Sulisław – pałac w starym stylu

Z góry przepraszam, ten wpis będzie bardzo bałaganiarski, ale piszę wieczorami po treningach. Czasu mało, a do napisania mam dużo…

Dawno już nie jeździłem na obozy Tai Chi. Właściwie od czasu „brenneńskich”, nie wybrałem się na żadne dłuższe treningowe iwenty. Nie liczę oczywiście wakacyjnych spotkań w Akademii Yi Quan, bo te miały miejsce w Warszawie i wyjazdów w charakterze ticzera też nie – to zupełnie inna para kaloszy.

środek niczego… a tam, w środku – ludzie ćwiczą Tai Chi

Tym razem załapałem się na tygodniowy wyjazd z Fundacją Dantian. Głównym prowadzącym jest mistrz Ly, ale jest jeszcze kilku ludzi o wiedzy i umiejętnościach wystarczających do tego, bym mógł się czegoś od nich nauczyć. Tak po prawdzie, to od większości ludzi mogę się czegoś nauczyć – mam wrażenie, że wszyscy mają więcej doświadczenia ode mnie. Zanim jednak napiszę coś o samym treningu, muszę opisać już wszystkie te rzeczy, które takiemu wyjazdowi towarzyszą. Bo oprócz tego, że mamy możliwość poćwiczyć z lepszymi od siebie, to jeszcze te nauki mają szansę trafić na bardziej podatny grunt. Jak to się dzieje?

festiwal starego stylu

Za ten efekt odpowiada fakt oderwania się od otaczającej nas rzeczywistości i zmiana otoczenia. Nie musimy chodzić do pracy, gotować, sprzątać. Pozostaje tylko ćwiczyć. Ta swoista „odświętność” czasu i przestrzeni pozwala lepiej się skupić na treningu. Nie musimy na początku każdego treningu zrzucać z siebie balastu nerwów i życia w świecie codziennym. Wyciszanie się, to tylko pogłębianie odczucia spokoju, a nie mozolna walka o oczyszczenie umysłu, który i tak następnego dnia się zabagni. Sulisław świetnie się do tego celu nadaje. To jedno z miejsc, gdzie czas płynie wolniej. Treningi są dłuższe, a zły świat bardzo odległy.

Sulisław… łoł – big ŁOŁ

Dla mnie ta atmosfera zaczynała się już na długo przed pierwszym treningiem. Jak ktoś czytał „Drogę na zachód” (ja nie czytałem…) to wie, że książce tej przypisuje się słynny cytat: „Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. I w tym przypadku zacząłem na przystanku 509 „Afrykańska”, gdzie byłem ustawiony z moimi towarzyszami podróży – Andrzejem i Anią. Na miejscu byliśmy kilka godzin później, Trasa ładna, szybka, z pięknymi widokami, włoskim obiadem w niewielkiej Oleśnicy i żadnych rozmów o Tai Chi :). Więcej kontemplacji otaczających nas widoczków i szacowania prędkości mijających nas motocykli.

ptaszory… a drą się…

Tai Chi Lao Jia

To, co zobaczyłem na miejscu, nie do końca pasowało do moich doświadczeń z takimi imprezami. Niewielki poniemiecki pałacyk, którego historia ociera się o zakon Templariuszy. Na szczęście w nim nie mieszkam – chyba nie mógłbym usnąć w tych wielkich łożach i bałbym się korzystać z toalety. Wystarczy, że zakwaterowali nas w czymś, co można chyba nazwać czworakami albo folwarkiem. Nawet tu, warunki są aż nazbyt komfortowe. Łazienki z drzwiami do kabin prysznicowych, ciepła woda, nietrzeszczące łóżka i inne zdobycze cywilizacji. Na podłogach grube dywany, a na ścianach obrazy i kandelabry (cokolwiek to jest, ale tak piszą w łzawych powieściach). Nawet ręczniki są wymieniane prawie codzienne. Na początek dostałem pokój z ogromnym, podwójnym łożem, ale nadzieja jest matką głupców. Kiedy dowiedziałem się, że będzie ze mną mieszkał kolega Sławek, szybko załatwiliśmy rozłączenie łóżka.

cały czas mam wrażenie, że za chwilę ktoś wręczy mi szmatę i każe myć podłogi
wejście do czworaków… (drewno i marmury)

Jedzenie. Szwedzki bufet z dużym wyborem dań (do kolacji jest nawet dystrybutor piwa!!! No limit). No qrcze, czuję się tu trochę jak pająk na sali operacyjnej. Do tego jeszcze menu… jednego dnia dzień polski (bo jest tu spora grupa Francuzów), innego dzień indyjski. Niestety zbyt smaczne, ciężko się powstrzymać przed testowaniem kolejnych dań. Trudno, ale cóż – wojna… Smaczne, nie można niczego zarzucić, ale na Bakalarskiej też smaczne, tylko człowiek nie zastanawia się jak ułożyć widelec, a jak łyżkę. I te ciągłe problemy, jak pić kawę z filiżanki, żeby nie siorbać?
Pałac stoi w samym środku niczego, ma nawet jakieś namioty – jakby zaczęło padać. To dobry wynalazek, pamiętam bowiem jak kiedyś w Brennej, w czasie obozu z mistrzem Yang Jwing Mingiem, nie udało się załatwić sali, było fajnie – póki nie padało. Raz jednak pogoda się załamała i nie było to przyjemne. Szkoda było tego treningu. Na razie mamy fart, większość treningów odbywa się przy ładnej, słonecznej pogodzie.

jadalnia poranna kaffe
fragment parku

Teraz o samym treningu. Tylko kilka słów, bo wrażeń mam aż nadto.

Zarówno tu, jak i w Brennej, wstawałem o 6.00. Tak rano cała sala często była tylko dla mnie – mogłem poćwiczyć. Kiedy jednak tu wypełzłem na trawnik, wokół mnie ćwiczyło już kilka osób, a następne przybywały co chwila. To duża różnica – bardzo na plus.

pałac w Sulisławiu

O 7.00 mamy pierwszy trening. To wspólna rozgrzewka oraz wykonanie formy. Mistrz ćwiczy z nami. Po śniadaniu następny trening. Ciekawostką jest to, że na tym drugim i trzecim (oba po 2.5h) nie ma już tak zorganizowanej rozgrzewki. Każdy ćwiczy sam, choć większość naśladuje mistrza, który także z nami ćwiczy. Potem mistrz komentuje, bądź pokazuje jakąś technikę. Niestety po francusku, a ja lubię ten język, ale muszę mieć do tego partnerkę i to niekoniecznie tak publicznie. Na szczęście mamy w grupie tłumaczy.

wachlarz jest na deser i to nie dla każdego
po treningu czas na notatki… nie tylko ja spisuję uwagi

Podoba mi się prowadzenie zajęć. Jest bardzo różnorodne. Czasami mistrz Ly koryguje jeden ruch dla wszystkich (dziś próbował skorygować pojedynczy prosty bicz, ale jesteśmy uparci – nie dajemy się), potem dzielimy się na grupy. Każda robi coś innego. Mistrz krąży i pracuje z nami, potem idzie do następnej grupy. Przez jakiś czas zostajemy sami, ale wtedy przychodzi inny nauczyciel — na przykład Dominik, francuski nauczyciel o nienagannej i bardzo czytelnej technice. Pokazywał nam masę szczegółów. Czuję się wręcz przepieszczony.

jak mistrz ma coś do powiedzenia, to trzeba słuchać… a jak pokazuje, to się patrzy.

Szkoda tylko, że tych szczegółów jest tak strasznie dużo. To nie jest oczywiście wina ticzerów, bardziej moja – po prostu tak mało umiem, wiele rzeczy jest dla mnie nowością. Pierwszego dnia „katowaliśmy” między innymi pierwszą część formy, to mój materiał egzaminacyjny (ale o egzaminach jeszcze będzie). Dobrze by było, żeby pozostało mi w głowie choć dziesięć procent tego, co zobaczyłem. Nie liczę na to, że zapamiętam wszystko, dawno już wyrosłem z tego, by się tym stresować.

jakby padało jest namiot… załapałem się na fotkę…

Dziś wydarzyło się coś ciekawego. Z powodu deszczu ćwiczyliśmy w namiocie. Mistrz Ly, po krótkiej rozgrzewce, zaordynował ćwiczenie 4 części formy w tempie wolnym. To było całe 18 minut. Naprawdę powoli. Fajne doświadczenie. Do czego prowadzi? Odpowiadam standardowo… trzeba ćwiczyć, to sami zobaczycie. Nie o tym jednak chciałem… Pod koniec formy jest taki moment, który strasznie mnie stresuje… to miejsce, w którym zamiast „uderzenia pięścią w dół” wykonuje się takie uderzenie na krocze… (w stylu Hao też tak jest, a u mistrza YJM raz jest, raz go nie ma). I cóż się stało? Mistrz Ly ćwiczy razem z nami i siłą rzeczy wszyscy bacznie go obserwują. Kiedy nadeszła ta chwila mistrz Ly wykonał to uderzenie bardzo nisko.

po parkowych trawnikach hasają Daniele
widok wart medytacji… i medytacja warta widoku

Przez salę przeszła fala, bo co? Pomylił się? Może nastąpiła zmiana w formie (bo i tak bywa)? Większość ludzi była zbyt przywiązana do ustalonej kolejności ruchów w formie i nawet taka niewielka różnica była dla nich zauważalna. Jak już pisałem, w niektórych formach nie ma tu innej techniki, więc jakoś nie odczułem większego dysonansu. Mistrz jest mistrzem i jeśli czuje potrzebę uderzenia nisko to uderza… jego mistrzowskie prawo. Czasy kiedy pilnował się jakiejś kartki papieru ze spisem technik ma za sobą. Jak w wojsku… dziadek może wszystko, koty mają trzymać porządek pod łóżkiem.

niczym trzech tenorów – trójka mistrzów. Mistrz Ly, mistrzyni Marianne Plouvier i mistrz Jan Gliński. W centrum tajemnicze coś
mam wrażenie, że mistrz Ly lubi Polaków

Ciekawy był żartobliwy komentarz do tej sytuacji: „Cóż, mistrz jest człowiekiem, i właśnie zszedł na nasz poziom”. Tak, mistrz Ly daje się poznać jako człowiek, a nie cudowny, nieomylny cyborg i ma poczucie humoru… dziś przegonił nas po ćwiczplacu „omiataniem kolana”, a w ramach żartu – w stronę jadalni wracaliśmy „odepchnięciem małpy”. Śmiechom i żartom nie było końca…

PS
W sobotę i niedzielę (16 i 17 czerwca) w miejscowości Grodków odbędzie się I Europejski Festiwal Sztuk Walki Klasycznego Yang Taiji można obejrzeć dużo dobrego Tai Chi. Ja będę i nawet będę się produkował na egzaminach. Zapraszam serdecznie każdego kto ma ochotę. Naprawdę warto.

inne fotki

KO i odnalezione w lesie poniemieckie instalacje
odmienne stany świadomości
próbuję jakoś okazać coolturę i ogładę
przy pracy… reszta redakcji „Tai Chi po Polsku” siedzi w Warszawie.

8 Replies to “Sulisław – pałac w starym stylu”

    1. No właśnie sprawdziłem w necie… nie unosi się małego palca. Już wiem dlaczego kamerdyner wzdryga się na mój widok

      1. A jak wg Was Yang Luchan wyjął oko szaolińskiemu mnichowi? Legenda głosi, że owego gorącego lata w Yongnian Yang Luchan pił espresso w galerii handlowej, jak nagle nie podejdzie łysy i nie powie „a ty, co? Kuffa nie wiesz, że..” Nie chciało mu się nawijać o trzech typach ludzi, z którymi nie może walczyć, bo espresso siada po jakichś 10 sekundach. Potem dalej trzymał ten palec odwiedziony, żeby krew nie spływała do filiżanki 😉

        1. aaaa no tak… to jest jakieś usprawiedliwienie. Teraz już wiem dlaczego kamerdyner ma tylko jedno oko.

  1. Czy w końcu po zdaniu egzaminów będę mógł KO tytułować oficjalnie „mistrzuniu” :)?

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz