Treningowe miejscówki – wsi spokojna, wsi wesoła

Dwa ostatnie dni spędziłem pilnując Aresa, psa należącego do Młodego. Nie mogę napisać gdzie, bo lokalizacja jest ściśle tajna. Tak tajna, że nieopodal trzeba było wykopać zbiorową mogiłę dla dostarczycieli pizzy, którzy ją poznali i siłą rzeczy nie mogli już wrócić do realnego świata. Ale o tym też miałem nie pisać, tak jak o tym listonoszu sprzed miesiąca…

Ares- mój osobisty wyprowadzacz

Do brzegu. Posiadanie psa na dwa dni to nie jest takie złe rozwiązanie. Odpadają wszystkie problemy związane z wychowywaniem go, a dla mnie zostają same przyjemności związane z posiadaniem własnego wyprowadzacza o imieniu Ares. Wyprowadzacz dwa razy dziennie przeciągał mnie na 40 minutowy spacer wokół psiego pola i nie ma przebacz. Co za szczęście, że akurat sprzyjała nam pogoda. Tak myślę, że może kiedyś przyda mi się sękata laska i jakiś duży pies, żeby pamiętać o codziennej dawce ruchu.

Wypuszczałem się też na dłuższe spacery – czas rozruszać zastałą nogę. Postanowiłem też poszukać sobie jakiegoś miejsca na trening. Miejscówka poza miastem ma swoje zalety. Po pierwsze: pod oknami nie ścigają się debile na motorach z podrasowanymi tłumikami.  Nawet więcej – całkowicie brakuje tu jakiegokolwiek ruchu ulicznego. Po drugie: wokół jest mnóstwo zieleni. Za oknami, zamiast następnego bloku, widać pola kapusty oraz kukurydzy.

Spacer pierwszy – kukurydziany krzyż

Spacer pierwszy. Kto by pomyślał – jestem naprawdę blisko Wawy (jeździ tu nawet autobus i niedaleko jest granica pierwszej strefy), a można tu spotkać małą wieś. Zaraz za zamkniętym osiedlem, na którym siedziałem, znalazłem wąską, wyasfaltowaną drogę, a przy niej starą obrośniętą kapliczkę. Widać, że nadal ktoś jeszcze o nią dba. Kiedyś musiała stać na rozstaju dróg. Obecnie druga droga jest praktycznie nieużywana. Lubię takie widoki – brakuje jeszcze tylko wozu drabiniastego z sianem skręcającego za zarośla z dzikiego czarnego bzu.

kapliczka, po lewej dziki, czarny bez

Cały czas rozglądałem się za kawałkiem miejsca, gdzie mógłbym poćwiczyć, ale nic specjalnego nie rzucało mi się w oczy. Albo nie miało „dobrego Qi”, albo wszystko było zarośnięte perzem i innymi chwastami. Bardzo dużo tam ziemi nieużytkowanej przez nikogo. Rolników coraz mniej, ale myślałem, że to dobre miejsce na działeczkę, albo coś w tym stylu. Ja bym się z chęcią gdzieś tu zamelinował, nawet gdyby miałaby tam stać tylko przyczepa kempingowa.

Jak pisałem – rozglądałem się za miejscem do ćwiczeń – ale jakoś niespecjalnie. Małe ogródki wokół popegeerowskich szeregowców, a za wsią (cała miała może 150 metrów) droga skręcała w pole – tam znajdował się prawdziwy cel dzisiejszego spaceru.

samotne drz
samotne drzewo

Chciałem dziś dotrzeć do samotnego drzewa rosnącego przy gruntowej drodze. Po jednej stronie ziemniaki, po drugiej kukurydza. Z jednego i drugiego można zrobić zacier, choć ten kukurydziany ponoć gorszy. Treningowo to można byłoby tu biegać lub po prostu spacerować kontemplując śpiew ptaków.

drzewo z tajemnicą

Dlaczego to drzewo aż tak mnie zainteresowało? Otóż znajduje się tam pewien ślad po drugiej wojnie światowej (a ten okres to taki mój drugi (lub trzeci) konik). Wg. tego co opowiadał mi Młody, we wrześniu ’39 roku w tym miejscu rozbił się się samolot. Obaj piloci zginęli. Okoliczna ludność pochowała ciała i postawiła krzyże. Co w tej historii jest dziwnego? Otóż, samolot był niemiecki i obaj piloci oczywiście też byli Niemcami – faszystowskimi lotnikami. A mimo to ktoś ich pochował i postawił krzyże. Pomimo tego, że ciała były ekshumowane jeszcze w czasie II wojny światowej – to krzyże nadal tam stoją i są okresowo konserwowane. Ot tak, bez dotacji z Unii „tfu” Europejskiej.

Ale żeby nie było za łatwo, to okazało się, że drzewo stoi ok. 15 metrów od drogi, a pole obsiane jest dwu i pół metrową kukurydzą.

o takie zarośnięte pole.

Niestety w życiu oglądałem już kilka amerykańskich horrorów i świetnie wiem, co się w takiej kukurydzy kryje. Nie mniej jednak – musiałem spróbować. Możecie mi wierzyć albo nie, ale mam wrażenie, że na amerykańskich filmach sieją kukurydzę dużo rzadziej niż u nas… po tym nie da się biegać!!! Przebijałem się pomiędzy roślinami niczym na 80-procentowej wyprzedaży w Biedronce! Nie było lekko. Ale na końcu znalazłem krzyż. Jeden – drugi ponoć w renowacji. Dziwny – z jakiejś metalowej kształtki i z figurą Chrystusa w kawałkach.

Krzyż wśród kukurydzy

Nie siedziałem tam zbyt długo, to miejsce ma jednak złe Qi (jeśli nie wierzycie w to, że miejsca mogą mieć złą lub dobrą aurę, to już nie moja wina). Nie będę stał w Zhanzuangu w polu kukurydzy, wybrałem się więc w drogę powrotną. Pamiętajcie, że z pola kukurydzy należy wychodzić powoli i ostrożnie, amerykańska kinematografia nauczyła mnie, że cokolwiek wyłazi z takiego pola, należy to zabić zanim zdąży złożyć jaja i zniszczyć ludzkość.

kwiat kukurydzy,,,, trochę jak obcy

Na koniec miałem okazję zobaczyć jak wygląda kwiat kukurydzy… może działa jak kwiat paproci? Na wszelki wypadek zażyczyłem sobie prywatnego Kwonu, mistrza na wyłączność i więcej wolnego czasu. Dam znać jak wyszło.

spacer drugi – nekropolia…

Jechaliśmy z Młodym na basen, kiedy ten wskazał mi niewielki staw i powiedział : „A tu masz park i cmentarz wojenny, jak chcesz to godzina drogi z buta przez pole”.

Pogoda była ładna, to się wybrałem. Po pierwsze – cmentarze wojenne zawsze odwiedzam, po drugie – tego dnia chciałem poćwiczyć. I tak wyruszyłem do Ołtarzewa (chyba mogę podać nazwę miejscowości, bo i tak znajduje się ona daleko od tajnej kwatery Młodego).

W pierwszej kolejności odwiedziłem cmentarz. Pochowani zostali tam żołnierze polscy polegli w dniach 12-13.09.1939 roku w czasie próby przebijania się do Warszawy. Tak zwana „Grupa Operacyjna Piotrków” była zbieraniną pozostałości po kilku innych, rozbitych wcześniej związkach taktycznych i nie stanowiła wielkiej siły. W starciu z regularną niemiecką dywizją pancerną nie miała wielkich szans. Pomimo tego generał Thomme podjął próbę przebicia się do stolicy. Po przegranej przez lasy wycofał się do twierdzy Modlin.

W Ołtarzewie, w zbiorowych mogiłach, pochowano większość poległych (996 – w większości niezidentyfikowanych) oraz niektórych żołnierzy AK, poległych lub rozstrzelanych w późniejszych latach wojny. Po wojnie władza ludowa postawiła tam kilkaset betonowych krzyży.

starsza część cmentarza (na tablicach orły jeszcze bez korony)
a tu już po remoncie…

…i podwarszawskie Pole Mokotowskie

Park, o którym wspominał Młody znajduje się na tyłach cmentarza.  Są to pozostałości po parku dworskim, który znajdował się w tym miejscu. Mieszkał tu inżynier Stanisław Kierbedź (ten od mostu). Po samym pałacyku nie zachowały się jednak nawet ruiny (oprócz niewielkiej kapliczki). Sam park nie jest stary, ma okołu 100 lat – inżynier Kierbedź wykupił te tereny po przejściu na emeryturę. Na 15 hektarach stworzył sobie park dla spacerów, a pozostałą ziemię miał zamiar podzielić na działki i po preferencyjnych cenach sprzedać wybranym rzemieślnikom. Chciał w ten sposób stworzyć pod Warszawą ośrodek rzemieślniczy. Za prywatne pieniądze! Dziś – nie do pomyślenia.

czysto i bez ludzi

W porównaniu do Pola Mokotowskiego – park w Ołtarzewie to zupełnie inna para kaloszy.  Można w nim znaleźć wiele starych drzew, co stanowi o jego leśnym charakterze. Dodatkowo przestrzeń między drzewami jest zarośnięta, nie ma tam więc miejsca do uprawiania aktywności fizycznej. Można za to biegać. Alejki są szerokie, równe i wysypane drobnym żwirem – bardzo dobre warunki do truchtania. Ale nie spotkałem tam nikogo biegającego.

Ołtarzew
400 metrowa lipowa aleja

Wracając do drzew, w parku rośnie ponoć perukowiec japoński – piękne drzewo, ale niestety nie znalazłem go (choć według netu rośnie przy samym wejściu). Muszę się chyba lepiej podszkolić z rozpoznawania drzew.

Po 20 minutach snucia się po alejkach znalazłem boisko piłkarskie (wg. internetu należy do parku), a po drugiej stronie dużą i zadbaną polanę. Na powyższym zdjęciu prześwituje po lewej stronie. Niestety dopadło mnie zaćmienie i nie sfotografowałem tej polany. Możecie mi wierzyć na słowo – jest duża, zadbana, z wykoszoną trawą. Można więc ćwiczyć. Jest na tyle duża, że nawet dwie lub trzy sekcje nie wchodziłyby tam sobie w paradę. Chyba, że chciałyby.

polana… w sam raz do treningu

Tam też sobie poćwiczyłem. Miałem ten wielki plac do własnej dyspozycji, gdyż nie spotkałem tam praktycznie nikogo. Jeden starszy pan w koszulce z napisem „Dziadek +65” jeździł rowerem w kółko po parku. Jedna trzyosobowa rodzina, która na mój widok skręciła w drugą alejkę (Młody się śmiał, że pewnie pobiegli z donosem do proboszcza) i parka okazująca sobie czułości na parkowej ławce (ale nie przekraczali norm obyczajowych). Aż dziw, że tak mało osób tu przychodzi.

Młody twierdzi, że jak są organizowane jakieś imprezy (np. dożynki), to na boisku piłkarskim, na którym ulokowano muszlę koncertową, potrafią być tłumy. Widocznie tym razem jedynie ja dorzynałem niewidocznych wrogów, bo park świecił pustkami i nawet kaczki nie uciekały mi spod nóg.

czy to tylko złudzenie, że ołtarzewskie kaczki są jakieś bardziej tłuste?

Nie ćwiczyłem długo, miałem jeszcze przed sobą godzinną drogę powrotną. Starałem się sobie powtórzyć poprawki do formy stylu Hao i Qi Gong pięciu zwierząt. Czy byłem pierwszym, który w ołtarzewskim parku ćwiczył Tai Chi? Mam podstawy sądzić, że tak. Ale jeśli ktoś z Was mieszka w okolicach, to mogę Wam polecić tę miejscówkę treningową. Przychodźcie i ćwiczcie. Jeśli by tam jeszcze powstała siłka plenerowa lub inne takie instalacje, byłoby wyśmienicie.

ciekawe jak to wszystko wygląda w zimie?

Jeszcze tylko chwila relaksu na mostku nad płynącą wodą i powrót. Następnym razem skorzystam jednak z roweru.

PS. znalazłem w necie info, że w okolicach są jeszcze inne parki – może kiedyś znajdzie się okazja aby je odwiedzić?

6 Replies to “Treningowe miejscówki – wsi spokojna, wsi wesoła”

  1. Kul relacja. Ta polna droga ze zdjęcia wygląda jak ilustracja do „Polskiej Demonologii Ludowej”. Może kolejne wydanie wzbogacą o relacje z mazowieckich wsi o dyjable z fikuśną bródką, ćwiczącym formę 108 ruchów na rozstaju dróg :p Po drugie przy kwiecie kukurydzy (wygląda jak przeleżały rambutan, btw) prosi się o MISTRZYNIĘ, ech..

  2. Kwiat kukurydzy wydał mi się… jakiś znajomy. Przypadkiem spojrzałam w lustro. Tak! To moja obecna fryzura. Na dole resztki rudego, na górze odrosty. Tak! Mam najmodniejszą fryzurę sezonu tajczi: „kwiat kukurydzy”. 😀

    1. To chyba dobrze rokuje… roślina była dobrze zakorzeniona i fajnie reagowała na nacisk. Może ma coś wspólnego z Tai Chi

    1. Dzieci to w kapuście, a nie w kukurydzy… ale na wszelki wypadek nie szukałem zbyt wnikliwie. Na razie mi starczy…

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz