Niczym w Mekce

Spis treści
  1. Krzywym okiem KO

Znaczenie tytułu wyjaśnię później. Ponoć często daję je niezrozumiałe i od czapy, tak w każdym razie twierdzi Rafał (ten z 3City). Dla usprawiedliwienia powiem, że to chyba jest jeden z najpopularniejszych chwytów dziennikarskich jakie widzę w otaczającym mnie świecie. Chwytny tytuł to podstawa, na niektórych portalach informacyjnych taki tytuł jest trzy razy ciekawszy od newsu i oczywiście pasuje jak pięść do nosa (i w ten sposób mamy jakiś związek ze sztukami walk).

Dziś znów będzie o Krakowie. Nie, nie zostałem fanem Craxy (choć ta ostatnia zerwała zgodę z Polonią, z którą to Legia ma kosę), ani tym bardziej Wisły. Prawda jest taka, że dużo się tam działo. Otwarcie ośrodka YMAA opisałem tu, napisałem też, że przy tej okazji odbyło się seminarium Tai Chi i Shaolin. Mogłem je opisać przy okazji tamtego tekstu, ale wychodziła z tego wielka kobyła. Wszelkie badania dowodzą, że ludzie nie chcą czytać zbyt długich tekstów (chyba poza szwedzkimi kryminałami), a ten miałby ponad 2500 słów.

Vítor Casqueiro. Tai Chi nad oceanem

Wracając jednak do seminarium. Do jego poprowadzenia zaproszono Vitora Casqueiro . Człowieka, którego znałem przede wszystkim z Brennej, gdzie często gościł na YMAAowskich obozach treningowych. Zazwyczaj jednak prowadził treningi po drugiej, tej Shaolinowej, stronie sali. Jakoś chyba nigdy nie widziałem jak ćwiczył Tai Chi. Raz tylko był członkiem komisji egzaminacyjnej, kiedy próbowałem zdać egzamin na trzeci stopień w Tai Chi wg. YMAA. Pamiętam, że podszedł do mnie jako trzeci, kiedy to już zostałem „przeczołgany” przez Roberta i Pedra. Kto miał okazję ten wie, że na tym etapie oddech ma się już krótki, trzęsące się ręce i pojawiają się emocje. Nie chcę, żeby to było źle zrozumiane, ale odniosłem wrażenie, że bardzo chciał mi pomóc. Centrował wolno, uspokajał i pokazywał błędy. Jego próby na nic się zdały, uparłem się oblać ten egzamin i postawiłem na swoim.

Cóż prywatnie mogę powiedzieć o Vitorze, poza tym, że jest przyjaźnie nastawiony do ludzi? Ano niewiele. Wygląda na to, że skutecznie unika internetu, albo ja nie umiem szukać po portugalsku. Wiem tylko tyle, że rocznik 1973, mieszka w Ajuda (okolice Lisbony), zawodowo związany jest ze służbami mundurowymi. Może dlatego nie lubi się afiszować, albo nie lubi bo nie i już?

fotka z portugalskiego serwisu YMAA … Od prawej: Pedro Rodrigues, Mistrz Yang Jwing Ming i Vítor Casqueiro. Obaj Portugalczycy prezentują dyplomy mistrzowskie

Tak więc, ucieszyłem się, że zobaczę Vitora w akcji, bo byłem bardzo ciekaw jak wygląda Tai Chi z jego punktu widzenia. I nie zawiodłem się. Pracowaliśmy nad podstawami. Czyli czterema siłami (Peng, Li, Ji, An). W zasadzie układ był mi znany, ale tym razem był on poparty jeszcze kilkoma niewielkimi wprawkami. Ich zadaniem było uzmysłowić nam różnicę pomiędzy prawidłowym użyciem siły (w znaczeniu energii, techniki), a nieprawidłowym, wynikającym np. z użycia masy ciała. Vitor pokazał proste ćwiczenia i poświęcał dużo energii, żeby przejść się po sali i korygować poszczególnych ćwiczących. Nawet po zakończeniu całej imprezy, kiedy poprosiłem o korektę jednego ćwiczenia, objaśnij mi je jeszcze raz dokładnie, kilka razy ze mną powtórzył, skorygował błędy i potwierdził prawidłowe wykonanie.

Jak to mówią : „Jak wół ryczy, to obora słucha”

Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Podobało mi się to, że Vitor prowadzi treningi pozwalając nam popełniać błędy, które potem sukcesywnie eliminował przez różne tipy. Zajęcia prowadzi płynnie i bez dłużyzn (przerwa była jedna, kiedy to na podwórku niczego nieświadoma turystka zmieniała garderobę). Jego opisy ćwiczeń były krótkie, podawane prostym i twardym (ale pełnym miłego polskiemu uchu szy, żżż i czy) językiem angielskim. Vitor nie lubi gadania, komentowania i hałasu na sali. Dał nam to odczuć krytykując „przedszkolne zachowanie…” i dobrze, bo albo ćwiczymy, albo się bawimy. Na balety zarezerwowany był sobotni wieczór, na sali był czas ćwiczeń.

Rafał jest ulubionym Tori większości prowadzących seminaria. Podpadł im, czy co?

Może to dobry moment, żeby wyjaśnić skąd tytuł wpisu? Owa Mekka wzięła się stąd, że Vitor próbował nam objaśnić zasadę rozgrzewki, którą wprowadził. Polegała ona na tym, że mamy szybko chodzić wokół sali i na polecenie wykonywać różne ćwiczenia. Nic nowego – bieg bokserski, tyle, że było nas na sali 40-50 osób, więc siłą rzeczy nie było wymachów i takich tam powierzchniożernych ćwiczeń. Było przybijanie piątek w wyskoku i w mabu, zmiany kierunków, obieganie partnera, a nawet króciutkie klepanki. Dużo radości dało nam popędzanie osoby nas poprzedzającej klepiąc ją po plecach, trzeba było tylko pamiętać, że za chwilę, po zmianie kierunków, ta osoba popędzała nas. Z tego co widziałem, obyło się bez strat w ludziach.

Dla mnie, po moich bokserskich doświadczeniach, idea ćwiczenia była jasna, a tym którzy widzieli je po raz pierwszy Vitor tłumaczył: – „No, jak w tym arabskim kościele, w Mekce”. Wspominanie o arabskim meczecie w okolicach krakowskiego Kazimierza, którego założyciele charakteryzowali się długimi pekaesami i „handlową” religią może wydać się dziwne, aczkolwiek wyjątkowo trafne.

przy tłumaczeniu zasad centeringu pomagał Robert. W ich wykonaniu to proste i łatwe

Każdą rozgrzewkę kończyło pewneinne znane mi już ćwiczenie, ale z nie z Tai Chi tylko z Yi Quan. Praktyka tylko z pozoru wygląda na bezładną gonitwę gromady greckich druchen za pijaną panną młodą. Ciekawe jest to, że także w Yi Quan nie ma ono żadnej specjalnej nazwy. Tak naprawdę, to wartościowa praktyka wyrabiająca umiejętność poruszania się w walce. Zwroty, zmyłki, praca ciałem – wszystkie te elementy się tam pojawiają. Pamiętam jak próbowałem je zaszczepić jeszcze na Krasnołęckiej. Oj krotochwilom nie było końca, niestety całe towarzystwo się świetnie bawiło. Szkoda, że nie mam takiej charyzmy jak Vitor, może wtedy ludzie by z tego coś wynieśli, a tak mieli po prostu pięć minut radości.

KO i Vitor (chyba wiadomo kto jest kto)

W sumie fajnie, że byłem, poćwiczyłem i co najważniejsze – było to wartościowe. Znów kilka stron notatek się pojawiło. Kiedyś zaowocuje. Jeśli będziecie mieli okazję poćwiczyć pod okiem Vitora – nie zastanawiajcie się długo.

P.s. Ana, dzięki za postawienie mnie do pionu z centrowania i za ten stary przepis na konfitury z pomidorów.

Krzywym okiem KO

… i teraz mnie wk…..

ma dużo pasków? A jak zrobicie to dobrze, to i tak poleci
że to niby on mi wyjada desery?

kumają czy nie?

3 Replies to “Niczym w Mekce”

    1. Fakt można pozazdrościć.

      Zawsze powtarzałem że jedno drugiemu nie przeszkadza.

  1. wrecz pozwala kumulowac czi a w razie jej braku dobry tsukas zawsze sie sprawdza

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz