Przy muzyce o sporcie…

To była taka audycja sportowa (tfu, sprawdziłem w necie – jest nadal) w radiowej Jedynce. Kiedyś, codziennie o określonej godzinie, można było posłuchać informacji sportowych, komentarzy, wywiadów. Teraz tę rolę przejęła telewizja, ale ma to swoją wadę – TV przyciąga wzrok, powoduje że siedzimy i oglądamy. Kiedyś, kiedy mój ojciec wsłuchiwał się na małym tranzystorku w informacje o swojej ulubionej Legii, mógł też robić coś innego np. układać narzędzia w skrzynce.

Takie mnie naszły wczoraj rozważania o muzyce, gdyż często łączy się ćwiczenie Tai Chi z puszczaniem specyficznej muzyki lub odgłosów przyrody. Już od dawna się z tym spotykałem i przyznam, że początkowo wqrzało mnie to niemiłosiernie. Na początku mojej praktyki instruktor miał w zwyczaju puszczać coś, co w szatni nazywaliśmy pie…nymi flecikami.

Epica_Simone_Simons
nie każda muzyka pasuje do treningu… ta by mnie trochę rozpraszała…

A że puszczał to z małego monofonicznego kaseciaka i nie chciało mu się zmieniać kasety – to musieliśmy tego słuchać bardzo często – zbyt często. Na szczęście kaseciak się zepsuł, a Ticzer postanowił przyoszczędzić lub po prostu mu się nie chciało i  uwolnił nas od tego popiskiwania.

Potem przez lata nie miałem takich doświadczeń. Zresztą sam unikałem ich jak ognia. Aż tu niedawno znów mi się trafiło. W Akademii Yi Quan muzyka w czasie treningu jest na porządku dziennym (oczywiście mowa jest o treningach Tai Chi), ale tu, o dziwo, nie przeszkadza mi tak bardzo. Ot na początku troszkę, ale do końca treningu już jej nie zauważam. No dobra, po prawdzie jest taki jeden kawałek, który podoba mi się tak bardzo, że nawet czasami robię przy nim w formach więcej błędów niż przewiduje średnia.

Jaka może być rola muzyki? Jeśli jest dobrze dobrana to potrafi „odciąć” nas od otaczającego nas świata, odwrócić uwag umysłu od dręczących go myśli. Dźwięki natury mogą, na zasadzie sprzężenia zwrotnego, wspomóc rozluźnienie ciała. Tak powinno działać na początkujących. Jest też pewien aspekt marketingowy. Początkujący bardzo często tego oczekują.

hanggai
hanggai – ich akurat lubię…

Z czasem przestajemy potrzebować tego dodatkowego „odcinacza”, potrafimy to zrobić sami. Skupić się na formie, na ćwiczeniu. Na tym etapie muzyka staje się niepotrzebna, a czasami wręcz przeszkadza.

Na trzecim etapie praktyki, muzyka może być lub może jej nie być. Przestaje przeszkadzać, staje się jeszcze jednym szumem informacyjnym, takim samym jak dźwięk przejeżdżających samochodów lub użalanie się szefa, że nie ma pieniędzy, a my nie chcemy pracować za darmo. Jak widać jeszcze tego etapu nie osiągnąłem.

Musimy pamiętać, że nie możemy ćwiczyć w idealnie laboratoryjnych warunkach. Potrafi to doprowadzić do tego, że trenować możemy tylko na sali, tylko w odpowiednim obuwiu i pod okiem dobrego instruktora. A jeśli przyjdzie ćwiczyć np. w parku? I tu robi się problem. Bo przeciąg, bo trawa nie równa, bo ludzie patrzą, dzieci biegają i ptaki krzyczą. To oznacza, że nasza praktyka jest cienka jak tylna cześć węża.

Trening przy muzyce

zespół
nie musi być tradycyjnie

Jeśli już muzyka być musi, to jaka? Trzeba pamiętać, że Azjaci są jednak zbudowani inaczej niż my. Ta inność polega między innymi na tym, że średnio statystyczny mieszkaniec Azji lepiej niż Europejczyk słyszy wyższe dźwięki. Może to jest jednym z powodów, że ta ichnia muzyka posiada mniej basów, a więcej „sopranów”. I z tego powodu może być trudniej przyswajalna. Może więc, jeśli nie trzeba, to nie katujmy się na siłę typowo chińską muzyką. Na jutubie jest od groma muzyki określanej jako medytacyjna i jeśli już ktoś bardzo chce, to można sobie tam coś dobrać.

Ja osobiście traktuję teraz muzykę jako coś, na co nie mam wpływu, jako jeszcze jeden bodziec, od którego muszę się odciąć. Jest – to jest, na wiele rzeczy nie mam wpływu – muszę je ignorować.

Jeśli już piszę o muzyce, to należałoby wspomnieć o muzyce wykorzystanej do pokazów. Tu rej wiedzie gość, który nazywa się Olivier Shanti. Ponoć robi on muzykę inspirowaną praktyką Tai Chi. Szczególnie jeden utwór jest ulubionym motywem na różnego typu prezentacjach.

Ludziom się podoba, więc utwór jest wykorzystywany tak gęsto że coraz częściej pokazu od pokazu odróżnić się nie da.

Trening przy muzyce
ale ostrzegam… że sama muzyka efektów nie daje…

Ja nie twierdzę, że muzyka jest totalnie be. Przecież pisałem już kiedyś o związkach muzyki i śpiewu z pracą fizyczną czy wręcz ze sztukami walki (np capoeira). Przy bieganiu jest ok, ponoć przy ćwiczeniach siłowych też. Muzyka potrafi podnieść ciśnienie, tętno i pomaga utrzymać właściwe tempo biegu lub machania żelastwem. Są całe muzyczne sety ułożone tak, aby regulować tempo ćwiczenia. To nie jest muzyka dla mnie… Sami posłuchajcie.

Tak więc słuchać muzyki czy nie? A jak Wy myślicie?

13 Replies to “Przy muzyce o sporcie…”

  1. „Buddysta” jeden z legendarnych Ludzi Skry (nie nasz Fotuo – Łukasz) mówił mi jakoś w ’86, że jak ćwiczysz do muzyki, to się niejako od niej uzależniasz i gdy jej zabraknie, będzie się źle ćwiczyło. Nie wiem. Trochę racji w tym jest. Jeśli nie jest ona niezbędna, a leci w tle, to nie powinna przeszkadzać. Myślę, że nie może być zbyt wciągająca, zbyt „taka jaką lubisz” bo wtedy może faktycznie odciągać podstępnie od ćwiczenia.

    Czy ticzer od fletów i magnetofonu nosił koraliki? 😉

    1. nosił nosił…

      Jeśli chodzi o muzykę to podzielam zdanie człowieka legendy. Dlatego stroniłem od muzyki przy ćwiczeniach. Teraz staram się jej nie zauważać tak jak wielu innych rzeczy wokół mnie.

    1. zdaje mi się że istnieje takie zjawisko jak „śpiew stawów” i ponoć świadczy o wysokim poziomie praktyki. Postaram się dopytać

  2. Dla mnie muzyka (dobra, wyciszająca, lecąca w tle) jest jak najbardziej pomocna.
    Każdy z nas przychodząc na salę treningową, przychodzi z bagażem nagromadzonych emocji (tych dobrych i tych złych). Muzyka pozwala skupić umysł w pierwszej fazie na muzyce, oderwać się od tego z czym przyszedłeś, w drugiej skupić umysł na ćwiczeniu i …. po pewnym czasie sama znika 🙂 umysł został przekierowany na zadanie, ćwiczysz jesteś skupiony na swoich wewnętrznych odczuciach. Jeżeli dalej muzyka przeszkadza to znaczy, że dawka emocji przed była za duża i potrzeba więcej czasu na to żeby się wyciszyć. A tak w ogóle to najlepszą muzyką dla mnie jest ta w lesie albo w parku.
    Chociaż tak z drugiej strony pchające dłonie w takt AC/DC ? Dlaczego nie… 🙂

    1. a nie obawiasz się że prędzej czy później bez muzyki się nie rozluźnisz… to tak jakbyś mówił że marihuana jest ok bo pomaga się rozluźnić i potem łatwiej jest ćwiczyć.

      Dla mnie ważne żebym potrafił się skupić pomimo wszystkiego, pomimo emocji z pracy, pomimo muzyki. Nie chce jej traktować jako narzędzia.

      1. Nie traktuję muzyki jako narzędzia, napisałem, że pomaga :). Zgadzam się z Tobą w 100%. Każda rutyna czy to będzie ciągle ta sama muzyka, ta sama sala treningowa, gdzie się ustawiam z reguły w „moim” miejscu jest zła. Pamiętam pierwszy mój trening na Polu Mokotowskim gdzie na początku wszystko mi przeszkadzało.
        Myślę, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od tego co jest na zewnątrz i nie powinniśmy, ideałem jest zjednoczyć się z danym otoczeniem „wykorzystując” wszystko to co nas otacza do zjednoczenia się z nim.

  3. A propos zamieszczonych utworów:
    Pierwszy jak najbardziej tak, bo pozwala być tu i teraz.
    Drugi zdecydowanie nie, bo podnosi tylko adrenalinę i zaczynając walczyć jesteś już myślami po walce i świętujesz zwycięstwo, nie zauważając właśnie lewego prostego na twoją szczękę.

    Pozdrowienia 🙂

    1. nie na darmo w bitwach uczestniczyli niegdys muzykanci, teraz tez przez sluchaweczke im nadaja

  4. To twierdzenie o uzależnieniu od muzyki jest chyba dość popularne, bo ja się z nim też zetknąłem. Do samej muzyki mam stosunek ambiwalentny – może być, może jej nie być. Jeśli komuś pomaga się odciąć od rzeczywistości – to czemu nie. Wydaje mi się, że w ćwiczeniach takich jak na Taiji to może nawet na początku bardziej przeszkadzać niż pomagać, bo dochodzi kolejny element dekoncentrujący.
    Olivera Shanti pamiętam, faktycznie jest popularny wśród tajczystów 🙂
    Podobnie jak różne takie dziwne eko-naturalno-relaksujące dziwactwa. Mnie nie pomagało, ale nie przeszkadzało.
    Parciany hiphop jest niestrawny, ale on jest dla mnie ogólnie niestrawny 😉
    Podczas treningu Muay Thai całkiem fajnie sprawdza się oryginalna, tajska muzyka. Mimo swojej zgrzytliwości pomaga utrzymać koncentrację i rytm i nadaje fajnego klimatu treningowi. Dobrze się przy tym robi wszelkiego typu tarczowania czy worek.
    Fajnie się również przy muzyce skacze na skakance czy robi obwody.

    Bras poruszył kwestię rutyny. I tu się zgadzam, ale tylko częściowo, bo wydaje mi się, że jakaś dawka rutyny jest w treningu potrzebna. Rutyny nie w podejściu do ćwiczenia, ale w sensie powtarzalności bodźca – jak człowiek ćwiczy w „swoim”, oswojonym miejscu, to łatwiej się skoncentrować na treningu. Właśnie dlatego, że miejsce jest znajome i nie trzeba się za każdym razem przyzwyczajać do otoczenia i oglądać, czy jest dostatecznie dużo miejsca, trawa dosyć równa i czy komuś nie przeszkadzamy (albo ktoś nam). Myślę, że nie czułbym się komfortowo, gdybym za każdym razem miał ćwiczyć w innym miejscu czy też ciągle celowo je zmieniał. I chyba większość ludzi ma podobnie, sądząc po stałych miejscach treningu kolegów z różnych grup MA, ale też choćby po stałych trasach biegaczy, a nawet spacerowiczów 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz