Pięć pytań do… Robert Wąs

Robert Wąs
Robert Wąs – obecnie

Robert Wąs, dyrektor YMAA Polska (słowo dyrektor – trochę dziwne, pochodzi ze zbyt dosłownego tłumaczenia z angielskiego, ale już się jakoś utrwaliło). Znam go od… hmmmm, chyba pierwsze seminarium z nim to był rok 1999, w strasznie brudnej i strasznie wąskiej sali na ulicy Długiej. Wtedy praktycznie pierwszy raz zetknąłem się z Tai Chi w wersji YMAA.  Napewno znam go dłużej, niż on mnie.

Przez te lata kilkukrotnie był przewodniczącym komisji, przed którą prezentowałem swoje nikłe umiejętności (nie wszystkie egzaminy miałem okazje zdawać przed mistrzem Yangiem). Wśród nas, adeptów niższej rangi, chodziła plotka, że przed mistrzem jest łatwiej zdawać. Może polegało to na tym, że łatwiej był skoncentrować się przed mistrzem niż przed starszymi instruktorami, z którymi, bądź co bądź, byliśmy po imieniu? To tylko świadczy o naszej słabej woli.

Obecnie Robert, po latach praktyki, spełnił wszelkie wymagania i otrzymał certyfikaty mistrzowskie. Najpierw z Shaolinu (2014), a potem z Tai Chi (2017). Oczywiście z rąk mistrza Yang Jwing Minga. To takie oficjalne stwierdzenie: „Tak, ten człowiek kuma to, co kumać powinien i można się z nim uczyć – siary nie będzie. Ja mistrz, wom to godam. To, co z Tą wiedzą zrobi, zależy już tylko od niego”. Tak więc tytuł już ma – teraz muszą za tym przemówić czyny. Nie wątpię jednak, że nie będzie z tym problemów. Na pewno będzie można o tym przeczytać. Póki co pięć pytań do Roberta Wąsa. Zapraszam.

(didaskalia: stolik w białostockiej cukierni, lekki półmrok i miękkie fotele. Przede mną White Rusian Coffe, przed Robertem Sheaker Coffe , w tle cichy chilloutcik ledwo się przebija przez brzęk talerzyków i czarek wszelkiej maści. PEŁNA KULTURA, tylko co ja tutaj robię w treningowych spodniach!?)

Robert Wąs

KO : Zostałeś mistrzem… i co się zmieniło?

Robert Wąs : Nic. Tramwaje i autobusy jeżdżą jak dawniej, tak samo…

KO : A jak to się odbyło? Była feta, następny rytualny kopniaczek? (patrz *)

Robert Wąs : Nie, tym razem kopniaczka nie było. Był taki w Krakowie (w 2014). Tym razem był misiaczek. Jedyne co mistrz powiedział, to: „…many years…” i jakby chciał coś więcej powiedzieć, ale że go chyba lekko przytkało, to zrobiliśmy tego misiaczka i reszta odbyła się bez słów, dla mnie to też był szczególny moment, wielkie emocje

Robert Wąs Mistrz Yang Jwing Ming
to nie ten sam misiaczek… ale pewnie podobny, skład osobowy ten sam

KO : Wiem, że kiedy zaczynałeś (lata 80’te), to nie załapałeś się nawet na pierwsze seminaria z mistrzem Yangiem, myślałeś wtedy, że osiągniesz takie zaufanie mistrza?

Robert Wąs : Wiesz, ja wtedy ćwiczyłem sam z Pawłem Szczeszekiem, kumplem z sąsiedniego osiedla – on już nie ćwiczy. Udało nam się nawet zrobić Lian Bu Quan**. Uczyliśmy się z takiej rozpadającej się kserówki, takiej nielegalnej kopii kupionej na bazarku.  Kurczę, ciekawe jaka wersja nam z tego wychodziła? Jaką mieliśmy interpretację? Szkoda, że nie mam żadnych filmów z tego czasu. Potem zaczęliśmy ćwiczyć u A. Braksala i on zaczął nas uczyć standaryzowanej wersji Shaolinu oraz tej tradycyjnej YMAAowskiej…

W 1986, kiedy przyjechał mistrz… byliśmy za „mali”, za młodzi, żeby się tam dostać. Każda szkoła miała swój przydział miejsc. Byli ludzie z Tychów, z Warszawy, z wybrzeża i inni, a dla nas miejsc nie starczyło.

Czy myślałem o tym, co się teraz dzieje? A skąd… nikt chyba nie jest w stanie wybiegać myślami tak daleko. Nie, absolutnie nie…

KO : Było już o przeszłości i teraźniejszości, teraz trochę o przyszłości. Od pewnego czasu współpracujecie z nauczycielem zapasów. Co z tego może wyniknąć?

Robert Wąs : Amazigh Zenia*** to świetny nauczyciel i źródło dobrej wiedzy. Robi coś, czego w Polsce nie ma. Chciałbym to propagować dla ludzi ćwiczących sztuki walki, ale także sportową rywalizację, jaką jest Shou Bo.

nowe centrum YMAA

KO : Wieść gminna niesie, że powstaje stała, nowa siedziba…

Robert Wąs : Tak, doszliśmy do tego, że trzeba. Znaleźliśmy w dobrym miejscu Krakowa, 10 minut od Wawelu (od KO [złośliwie]: jakby w Krakowie gdziekolwiek byłoby dalej 🙂 ), piękną salę – ponad dwustu metrową na piętrze kamienicy. Potem okazało się, że parter już ma fajną podłogę sportową, a ktoś chciał ją zerwać, bo mu się kolor nie podobał. No to przecież grzech, więc są dwie sale. Razem 365 metrów****. Dzięki temu będzie można zrobić więcej szkoleń, więcej eventów.

Dużo pracy nas to kosztowało. To stare budynki (od KO: mógłbym być złośliwy, ale nie chcę sobie nagrabić) instalacja ściany, podłogi. Kupa pracy. Pospolite ruszenie było – dużo osób pracowało. Flanela*****,  Kuba Sroka (ten od dzieci******), Pietrek (Piotr Janik, ten znów zaczynał u mnie w wieku 14 lat, teraz po ponad 20 latach przerwy zaliczył powrót i ćwiczy ze swoją 17-letnią córką), wielu innych i ja. Czasami było ich tylu, że trzeba było zająć się przydziałem pracy. Wyszło świetnie… tj. nadal idzie.

Jeszcze na godzinę przed rozpoczęciem pierwszych zajęć, wieszałem jakąś lampę na sali… stoję na drabinie i przykręcam… a tu telefon, o Tai Chi ktoś pyta… Normalnie to dwa, trzy pytania i już, a tu ktoś dociekliwy się znalazł. Czas leci, ja na drabinie, z tymi wkrętakami, lampa się buja, zaraz przyjdą dzieciaki a ja z tym telefonem. Ale zdążyłem.

Od KO: Uwaga – już niedługo kontynuacje tego tematu…


** podstawowa sekwencja stylu Długiej Pięści

*** Instruktor Shuai Jiao, Shou Bo. Uczeń mistrza Yuan Zumou

**** Magiczna liczba!!! Tyle ile dni w roku!

***** czyli Łukasz Wójtowicz, wieloletni uczeń Roberta, meloman i masażysta-sadysta – ale pewnie więcej osób kojarzy go z tego tekstylnego nicka

****** serdecznie polecam kungfudzieci.pl (Kraków i Katowice)

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz