Szurający w liściach

Miało być dziś mało tekstu, czyli taki wpis jaki lubi Danusia – łatwy do korekty. Ale wyszło jak wyszło i, i tak nie jest źle.

Las Bielański… trening hippiczny w latach 70-tych

Dziś się wybrałem na bieganie. Urlop, fajna pogoda (tj. nie leje) i tyle wystarczy, a mnie takie bieganie dobrze robi. Skorzystałem więc z okazji, że Danusia wybrała się do fryzjera i wyskoczyłem do Lasu Bielańskiego. Dobrze mam z tym lasem, bo jak dobrze wyjdę na tramwaj (a mam do przystanku 3 minuty dżampkami), to po 7 następnych minutach mogę już, jak w tytule, szurać liśćmi.

Las, mimo że to listopad, to nadal jesienny i piękny. A, że dzień roboczy, to ludzi naprawdę niewiele. Natomiast liści do szurania w bród.

Pomyślałem sobie, że takie bieganie to dobry trening, pod warunkiem, że robimy to z głową. Lubię pracować z oddechem i ze strachem. Tak, ze strachem i nie chodzi o to, że mnie jakaś driada z koleżankami dziwożonami napadnie. Tego się nie boję. Staram się walczyć z czymś, co się nazywa strachem tlenowym. To zła nazwa, bo chodzi bardziej o brak tlenu. W skrócie wygląda to tak: biegamy i w pewnej chwili organizmowi zaczyna brakować tlenu. Mózg zaczyna się denerwować, a to powoduje zwiększone zużycie tlenu. Zewnętrznym objawem tego strachu jest „brak siły”.

szurając liściami

I z tym walczę. Jak? Przez swoistą medytację w biegu. Medytacja polega np. na wykonywaniu form w pamięci lub układaniu menu na następny dzień. Można też śpiewać, to także dobra metoda (już o tym kilka razy pisałem). Niezłym rozwiązaniem jest słuchanie muzyki, ale ja wolę słuchać własnego oddechu i szurania liści.

…liści do szuraniu w bród…
kiedyś ten las schodził aż do Wisły, obecnie las jest od rzeki odcięty Wisłostradą. Niestety.
dawniej takich niewielkich cieków było tam aż siedem, ten jest chyba ostatni, a i tak gdzieś ginie…
robiniowy płaskowyż

Przebiegłem dziś trochę ponad 7 km. To już nawet strony joggingowe nazywają wolnym biegiem. Każdy tydzień przybliża mnie do wymarzonej dychy w ciągu godziny.

odcięta dłoń młodego drzewca… ślady po nocnych walkach.
skamielina młodego wieloryba karłowatego

Mogłem pobiec więcej, gdybym w ostatniej chwili nie skręcił na schody. Są tam takie, które pozbawiają mnie oddechu. Każdy schodek innego rozmiaru. Niszczy każdy rytm biegu, zakłóca oddech. Na górze to już tylko człapałem próbując złapać oddech, a mój alarm tętna wariował.

Mam wrażenie, że te schody są starsze ode mnie. Pomyślcie jak mocno musieli kiedyś się nakombinować, żeby zbudować schody, które będą moim przekleństwem? Jakie to gremia się zbierały, może nawet komitet centralny? Jest, co prawda, jeszcze jedna teoria, że to kosmici zbudowali, ale spytałem Adasia, on gadał z kumplami i żaden nic nie wiedział.

schody… za każdym razem chcą mnie zabić. Taka moja wersja schodów Rocky’ego z Filadelfii

PS. Te wszystkie zdjęcia zrobiłem w miejscu, z którego do Dworca Centralnego można dojechać w 25 minut. Niech ktoś mi jeszcze raz powie, że Warszawa to nie jest ładne miasto…

4 Replies to “Szurający w liściach”

  1. Schody mają jeszcze tę zaletę, że można je wykorzystać w jumpingu – niczym shaolinowcy :). KO, pamiętaj o tym następnym razem 😀

    1. A widziałeś kiedyś Shaolinowca z takim kałdunem jak ja? Poczekaj jeszcze ze 30 kilo. Teraz to bym se kolala rozwalił na bank.

  2. Podobne schody mają na kładkach w Chinach. Nie wiadomo jak ugryźć. Zrobiłbyś furorę biegając rano od kładki do kładki 😉 BTW „szurając liśćmi” – Danusia się obcyndala.. i kto jej pozwala robić włosy poza Bakalarską? ;]

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz