczywiście) ale to nieznośne nadęcie w Chen..

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz