Nowa woda kolońska Arka…

To, że z YMAAowski Tai Chi, jestem już trochę na bakier, wiedziałem. Od dłuższego czasu jedyny kontakt, jaki z nim mam, jest bardzo sporadyczny. Ot spotkania z Rafałem lub samodzielny trening. Samodzielnie to ja powtarzam sobie tylko formę i niektóre ćwiczenia, które można wykonywać bez partnera, bez korekty mogłem tam sporo namieszać. Nie, żeby totalnie brakowało okazji, żeby gdzieś podjechać i poćwiczyć, ale brakowało czasu albo innego cosia. Raz, gdy w końcu udało się zorganizować w Warszawie szkolenie z Robertem Wąsem, to ja po prostu pomyliłem weekendy i … nie pojechałem. W ten sposób miałem niemal pewność, że moje widzenie formy wg mistrza Yang Jwing Minga zostało daleko w tyle.

Herb Białegostoku – nadany jeszcze za caratu, ale już w barwach Jagi

Tym razem postanowiłem nie odpuścić i podjechać do Białegostoku, gdzie kolega Arek zorganizował dwudniowe szkolenie z Robertem Wąsem. Danusia powiedziała „jedź i pozdrów wszystkich, tylko mnie nie budź (musiałem wstać 5:15), bo będziesz się potem tłumaczył Robertowi z podbitego oka”. Złapałem więc jakiś szybki transport i wio.

Zaprawdę powiadam wam… jak oni skończą te remonty to do White Stocku będzie się tu 90 minut jechało i to prawie zgodnie z przepisami. Zmniejsza się ten kraj czy co? W rezultacie miałem jeszcze godzinę wolnego. Może śniadanie? Znalazłem nawet jedną knajpę z szyldem „śniadania” ale czynna od 12:00. O której to na wschodzie jada się śniadania?! Czy oni tak długo śpią? Trudno zjem coś w galerii — może się nie otruje. Idąc do galerii w przejściu podziemnym, spotykam ulicznego grajka. Starszy mężczyzna grał na akordeonie. A że ładnie grał (a to trudny instrument), wygrzebałem z polara jakieś moniaki i wrzuciłem. Okazało się to tylko wstępem do dalszej interakcji — muzykant poprosił mnie, bym go na chwile zastąpił (!!!), bo natura wzywa. Na szczęście nie musiałem grać (nie zezwalają na to przepisy ichniego związku zawodowego). Posiedziałem sobie z 10 minut. Tu muszę uzupełnić, że byłem w stroju treningowym + bury polar i kurtka z holenderskiego demobilu, wszak miałem rano Danusi nie budzić, a to były jedyne ciuchy, które leżały na wierzchu i mogłem je założyć, nie hałasując. Tak więc siedzę sobie na drewnianym zydelku, obok mnie na ziemi harmoszka, ja z nosem m necie. Nagle brzdęk ktoś coś wrzucił. Nawet właścicel interesu chciał się ze mną podzielić zarobkiem (zarobił pan! To proszę), ale jak sobie pomyślałem, że US, ZUS, KRUS, USB… za dużo roboty.

Potem krótkie śniadanie (jakoś żyje) i na sale. Co prawda nie odgadłem, w którą stronę rosną numery na białostockich ulicach (to taka zmyła dla legionistów, którzy wiedzą, że numery rosną zawsze od Wisły), ale dotarłem na czas, zwiedzając rynek i mijając jeszcze dwukrotnie mojego nowego znajomego.

Na sali masa znajomych twarzy… dużo ludzi z Białegostoku i z Lublina (mają tu blisko) i tylko z Warszawy ja sam. Jeszcze niedawno przecież zawsze widać było jakieś warszawskie koszulki. Teraz nic… trochę szkoda.

Sam trening? Zanim napiszę co było, jeszcze raz dzięki Arkowi za zaproszenie, wszystkim za przyjęcie i pomoc, a przede wszystkim za wspólny trening. Naprawdę już zapomniałem jak się ćwiczy w tak dużej grupie ludzi. Jest w tym jakaś moc. Dziękuje też Robertowi, że przymknął oczy na to, co „nowego” powstawiałem do formy przez te ostatnie lata. Może nie było tak źle — bo nie wyglądało na to, żeby chciał sobie z mojego powodu rwać włosy z głowy.

Pierwsza część — korekta formy

Nieodzowny element każdego treningu. Nie tylko „większej jednostki treningowej” jaką jest seminarium, ale nawet w codziennej praktyce z nauczycielem. Jeśli nauczyciel nie koryguje formy to znaczy, że albo nie chce Cię uczyć, albo już nie ma czego. Duża grupa wymaga innej specyfiki pracy niż z małą grupą. Przykłady są bardziej ogólne. Nauczyciel pokazuje grupa powtarza, nie ma czasu na to, żeby zbyt często pochylić się indywidualnie nad każdym ćwiczącym. Robert przechadza się pośród ćwiczących rzucając czasami osobiste korekty, ale skupia się bardziej na ogóle.

Nowości… dla mnie skręcanie stopy aż tak głęboko i późniejsza korekta ustawienia to nowość — ale ma to sens postaram się ją wdrożyć do tego, co tu sobie dziergam na boku. Poza tym dużo lepiej poczułem harmonie stopa-dłoń. Bardzo mi się podobały. A poprawka do uderzenia pięścią z góry przybliżyła YMAAowską formę to tego, co robię obecnie.

Nie mogę się, co prawda, do końca zgodzić z interpretacją odwracania głowy w omiataniu kolana, ale to już dyskusja totalnie akademicka.

Druga część — pchające dłonie

Trening podzielony na dwie części — taka bardziej dynamiczną, gdzie ćwiczyliśmy prace z konkretną siłą (a Marek z Lublina nawet z konkretną, czyli moją, masą) dobre ćwiczenia w większości znałem, a mimo to dostałem do nich cenne korekty. To jest trening, którego czasami mi brakuje. Niestety wymaga partnera, któremu się chce, a ponieważ jest to inne od „telewizornego” wzorca treningu Tai Chi to o takiego wcale nie łatwo.

Po krótkiej przerwie — część bardziej techniczna z podziałem na grupy. Dostałem się do tej zaawansowanej (chciałoby się dodać wiekowo, ale dołączyła do nas Basia więc byłaby to nieprawda). Dostaliśmy jako materiał symbol Tai Chi w poruszaniu… po kole Bagua, ale i tak większość czasu poruszaliśmy się równolegle. To fajne ćwiczenie. Wygląda nieszczególnie, ale zawiera w sobie dużą wartość, a co najważniejsze ćwiczy się go partnerem. Jeśli jeszcze ma się farta i można ćwiczyć z różnymi partnerami to pozwala na wyrobienie czucia i interakcji z partnerem. Trzeba go tylko ćwiczyć uczciwie.

Musiałem się zwinąć 10 minut przed czasem, więc nie zostałem na ostatni ukłon, tylko pognaliśmy na dworzec. Tam tylko bilet potem w pociągu małe uspokajanie pijanego (bez krwawe…) i następny dzień treningowy za mną. Kto powiedział, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki? A że woda w tej rzece już inna… Dla mnie było warto, choć stopy zamoczyć.

PS. W Białymstoku to nie był jeszcze koniec treningów, po wieczornej zaprawie na niedzielę był zaplanowany Shaolin. Arek poniewczasie powiedział mi, że ma być trochę zapasów, które to ostatnio pojawiają się w YMAA w coraz sensowniejszej formie. Trochę szkoda, że mnie takie rzeczy omijają, ale może jeszcze nie jest za późno…

3 Replies to “Nowa woda kolońska Arka…”

  1. Taiji było w sali gimnastyvznej a te 2 ostatnie fotki to gdzie? W owej hali sw zrobionej w ramach BP?

    Zrób, proszę, osobny wpis na temat interpretacji odwracania głowy podvzas omiatania kolana. To może być ciekawe 🙂

    1. Istatnie fotki były wykonane w klubie który Arek wynajmuje na Shaolin i Shui Jiao…. nie byłem, ale wygląda fajnie. Tylko wygląda na to że nie można ćwiczyć w obuwiu. Trochę szkoda.

      Nawe myślałem o tym czy by nie napisać, ale nie umiem tego ubrać w słowa by nie wyszedł z tego pseudofachowy bełkot, może nagrać filmik… potrzebowałbym pozoranta, myślisz że Adaś by się nadał?

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz