Zajac.. nu pagadi…

To będzie słów kilka na temat „Tai Chi i zwierzęta”. A dokładniej – ćwiczący, a zwierzęta. Jakoś tak się zbiegło, że sporą część swojego życia treningowego spędziłem w warszawskich parkach i na trawnikach różnych. I mam pewne obserwacje dotyczące zwierząt, których trochę się pojawia. I nie są to tylko uwiązane na sznurkach i smyczach psy, ale i zwierzyna inna traktowana ogólnie jako dzika. Kilka takich moich spotkań ze zwierzyną w czasie treningu przytoczę poniżej. Ale doczytajcie do końca, bo tam będzie coś o Tai Chi.

Ares – pies Młodego – ten jest dobrze wychowany, nie przeszkadza mi w treningu Choć nie wiem, jak by zareagował na obcego ćwiczącego ze mną w parach. Na wszelki wypadek chodzi w kagańcu…

Na pierwszy ogień psy. Jeśli chodzi o psy, to kontakty z nimi są zazwyczaj nieprzyjemne. Z bliżej mi nieznanych powodów psy nie lubią osób wykonujących dziwne, w ich mniemaniu, ruchy (zresztą, nie tylko w ich – pół mojej rodziny też tak uważa). Najczęściej włącza im się agresor i starają się bohatersko nas oszczekać lub w inny sposób przestraszyć. Gorzej jak pies większy i bierze sobie do serca obowiązek bronienia pana. Aśce zdarzało się już, że na Polu Mokotowskim pies podlatywał z ryjem zbyt blisko. To chyba nie jest wina psa – bardziej jego wychowania.

domowe

Odstępstwem od tej zasady był pies, którego spotkaliśmy kiedyś na treningu Chuo Jiao Fanzi. Ćwiczyliśmy wtedy coś w parach, a niewielki kundelek biegał zdenerwowany pomiędzy nami, starając się odgonić osobę atakującą od broniącej się. Jego właścicielka wyjaśniła nam, że ten pies nie znosi żadnej agresji i stara się nas rozdzielić. Musiała go od nas odciągać.

Z kotami jest inaczej – ogólnie mają one wywalone na wszystko wokół i naprawdę nie interesuje ich, co dostarczyciel karmy robi poza czasem karmienia. No chyba, że nastała pora na pieszczoty – to dostarczyciel pożywienia powinien się zająć drapaniem za uchem, a nie czymkolwiek innym.

Tai Chi i zwierzęta
moje niewinne zabawy z Filetosławem

Miałem tak z Danusinym kotem Filetosławem, który któregoś pięknego dnia, kiedy postanowiłem posiedzieć i pomedytować, zaczął łazić po mnie, wtykając mi ogon w nos i oczy. Ale to kot domowy, a w zasadzie salonowoprzedpokojowokuchenny, gdyż innych pomieszczeń nie odwiedza, bo i po co? Jego interakcja z człowiekiem nie jest specjalnie dziwna.

Z kotem miałem jeszcze jedną przygodę… Dawno temu, kiedy mieszkałem na Yelonkach, chadzałem ćwiczyć na pobliskie boisko na osiedlu „Przyjaźń”. Robiłem to najczęściej późno w nocy. I tam kilka razy przyłaził do mnie kot… duży i czarny. Siadał koło słupka bramki (zawsze ćwiczyłem blisko bramki) i patrzył co robię. Potem znikał jak sen złoty. Nie dawał się pogłaskać – widocznie był kotem autystycznym, jak one wszystkie.

i te dzikie

dzik…. taka włochata szynka i samobieżny gulasz jednocześnie… ale potrafi być groźny

Bardziej dzikie zwierzęta spotykałem w warszawskich parkach. Na Tarchominie spotkać można dziki. To spotkanie może być nieprzyjemne, locha z młodymi może pogonić. Widywałem dziki wielokrotnie, nawet z balkonu, ale treningowo miałem z nimi kontakt tylko raz. Poszedłem sobie kiedyś poćwiczyć w pobliże wałów przeciwpowodziowych. Jest to miejsce z dużą ilością drzew. Nie chcąc stać na widoku, stanąłem sobie trochę na uboczu. Jednym z elementów ćwiczenia był Zhan Zhuang. Stoję ja sobie i stoję, aż nagle w pole widzenia wyłazi mi dzik. Nie podchodził do mnie, wyglądało jakby nie zwracał na mnie uwagi. Stwierdziłem, że póki nie podszedł za blisko – czas się ewakuować. Powoli zacząłem się wycofywać… kiedy dzik zauważył ruch uciekł – mam co prawda zarost na twarzy, ale co? Pomylił mnie z kimś ze swojej rodziny? Może z kimś, komu był winny kasę?

Kitsune – lisica o dziewięciu ogonach – postać z japońskich legend i przypowieści. Niezwykle niebezpieczna.

Przedstawicielami dzikich zwierząt w miastach są też lisy. Spodobało im się w miastach. Są widywane w okolicach Pola Mokotowskiego i stadionu Skry. Zdarzało się, że jeden z nich przychodził o zmroku, siadał i obserwował jak ćwiczymy. Siedział w bezruchu, ale kiedy ktoś chciał się do niego zbliżyć natychmiast znikał. Jeszcze ciekawsze spotkanie z lisem miałem którejś pięknej zimy. Byłem wtedy na Skrze sam, było bardzo dużo śniegu, ale bieżnia wokół matecznika rugbistów była odśnieżona. Biegam sobie (bardziej truchtam, bo to takie medytacyjne bieganie jest – ważna informacja), aż tu nagle kilkanaście metrów przede mną, na bieżni, pojawił się lis. Biegł ze mną ponad jedno okrążenie, utrzymując stały dystans i oglądając się za siebie. Potem nagle zawinął się i zniknął za parkanem.

Kitsune

jeż jeżalski

Może jeszcze wiosenne spotkanie z rozespanym jeżem? Też na SKRZE, na nieistniejącym już boisku do siatki. Stałem wtedy w Zhan Zhuangu (może to jest klucz), a ten skubany kręcił się wokół i nawet wlazł mi ze dwa razy na buty. Wiem, że nie powinien na niego zwracać uwagi… ale jak tu nie spojrzeć na takie coś.

I teraz ostatnie spotkanie… niedawne spotkanie w parku Skaryszewskim. Spotkałem się tam z kumplem, by poćwiczyć. Kiedy szlifowaliśmy formę, zaczynała się już szarówka i w pewnym momencie zobaczyłem, że coś się zmieniło w moim otoczeniu… 30-40 metrów od nas, na skraju krzaków, stał zając. Duża sztuka. Nie wiem, czy się nam przyglądał, ale stał tak długo, póki nie skończyliśmy formy. Dopiero potem, kiedy ruszyłem po aparat, odkicał w ciemność alejki.

w skaryszaku

fotki zrobić nie zdążyłem – ale tak wyglądał…

Skąd zając w Skaryszaku? Nie wiem, wokół ruchliwe ulice, a to ponoć strachliwe zwierzęta. Przed wojną, kiedy wokół Skaryszaka rozciągały się podgocławskie łąki, było ich mnóstwo. Tak dużo, że w 1927 zorganizowano na nie polowanie z nagonką. Ustrzelono pięć szaraków i jedną sowę. W polowaniu wzięło udział kilkadziesiąt osób – wynik co najmniej zastanawiająco niski (sprawdźcie sami).

Zając, jak mówiłem, stroni od towarzystwa człowieka i dlatego zdziwiło mnie jeszcze jeszcze spotkanie z tym kawałkiem futra. Miało to miejsce w nadbużańskiej wiosce. Siedziałem tam na długiej delegacji. Wieczorami ćwiczyłem na worku (lepiej na worku niż…) oraz powtarzałem formy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem długoucha, który niespiesznie przewędrował przez podwórko.

Było jeszcze stadko saren, na które trafiłem w Lesie Bielańskim, ale te stały tak nieruchomo, że o mało bym ich nie zauważył.

zwierzęta i Tai Chi

Takie to były moje treningowe „przygody” ze zwierzętami. A teraz będzie coś o Tai Chi – wszak obiecałem. Może jednak pracując nad rozluźnieniem, nad oczyszczeniem umysłu i tych innych wewnętrznych cudach na kiju, to naprawdę znajdujemy jakiś kontakt z otaczającym nas światem? Jeśli jeszcze psy i koty – rozumiem, bo są to zwierzęta od pokoleń nawykłe do kontaktów z człowiekiem, ale inne zwierzęta? Może to, że nie uciekają od nas od razu świadczy o tym, że nie czują od nas takiego zagrożenia jak zazwyczaj? Może i my bardzej otwieramy się na świat wokół nas i więcej widzimy?

Jeszcze kilka lat temu śmiałbym się z takiego podejścia do sprawy, ale teraz? Już nie jestem taki pewien…

Póki co, czekam z niecierpliwością na spotkania z innymi zwierzakami…

 

zwierzęta
oczywiście nic na siłę…

i jeszcze coś takiego się pojawiło w Parku Skaryszewskim, ale nie wchodziłem z mini w żadną treningową interakcje…

8 Replies to “Zajac.. nu pagadi…”

  1. Na Skrze, któregoś jesiennego wieczoru, po 22, słyszę za sobą stukot kopyt na betonowym podjeździe przed wejściem na stadion rugby. Odwracam się i widzę rogate coś, co przystanęło i jak nie da nura na bieżnię przez dziurę w siatce i dalej w lewo ku Polu. BTW, w berlińskich parkach żyją króliczki 🙂

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz