Zakwitły kasztany

Zakwitły kasztany już dawno… choć podobno w tym roku wyjątkowo wcześnie. To takie luźne skojarzenie z maturami, a ze mną znów ma to tyle wspólnego, że właśnie zdaję egzamin na stopień Tai Chi. Dla pełnego obrazu sytuacji dodam jeszcze, że pierwszą połowę tego tekstu piszę na jedenaście godzin przed egzaminem i nie znam jego rezultatu.

Egzaminy… to temat rzeka. Myślę, że nawet Danusia nie mogłaby tyle ze swoją przyjaciółką Polonistką gadać o butach, ile środowisko tajciowe może dyskutować o egzaminach. Są złe czy nie? Preferują zbieraczy stopni czy wspomagają prawidłowy rozwój?

egzaminy – niektórzy mają większe możliwości przechowywania wiedzy, która ulatuje z głowy

Pamiętam wiele internetowych dyskusji na ten temat. Sam też brałem w nich udział. Nie chce mi się dziś o tym rozpisywać, więc pokrótce streszczam. Jestem za. Jeśli ufam przekazowi, to lubię jak mnie obejrzy ktoś, kto mnie nie uczy i powie: „Tak, prawidłowo, spełniasz wymagania na konkretny poziom, coś tam umiesz — teraz nad tym pracuj”. Przez lata ufałem Robertowi Wąsowi i YMAA-owskiej braci i uczyłem się do egzaminów (to nie znaczy, że już nie ufam). Teraz zdaję egzamin na „biały poziom” starego stylu, czyli Lao Jia.

Kiedyś muszę się pokusić o jakieś porównanie egzaminów w różnych szkołach. Porównać metodologie, organizacje i własne odczucia. Egzaminy są typowe dla szkół większych, zrzeszonych w dużych organizacjach. Kiedy przekaz jest bardziej bezpośredni, nie ma potrzeby organizowania sobie systemów certyfikacji.

Rzeczą typową dla egzaminów jest kwestia dopuszczania do nich. Zawsze to nauczyciel jest odpowiedzialny za swojego ucznia i to on decyduje czy się startuje, czy nie. Słyszałem co prawda o szkole, która organizuje egzaminy raz do roku, niejako w pakiecie – spuśćmy jednak na nią zasłonę milczenia. Szuuuu… nie ma jej i nie będzie. Kiedy zdaje się egzamin przed innym nauczycielem, to uczeń, w pewnym stopniu, prezentuje umiejętności nauczyciela. Tak więc i w YMAA i w Lao Jia trzeba było uzyskać zgodę na podejście do egzaminu lub nawet przejść jakiś egzamin wewnętrzny. Pamiętam takie momenty, kiedy mistrz Yang pytał gościa: „Kto jest twoim trenerem?”, a potem patrzył znaczącym wzrokiem na biedaka – instruktora stojącego zazwyczaj gdzieś obok i kiwał głową.

ja i moja prawoskrzydłowa Demina (ja byłem lewoskrzydłowy jak, nie przymierzając, Błaszczykowski)

Kiedy ja przechodziłem egzamin wewnętrzny przed Jankiem, to trochę się stresowałem. Wiem, stary jestem, tych egzaminów było już full, powinienem być ponad to. Jednak nie umiem tak – chcę wypaść jak najlepiej. Pewnie za bardzo chcę, a za mało ćwiczę i to chciejstwo powoduje, że się denerwuję.

Przejdźmy jednak do samego meritum. Sala, w której zdawałem, to duży miejski obiekt w Grodkowie… Nic strasznego, troszkę większa brenneńska salka – tak ze dwa razy. Tylko że tamta była jakby pusta, te kilkanaście osób rozpływało się w jej ogromie. Tu publika zajmuje prawie całe, spore trybuny znajdujące się nad powierzchnią wielkości koszykarskiego boiska. Na dole też zamiast jednego stolika, z maksymalnie trzyosobową komisją, trzy wielkie stoły prezydialne, za każdym pięć osób w czerwonych koszulkach. Przed każdą komisją zdają 3-4 osoby. Trzy komisje jednocześnie. To w zasadzie nie byłby problem, bo byłem już na takich egzaminach gdzie pracowały trzy komisje, ale teraz zdaję do muzyczki : )… i te trzy muzyczki jednocześnie (żeby jeszcze różne, ale po prostu w przeciw-fazie), plus ogłoszenia przez megafon, pokrzykiwania Tajwańczyków. WOJNA!!!

publika… Tai Chi bywa jednak monotonne 🙂

Ponoć najlepszym miejscem do medytacji jest targowisko w Indiach, więc warunki miałem przednie. Ktoś mnie ustawił przodem do komisji, poprzesuwał w prawo i lewo. I bach muzyczka leci. To nie jest zwykły utwór… to takie brzdąkanie na kluczach wraz z natchnionym fletem gościa, który w bajkach wyprowadzał  szczury z miasta. Na tle jego popisów muzycznych pojawiają się komendy, mówiące co w danej chwili robimy. Aśka powiedziała: „a, to luzik, tak łatwiej”, ale nie wiedziała, że komendy są po chińsku!!! Oprócz tego faktycznie ocenia się zgodność formy ze standardem, ale ważniejsza jest jakość wykonania, a tego w podkładzie nie ma. Więc zaczynamy…

Pada pierwsza chińska komenda „Iiiidzie — to ja stoję….” to znaczy, powinienem stać, bo to jeszcze nie jest komenda do startu. Janek jednak kiedyś powiedział, że można wejść wcześniej i się ukłonić. Najwyżej dłużej potem stoisz i się rozluźniasz. Nie mniej jednak w myślach karciłem się za tę wyrywność… i byłem w tym taki ostry, że o mało nie przegapiłem właściwego momentu (czyli na sołto). Całe szczęście, że stała przede mną Demina – Bułgarka, która przyjechała poprzedniego dnia. Zarejestrowałem drobny ruch i pooooszło…

In Ho Czesało – to nie jest „rozczesywanie grzywy dzikiego konia”, to w skrócie: „łapanie kuli”. To pierwsze wejście na jedną nogę i przysiad. Wiedziałem, że jeśli nie stracę równowagi w tym fragmencie – będzie dobrze.

Eer Doda — podwójne pchnięcie na wysokości piersi. Bardzo łatwo skojarzyć: Doda -> piersi -> podwójny impuls. Prościzna. Trzeba się tylko pilnować, żeby nie wczuć się za bardzo (qrcze, o czym ja piszę?!)

Dan Bian — to słówko też znałem… zrobiłem mix biczów. Pół z Lao Jia – pół od Yang Jwing Minga. Ciekawe czy szanowna komisja zauważyła?

stary styl Tai Chi 

Teraz zajarzyłem, że słyszę tylko swoją muzyczkę. Obawiałem się przecież, że ta kakofonia trójegzaminacyjna wszystko mi pokręci. Świat wokół zamilkł niczym stadion Lecha po bramce Kucharczyka? Nie, ja ich naprawdę odfiltrowałem. Z rzadka widzę tylko moją skrzydłową Bułgarkę. Dobrze ćwiczy dziewczyna. Fajnie, że chowam się za jej plecami, może bardziej przyciąga uwagę komisji niż moje błędy?

I wszystko byłoby ok, do pierwszego omiatania kolana (Doo Louzi Aubota). Na chwilę zwracam się w stronę moich znajomych, czekających na swoją kolej. Na pierwszym planie dwie młode, ładne dziewczyny mnie filmują… skąd wiem, że mnie? A bo mają moją kamerkę i sam je o to poprosiłem. Ale przez moment – wiecie? Zadrżały mi nogi i zapragnąłem się jeszcze bardziej wyprostować. Dopiero po chwili zrozumiałem, dlaczego obserwuje mnie szklane oko.

moja ekipa techniczna

Pat, lat tłej…. i uwierzcie mi, że teraz następuje fragment formy, którego wykonania nie pamiętam. Amba – po prostu Amba. Ni w ząb. Pamięć wraca mi dopiero przy Sun tou czyli rozluźnieniu przy odepchnięciu małpy. Przypominam sobie co mówił Philippe – Francuz, który razem ze mną przygotowywał się do tych egzaminów. Mówił: – Tak, „jakbyś wąchał kwiaty” (pewnie nie wiedział, że mam alergię na kwiaty, ale zrozumiałem porównanie). Zapomniałem jednak, że nogi przestawia się inaczej niż w YMAA – pewnie znów mi wyszedł mix.

Filip – on też zdawał i to z powodzeniem – dużo mi pomagał w przygotowaniach tłumacząc korekty francuskich nauczycieli na język angielski

Soł hłej Pi Pa – Końcówkę formy robimy już synchronicznie, ładnie. O dziwo, nie miksowałem ze stylem Wu. Tam formy, mimo że te same, mają jednak mocno inny charakter. Nie mylą mi się.

Grodków Śląski 2018 – egzaminy

OKLASKI?! Tak, bo tu po każdym zakończeniu formy otrzymuje się burzę oklasków. Taki zwyczaj, miły skądinąd.

Spociłem się, a w głowie miałem pustkę niczym student na egzaminie. Dobrze to czy źle? Nigdy chyba nie rozwiążę tego koanu.

wyniki…

Dobra, to już poza mną, na dowód tego, że byłem i nie zmyślam – umieszczam film, który się zachował dzięki uprzejmości miejscowych wolontariuszek.

Uprzedzam, że w chwili pisania tekstu nie widziałem go jeszcze.

Ożesz q… pochylony, z opuszczoną głową, powoli… niczym u Broniewskiego. Nadal nie dotarły do mnie nauki Selbiego.

2 Replies to “Zakwitły kasztany”

  1. Chúc mừng anh bạn! A teraz powiedz, postawiłeś chociaż dziewczynom oranżadę? Aż im się duszno zrobiło niecny wykorzystywaczu.. BTW za 30 lat ktoś na tej sali (być może z historycznym numerem 3) usłyszy komendę z nagrania: Niebieski Panda Obejmuje Olę! Ale to już chyba Xinjia ;]

    1. przyznam się że tylko podziękowałem im bardzo wylewnie… wiem, źle się zachowałem…

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz