Rodzinny wypad…

Rodzinna atmosfera i te rzeczy… i w ramach tejże, wybrałem się z Młodym i jego Sylwią na siłkę. Tak, nie pomyliłem się pisząc te słowa – na SIŁKĘ. Młody mnie zaprosił. Mówi: pierwsze wejście za darmo, to możesz spróbować. Nic ci nie ubędzie.

moje dzieciaki…

Kiedyś Młody trochę ćwiczył ze mną Chuo Jiao Fanzi, ale chyba nie do końca przypadła mu do gustu Qigongowa otoczka. On to by wolał ganiać z rękawicami. Trochę go rozumiem – młody, to ciężko mu było znaleźć radość w staniu w Yi Jin Jingu. Teraz dodatkowo wyprowadził się z Wawy (wiem – wstyd…) i zajął się machaniem ciężarkami.

Tak więc dałem się namówić i pojechałem. Młodzi lubią się spocić, a ja poćwiczyć, może jakoś da się to pogodzić.

Moje kontakty z salami kulturystycznymi do tej pory nie były udane. Młody jednak opowiadał, że dużo się zmienia, i że naprawdę ma to sens. W latach 80-tych na pewno wyglądało to inaczej. Wtedy to za namową kumpla ze szkoły chodziłem miesiąc na taką siermiężną siłkę na osiedlu studenckim. Może i dobrze, że tam nie wytrwałem, bo na owe czasy technikę ćwiczenia wyrabiało się metodami prób i błędów, no, chyba że jakiś starszy kolega raczył coś podpowiedzieć. Dwadzieścia lat później trochę się zmieniło. Był instruktor, który objaśnił mi działanie każdej maszyny (i tyle go widziałem). Na sali jednak śmierdziało, a z telewizora zawieszonego nad głowami leciała niemiecka muzyka klubowa.

A teraz?

KO na siłowni

Ożarowski fitness mieści się na dwóch piętrach sporego budynku. Parter zastawiony żelastwem, piętro z piękną salą, o której później.

orbitrek, obecnie bardziej przypomina sterówkę promu kosmicznego niż sprzęt treningowy

Na dole zaczęliśmy od orbitreka. Takiego samego mam pod blokiem, tylko bez żadnej elektroniki. Trochę mi było wstyd, bo Sylwia wrzuciła sobie od razu level 2 (większe obciążenie), kiedy my z Młodym jechaliśmy na najniższym poziomie. Oczywiście na początku miałem problem z ustawieniem urządzenia… qrcze w pewnej chwili myślałem, że będę musiał wprowadzić do pamięci komputera rozliczenie PIT za ostanie 5 lat. 30 minut później przy tętnie 150 (i tak chwilami miałem niższe niż Młody) zakończyliśmy ćwiczenie. Lekki wstyd mnie ogarnął, bo Sylwia nawet się nie spociła (a zrobiła kilometr więcej niż my) – widać, że dziewczyna bywa tu dwa razy w tygodniu.

Jeszcze jedna obserwacja — tu, po każdym użyciu takiej maszyny, bierze się papierowy ręczniczek, macza się go w specjalnym płynie i wyciera wszystkie poręcze. Duża zmiana na plus.

machając kettlami

Podoba mi się podejście Młodego do treningu na sali. 30 minut machania, potem 3-4 maszyny. Pyk-pyk, pyk-pyk i załatwione. Bez zbędnego gadania i lansowania się w oczojebnych, obciskających gatkach. Braffo (delikatna akceptacja). Bo po co tam siedzieć i słuchać tego umca, umca i oglądać vivapodobne programy? (tu niewiele się zmieniło).

zmiany w fitnesie

Przetestowaliśmy jeszcze maszynę do podciągania się — fajny wynalazek, szkoda tylko, że takie duże i trzeba przejść specjalne szkolenie ze schodzenia z tego cuda.

Poszliśmy sobie jeszcze na pięterko. To miejsce bardzo mi się spodobało. Duża, ładnie przeszkolona sala (właściwie dwie), worki, ketle, gumy, piłki lekarskie… dużo fajnego sprzętu, w tle opona od malucha. Jeśli miałbym chodzić do takiego klubu, to pewnie tu spędzałbym więcej czasu. Na dole tłumy, a na górze raptem dwie dziewczyny wyginały się w kącie. Wiem, z tymi tłumami marudzę — ciągle narzekam, że w szkołach sztuk walk sale puste, a tu mi tłumy przeszkadzają i szukam ciszy, spokoju. To może trochę z zazdrości, że mają chętnych?

następna forma w dziwnym miejscu, tu też nikomu nie przeszkadzałem.

Nie mogłem sobie odpuścić takiej ładnej sali. Najpierw próbowałem zaszczepić w Sylwii sympatię do ketli, ale chyba mi się nie udało, a potem zrobiłem sobie krótką formę. Młody najwyraźniej jest zbyt niecierpliwy na Tai Chi — przy nagrywaniu nie mógł wytrzymać 7 minut. Ile jeszcze wody w Wiśle musi upłynąć, żeby poczuł wenę do treningu? Nawet nie chcę wiedzieć.

Reasumując. Dużo się zmieniło, choć muza nadal kiepska – ja bym im coś innego puścił. Maszyny coraz bardziej skomplikowane tyle tylko, że przybyło szpanerów. To chyba nadal nie są moje buty, choć to miły sposób spędzania czasu w gronie rodziny. Koniecznie jeszcze muszę sprawdzić, czym się różni bieganie na bieżni od truchtania wzdłuż Wisły.

ps. Nie mam fotek z sali z maszynami, gdyż Młody twierdzi, że fotografowanie się wśród maszyn to szczyt obciachu i siara totalna

8 Replies to “Rodzinny wypad…”

  1. Czujesz? Jak latem przyjedzie Hong i na Polach pokaże kolejny ruch z formy, po czym poda Ci ssd mówiąc „powtórz”, Ty najpierw wyciągniesz ręczniczek z plecaka, namoczysz w płynie bakteriobójczym i dokładnie wytrzesz rękojeść (za Mistrza, żeby nie musiał się fatygować) i powiesz „wie Mistrz, XXI wiek..” :]

  2. Taa.. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Saturnie jakieś 3 lata temu. Chciałem zacząć trening od rozgrzewki na rowerku stacjonarnym i nie mogłem go odpalić. Brak kabli, włączników itp. Z 10 lat wcześniej chodziłem do siłowni na AWF-ie a ponieważ byłem tam zwykle pierwszy (ok. 7 rano) musiałem sobie sam włączyć rowerek. A tu nic. W końcu pani z recepcji (akurat o tej porze brak instruktorów, zmiana jakaś czy cuś) wyjaśniła że trzeba usiąść na rowerze i zakręcić pedałami! Wstyd jak beret! Skomentowałem całą sytuację: maszyny coraz mądrzejsze a ludzie coraz głupsi…

  3. toz staroryzowi praktycy sztuk kopanych uderzanych rzucanych itd itp korzystali w roznorakich urzadzen jedyna roznica to ze wspolczesne sa wykonane ciut ladniej

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz