pracowity weekend…

Spis treści
  1. Weekend Tai Chi

… czyli było dwudniowe seminarium w Akademii Yi Quan. Na tapecie Tai Chi styl Hao. Pisałem, zapraszałem, reklamowałem, ale nikt nie chciał dołączyć do naszej grupy. Spotkało się więc towarzystwo, które znam z treningów.

W zasadzie miałem nie pisać specjalnej relacji, bo było jak zwykle, czyli dobrze i musiałbym powtórzyć poprzednie relacje. Ale dziś na fejsbóku pojawił się filmik opublikowany przez Andrzeja Kalisza, a w nim kilka ujęć z treningów.

Warto  posłuchać fragmentów, a zwłaszcza dotyczących wewnętrznych aspektów treningu.

Jak widać załapałem się nawet na fragment filmu. Całe szczęście, że na końcówkę, to więcej osób to obejrzy, a wyłączą dopiero na koniec.

A w jednym zdaniu : Jak było? Dobrze… jeśli czułem po treningu nogi (nie, że skarpetki :), mięśnie czułem), to znaczy, że miałem szansę poćwiczyć.

Weekend Tai Chi

Tak piszę, bo pamiętam seminarium z pewnym mistrzem o znanym nazwisku (nie będę go podawał – bo jest on uznany w Polsce i nie chcę mu robić antyreklamy), który potrafił przez 40 minut opowiadać o przygodach swojego życia (np. o tym, jak o mało nie zjadł żarówki) i naprawdę uważam, że to był najgorszy trening w moim życiu i mam nadzieję, że w gorszy już nie dam się wciągnąć.

Tak więc ostatnie dwa dni były wymagające psychicznie – wiecie jak to jest, nauka formy, przy dbaniu o te wszystkie wieszanie głowy na srebrnej nici i osadzaniu bioder, męczą. Tak więc postanowiłem się dziś zresetować, dla odmiany pojechałem na boks, by powyżywać się na worku treningowym i na kombinacjach na tarcze. Waaaarto było. Naprawdę duża frajda. Dziś powtarzaliśmy obrony. Po raz pierwszy udało mi się uskutecznić zejście. Wiecie – taki kolisty ruch po sierpowym przeciwnika. Przy próbach kilka razy zaliczyłem w ucho, ale nadlatująca pięść jest najlepszym nauczycielem. Na Chuo Jiao Fanzi ćwiczyliśmy to przechodząc pod kijem. Ale kij nie uderzał, był tylko wyznacznikiem poziomu. A tu proszę – chwila strachu i można się nauczyć….

pchające dłonie i KO weekend Tai Chi
pchające dłonie – to co lubią niedźwiedzie…

Czasami trzeba zastosować taką trójpolówkę. Pozwolić, żeby to co ćwiczyliśmy przetrawiło się w głowie. Jeśli nie odstawimy na zbyt długo – wróci silniejsze…

Ja odstawiłem na jeden dzień. Po treningu, na korytarzu obok, powtórzyłem sobie formę… no cóż, ciężko jest zrobić powolną formę naładowaną szczegółami po tym jak przed chwilą człowiek naładował się adrenaliną na worku. Mam świadomość tego gdzie robię błędy, nawet na płaszczyźnie pamięciowego powtórzenia ruchów.

Ale chyba lepiej wiedzieć czego się nie umie – niż myśleć że się umie wszystko…

0 Replies to “pracowity weekend…”

  1. Nie dość, że pojawiasz się na klipie, to zostałeś włączony do kanonu.. Na 2:27 instruktor mówi: KO Tan Ma.. BTW wnioskuję by AK użyczył swego głosu pierwszemu polskiemu wokaloidowi (o ile już nie powstał) – byłby idealny do instruktażówek, quanpu, recytacji gejue itp 😉

    BTW, czy właśnie nikczemnie zdissowałeś Sifu Klajdę?

    1. musiałem sprawdzić co oznacza słowo zdżisować – No nie… Markowi raz zdarzyło się przegadać trening – do dziś jestem w szoku.

      Ta historia o żarówce pochodzi od pewnego wędrownego mistrza Tai Chi.

      1. A gdzie wędruje ten mistrz ,od morza do Tatr,może udałoby mi się stanąć na jego drodze 😉

    2. Aaaa zrozumiałem…. Chodziło o ten fragment z kijem. Myślę że to nie jest wina metody tylko materiału, czyli moja. Od dziecka tak miałem, jak dostawałem w ucho to szybciej do mnie docierało. Młody też tak ma… (swoją drogą szybko skumałem, ino błysk)

  2. Szkoda, ze nie mogłem być do końca w niedziele, ale co się odwlecze to nie uciecze 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz