Tai Chi o smaku kimchi

Kimchi — czyli coś na kształt kiszonej kapusty, często o lekko pikantnym posmaku. W odróżnieniu od naszej kapuchy, robi się ją na bazie kapusty pekińskiej. Ogólnie to azjatycki patent, jednak najczęściej bywa łączona z Koreą. Co to ma wspólnego z Tai Chi? Wyjdzie w toku.

W poprzednią sobotę wybrałem się na spotkanie zorganizowane przez Grzegorza Wyszomierskiego i jego „Martial Arts Wyszomierski Team”. Był to darmowy warsztat dotyczący Hapkido.

kimchi, niczym znak In Yang

Na początek – czym jest Hapkido. To stworzony w Korei w drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku system walki oparty na dźwigniach, zewnętrznie bardzo podobny do Aikido. Z biegiem lat podobieństwo zaczęło się rozmywać. Trzydzieści lat później do kanonu nauczania dołączyli uderzenia i kopnięcia (w odróżnieniu od Akidoków, którzy to często bezproduktywnie dyskutują nad atemi — uderzeniami). Światową karierę zaczęło Hapkido robić w czasie wojny wietnamskiej, kiedy to w Korei szkolili się amerykańscy żołnierze sił specjalnych.

Yu – zasada wody

I jeszcze słów kilka o prowadzącym. Grzegorz Wyszomierski to duży gość o wyglądzie zawodnika MMA. Niewiele młodszy ode mnie, ale ćwiczyć zaczął jeszcze w podstawówce. Te lata treningu widać. Wszystko, co pokazywał, było wypracowane na sali treningowej. W technikach był dokładny i powtarzalny do bólu. Instrukcje przekazywał w sposób prosty i czytelny.

Czas na relację o warsztatach. W zasadzie to chyba bym się na coś takiego nie wybrał, gdyby nie to, że akurat Danusia w pracy tego dnia siedziała, a ten event był za free. No wiem — cebula ze mnie wychodzi. Po jednokrotnym treningu nie spodziewałem się, że czegoś specjalnego się nauczę, bardziej chciałem zobaczyć, czym to się je. A tu nadarzyła się okazja, by horyzonty sobie poszerzyć. Zobowiązałem jeszcze Adasia i Aśkę do towarzystwa, żeby, qrcze jakby co, mieć się za kim schować.

partnera miałem miejscowego i dobrze na tym wyszedłem

Tak więc w sobotnie południe wylądowałem w centrum Wawy, przy chyba najstarszej galerii w moim mieście. Niestety odrobinę się spóźniłem, a na dokładkę przez dłuższy czas nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki schodowej. „Saturn” to stary budynek, co widać po stanie wykładzin i boazerii w środku, niemniej dzięki temu ma swoisty urok. Zawsze bolałem nad tym, że w Wawie nie ma dużo budynków, w których można byłoby tworzyć tanie sala treningowe. Nie jakieś wypasione centra fitnessowe, ale właśnie proste salki dla niszowej działalności, jaką powoli się staje uprawianie sztuki walki. Niestety, nie wróżę temu miejscu długiego żywota. To ostatnia taka duża działka w tej części miasta, długo się nie uchowa w tym stanie.

Won – zasada okręgu

Ostatecznie na salę skierowała mnie miła blondynka w czarnej karatedze z pasem z dość oryginalnym czerwono-czarnym wzorem. Sama sala, równie jak budynek, w którym się znajduje, do dawnej świetności ma bardzo daleko. Mnie to nie przeszkadza, są materace, duże lustra, flagi na ścianach, stosy tarcz i kasków bokserskich pod ścianami – wszystko to tworzy atmosferę. Dopiero teraz na zdjęciach zobaczyłem nieosłonięte kaloryfery… hmm… to niedobrze.

Na warsztaty przyszło czternaście osób, może nieco powyżej średniej na tego typu spotkaniach, ale akurat, by nie zabrakło miejsca na wzajemne turlanie się po rozłożonych materacach. Niemniej jednak, posłuchajcie ludzie, to są bardzo często fajne imprezy. Warsztaty, na których warto bywać. Można poznać innych, podobnych popaprańców, dowiedzieć się czegoś o sobie i swoich umiejętnościach. Naprawdę warto poświęcić na to trochę czasu.

Dobrze, już kilka razy marudziłem o tym, że ludzie poza swoje sekcje nosa nie wyściubiają. Jest sens jeszcze raz?

prowadzący świetnie się bawią. My się na razie przyglądamy. Od lewej: KO (pomarańczowa koszulka lidera), Aśka (cała w fioletach) i Adaś (w niezdecydowanych paskach)

Sam trening? Jak to powiedział prowadzący, to nie był taki prawdziwy trening. Bardziej krótka demonstracja technik, tak żeby osoba z zewnątrz mogła zobaczyć, co tu się ćwiczy. W złożeniach jest szansa, że po takich seminariach na sali pojawią się nowe osoby i sekcja będzie rosnąć w siłę, a ticzer w dostatek. Teraz już chyba rzadko spełniają się te założenia.

Co mi się podobało…

Atmosfera sali — już pisałem. Mogę jeszcze dodać, że było miło i wesoło. Najbardziej podobało mi się zastosowanie bojowego końskiego ogona — niestety, nie dam rady zastosować — to chyba były techniki na czwarty dan.

Hapkido

Prostota przekazu i jakość prowadzenia — Grzegorz Wyszomierski to posiadacz wysokich danów i innych stopni wielu organizacji. Posiada dużą wiedzę i widać duże doświadczenie w prowadzeniu treningów. Każdą technikę pokazywał tak, że dawało się to powtórzyć. Prawdą jest, że istotę dźwigni to ja już przerabiałem, więc może było mi łatwiej, ale innym też nie trzeba było pokazywać dwa razy.

Bojowe zastosowanie legijnej „eL-ki” – każdy kibic Legii wie, jak ułożyć palce w klubowym pozdrowieniu, teraz okazało się, że ten gest ma jeszcze zastosowanie bojowe. Kibice Jagi nie mają tak fajnie.

Dźwignie — pokazane inaczej niż do tej pory miałem okazje ćwiczyć, ale podobało mi się to, jak technika była prowadzona do końca. Nie tylko do sprowadzenia partnera na ziemię, ale nawet z unieruchomieniem go na ziemi i pytaniem o pin karty.

Organizacja treningu — dwie godziny i nie mieliśmy chwili przestoju. Techniki od prostych do bardziej zaawansowanych. Demonstracje krótkie, w przeważającej większości oparte na powalaniu blond asystentki na ziemię. No, dłużna nie zostawała i choć tak na oko o dobre 80 kilo lżejsza od prowadzącego, także kilkukrotnie efektownie cisnęła nim o matę. W rezultacie ćwiczyliśmy więcej, niż patrzyliśmy. Niby powinno to być standardem, ale często dzieje się inaczej.

okazjonalne zdjęcie po wszystkim od lewej – Anna Kubicka, KO, Grzegorz Wyszomirski

Analogie — wiele z tych rzeczy już ćwiczyłem, np. dźwignie na nadgarstek z treningów Tai Chi, zejście ze zbiciem z repertuaru Chuo Jiao. Miło było poczuć, że nowe koncepcje wcale nie są zupełnie nowe. Natomiast to, co znałem, zobaczyłem pod innym kątem.

Hwa – zasada niestawiania oporu, harmonii i pełni

Co mi się nie podobało — taki combatowy sznyt na całości warsztatów. Choć z drugiej strony czasami kęs dyscypliny dobrze robi. Więc może marudny jestem. Nie przekonało mnie jeszcze uwalnianie się od noża przyłożonego do szyi, ale gołe ręce kontra nóż rzadko kiedy mnie przekonują.

PS. Potwierdzeniem dobrego treningu często są zakwasy. Szczególnie jeśli człek pojawia się na treningu, gdzie pracuje się nieco inaczej niż na co dzień. I zakwasy były — Aśka też potwierdziła.

4 Replies to “Tai Chi o smaku kimchi”

  1. A propos drylu, to mam wrażenie, że Japończycy im do głowy nakładli przez 100 lat tego militaryzmu. Nurt, okrąg i neutralizacja, ale musisz być najzajetwardszy 😉 BTW kimczi chyba ma szersze pojęcie znaczeniowe i generalnie z innych warzyw kiszonki to też kimczi. Nawet z dodatkiem mięsa.

    1. To się nawet początkowo nawyzwało „Sztuką wielkiej Azji” czy jakoś tak.Po wojnie zmienili. Podobnie jak Funakoshi zmienił „Drogę chińskiej ręki” Na „Drogę pustej ręki”.

      Kiszonki z mięsem? A jak z trwałością tego zestawu? Mięso nie jest tak trwałe,

  2. partner musi sprostować, bo wcale nie był tamtejszy, a na co dzień ćwiczy taekwondo itf w innym warszawskim klubie 😛

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz