Pogadalim my se…

Od czasu, kiedy pewnego sobotniego poranka, spotkałem w warszawskich Łazienkach niewielką grupę praktykującą sikhijskie sztuki walki, otrzymuję przez Internet informacje o ich działalności. Często zawierały one zaproszenie na coś, co się nazywa „Pantra”. Poszukiwania w Internecie początkowo dały zaskakujący efekt. Pantra przyjmowała wiele różnych twarzy, raz był to środek do mycia wanien, raz dobrze wyposażona spiżarnia (IKEA takie pantry sprzedaje na ten przykład).

To oczywiście żart. Wiedziałem, że Pantra to specyficzna praktyka Gatki polegająca na powtarzaniu jednej techniki przez dłuższy czas, takie połączenie Jiben Gongu i kata.

Postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, wypróbowuje ostatnio na sobie takie monotreningi, po drugie byłem mocno ciekaw, jak to z tą Gatką jest. Ile w niej jest sztuki walki, ile performensu i czy może jeszcze czegoś innego? Przy okazji jeszcze Aśka była zainteresowana, z racji swoich kontaktów z Yogą. Umówiliśmy się więc w sobotni poranek w Łazienkach. Oczywiście zrobiliśmy to zupełnie ad hoc, czyli dość głupio. Absolutnie nie pomyślałem, że przecież nikt nie będzie się spodziewał gości i nie zabezpieczy dla nas odpowiedniego sprzętu. Mam w domu jakieś milicyjne pałki z lat osiemdziesiątych, byłoby w sam raz, a tak leżą, kurzą się czekając na jakiś mecz z Lechem.

Tomasz Wiński

Na miejscu spotkaliśmy niewielką grupę szykującą się do treningu. Przewodził im facet w turbanie… no trudno myślałem, że będę mógł pobłyszczeć w damskim towarzystwie, a tak trzeba będzie ćwiczyć w pocie czoła. Człowiekiem w turbanie okazał się Tomasz Wiński (astrolog i nauczyciel Yogi – wygóglowałem go, nic się przede mną nie ukryje), przyjął nas serdecznie i wstępnie przeszkolił. Okazało się, że lata skakania w systemach różnych nie poszły na marne. Pracę nóg załapaliśmy szybko, pracę rąk też mniej więcej. Chwilę nam zajęło złożenie tego do kupy.

To, co mi się podoba to względna prostota ćwiczenia. Wiem, że pewnie w miarę jak się to praktykuje, to pojawiają się szczegóły, ale fajne jest to, że bardzo szybko dostaje się do rąk narzędzie, z którym można zacząć działać. Nie trzeba kilku tygodni, żeby opanować podstawy ćwiczenia tylko bum cyk i zaczynamy.

Na poniższym filmie można zobaczyć, na czym ta praca nóg polega. Prawda, że niezbyt skomplikowane?

krótki instruktarz poruszania się w ćwiczeniu „pantry”

Ćwiczyliśmy do muzyki. Był to jakiś sikhijski hymn. Nie wiem, czy on jest jakiś religijny, czy narodowościowy, bo oczywiście ni w ząb nie kumałem żadnych słów. Muza w każdym razie była taka, że uszłaby w wielu transowych klubach, nadal mi ten rytm czasami brzmi w głowie. Całe ćwiczenie miało trwać 31 minut. Nie wiem skąd ta liczba, ale jak znam życie, wywodzi się z tamtejszej kosmologii (zupełnie jak 108 ruchów w formie Tai Chi).

Energiczne początkowe tempo jeszcze na dokładkę się zmieniało, przechodząc czasami w naprawdę szybki bit. Ciekawe czy to zmienne tempo ma znaczenie?

dwa kije

Wnioski są takie, że po pierwsze muzyka bardzo ułatwia takie monotreningi. Miało być 31 minut, a ponoć było nieco więcej, ale mimo wszystko jakoś tego nie odczułem.

Aśka – pierwsza perkusistka Rzeczypospolitej

Zalety monotreningu, które mi się ujawniły to przede wszystkim możliwość poprawy błędu. Jeśli zauważymy, że coś partolimy, w przypadku prostego wielokroć powtarzanego ćwiczenia możemy momentalnie dokonać korekty. W czasie długiej formy nie zawsze jest to możliwe. Tak miałem ze wzrokiem. Tomek poinstruował nas, że cały czas powinniśmy patrzeć daleko przed siebie, a mnie czasami wzrok uciekał w dół, kiedy korygowałem ustawienie stóp. Albo zbyt długo obserwowałem osoby ćwiczące przede mną, co samo w sobie nie jest błędem, jeśli służy zrozumieniu techniki.

Po drugie, faktycznie można dość szybko złapać jakieś flow (teoria przepływu – wygóglajcie sobie), dużo łatwiej jest odczuć ten stan przy wielokrotnym powtarzaniu jakiegoś ćwiczenia niż przy pojedynczym wykonaniu długiej sekwencji.

Pantra

Tyle z pozytywów, resztę zachowam dla siebie.

KO – próba z kijami

Może jeszcze słów kilka o samej Pantrze (opieram się na tekście Tomka, który znalazłem w necie). Samo słowo „Pantra” (inaczej też „pentra”), tłumaczy się jako „po-tantra”, a także jako idealna forma relacji człowieka z otaczającym go uniwersum. Na poziomie fizycznym służy rozwojowi koordynacji obu stron ciała, wyrabia prawidłowe poruszanie się w trakcie walki, uczy techniki uderzeń, rozwija koncentrację i uważność. Jest jeszcze coś o tym, co pantra daje nam na poziomie duchowym, ale ja poprzestanę na uważności. Ta reszta już zahacza o galaktykę od Perseusza w lewo aż po Andromedę.

Tych pantr jest kilka rodzajów, z różną bronią i różnymi krokami. Wygląda na to, że próbowaliśmy najprostszej, takiej z dwoma krótkimi kijami. Widocznie popatrzyli na nas i stwierdzili, że nic trudniejszego nie opanujemy :). Ja tam jestem zadowolony.

Czy odpowiedziałem na swoje pytania? Częściowo tak, nadal myślę, że to nie dla mnie, choć mój poziom szacunku dla ćwiczenia jeszcze wzrósł. Szkoda, tylko że nie załapaliśmy się na żadne ćwiczenia w parach (wiem, że takie są), ale może następnym razem. Jeśli nadal zachowam to tempo to pewnie za rok :).

trzeba przyznać, że to przyjazne towarzystwo

3 Replies to “Pogadalim my se…”

  1. A już myślałem, że Pantra, to pięć czegoś tam (elementów;) BTW kiedyś podpatrzyłem na YT taki zapętlony młyn kijem z Gatki i ćwiczyłem sobie czasem latem na Skrze :]

    1. Qrcze… myślałem, że chociaż raz w życiu ćwiczyłem coś wcześniej niż Ty, ale nie… nie da się. Jak znam życie okaże się że ćwiczyłeś też pływanie synchronicze i jeździectwo na strusiach.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz