Na grzędzie…

Nadrobiłem zaległości… Takie treningowo-towarzyskie. Mam ich trochę, ale czasu zawsze za mało, by być na bieżąco.

grzęda – lepsza własna niż pożyczana

Do brzegu jednak, do brzegu, im szybciej opiszę, co miałem do nadrobienia, tym szybciej dojdziemy do jakichś konkluzji. W czasie kiedy ja szalałem po tajwańskich świątyniach, w Warszawie Janek Gliński wraz z działaczami Fundacji Dantian przygotowywali swoją stałą siedzibę (czyli tytułową grzędę). Co prawda Ochota jako dzielnica nie do końca jest mi po drodze, ale przecież to nie dla mnie robią, a dla siebie.

Kiedy zaczynałem trenować, do prowadzenia sekcji wystarczała szkolna sala gimnastyczna. W ten sposób przeturlałem się przez kilka sal, nie zawsze czystych, ładnych czy chociażby wygodnych. Niemniej jednak nikomu to nie przeszkadzało. Czasy się zmieniły, te brudniejsze sale zaczęły ludzi odstraszać. Poza tym, kiedy wynajmujemy dwa razy w tygodniu, zawsze istnieje pierwiastek tymczasowości.

I jeszcze te wieczne wojny z grupami, które wynajmują przed i po nas. Ja wiem, to teoretycznie niewielki problem. Jednak jak ktoś mi sapie nad głową, że on by już chciał wejść, jest nieprzyjemne i deprymująco. Samo to, że nie mamy gdzie trzymać sprzętu. Ileż razy w YMAA było mówione: „Na następny trening przynosimy rękawice”, i co? Jedni przynieśli, drudzy nie. Na następny trening znów i znów. W rezultacie jak pamiętam, dopóki nie przenieśliśmy się na Krasnołęcką, nigdy nic ze sprzętem nie ćwiczyliśmy. Tam mieliśmy niewielką kanciapkę, w której mogliśmy składować trochę sprzętu. Wtedy to zaczęły się treningi na cegłach, z piłką i inne.

wewnętrzna grzęda

Powoli zaczynała pojawiać się świadomość, że fajnie byłoby mieć własne miejsce. W Warszawie zaczęły powstawać ośrodki nastawione na treningi. Pierwsza była Akademia Yi Quan ze swoim „podziemnym kręgiem” (niemalże dosłownie — wszak treningi odbywają się tam w piwnicy bloku), potem Chenowskie „Gniazdo smoka” (cały czas się tam wybieram). Obecnie od miesiąca na warszawskiej Ochocie funkcjonuje matecznik Fundacji „Studio Dantian”.

Janek sprawdza jakość prac

Miejsce niezłe (Słupecka 4), kilka kroków od placu Narutowicza, więc dojazd tramwajem od centrum jest (z parkowaniem samochodu dużo gorzej). Może trochę wejście utrudnione. Trzeba aż dwukrotnie przejść weryfikację przez domofon, ale za to atmosfera starego, warszawskiego podwórka bezcenna. Niby wisi tam spory banner, ale w ciemności jakoś go nie wypatrzyłem. Szczęśliwie wszystko odbyło się bezboleśnie. Tego dnia wieczorem dodatkowo „na bramce” stali członkowie Fundacji, na szczęście mieściłem się w dreskodzie.

Wnętrze składa się z dwóch niewielkich salek z przyległościami (szatnie, łazienki, na dolnej kondygnacji dodatkowo duża kuchnia), a wszystko wykończone w jasnych, niemalże sterylnych barwach. W pierwszym odruchu szukałem kapci, jakimi dysponowały kiedyś muzea, ale ku mojej radości nigdzie ich nie było.

Całość sprawia profesjonalne wrażenie. Jakie zresztą miałaby sprawiać, jeśli Janek się za to zabrał? Mogłem się spodziewać, że będzie to wyśrubowane w kosmos. Nie chciało mi się dokonywać odpowiednich pomiarów, ale jestem w stanie się założyć, że ściany schodzą się pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, z tolerancją do jednej dziesiątej stopnia. Jak dla mnie trochę za sterylnie. Rozumiem jednak, że to początek. Jak w te śnieżnobiałe gładzie wsiąknie nieco potu i krwi ćwiczących, będzie lepiej.

Posiadam kilka, głęboko zakamuflowanych wtyczek w Fundacji i mam sprawdzone informacje, że dużo się tam będzie ciekawego działo. Warto jest to miejsce obserwować.

czarne pasy w akcji – Bartłomiej Gajowiec

Okazją do przyjechania było spotkanie z Bartkiem Gajowcem pod tytułem „Co zdrowiu człowieka daje Aikido”. Bartek jest aikidoką z wieloletnim doświadczeniem zarówno treningowym, jak i ticzerskim. Reprezentuje Tenshin Aikido Global — organizację, która wywodzi się od jednego z uczniów Stevena Segala. Kiedyś był to mój ulubiony aktor mordobitnych filmów, obecnie już nie.

Bartłomiej Gajowiec

Marzenka gorąco zachwalała mi jego umiejętności, a ja byłem ciekaw: cóż takiego może nam dać Aikido, czego nie daje nam inny trening? Moim zdaniem każda sztuka walki trenowana uczciwie i z dobrym nauczycielem dalej zdrowiu dokładnie tyle samo, ale każdy ma tu trochę inne koncepcje, nieco innych metod używa. Ciekawiło mnie chociażby słownictwo. Przyzwyczaiłem się już do tego, że dwie osoby mówią o tym samym, a leksykalnie dogadać się nie potrafią.

Kiedyś nawet jeden z moich współrozmówców nieomal się na mnie obraził, kiedy uparcie używałem słowa siła zamiast energia w odniesieniu do siły/energii Peng.

Wracając jednak do Bartka. Jego wykład odbył się w górnej salce fundacyjnego studia. Na tę okoliczność sala została wyposażona w krzesła i ustrojona hakamą. Sam prelegent mówił z sensem i gładko — widać, że ma doświadczenie i ja mu go zazdroszczę. Co prawda nie znalazłem w jego wypowiedzi praktycznie nic, czego bym nie znał z Tai Chi, ale to nie zarzut. Nic takiego przecież nie może istnieć. Ani Aikido, ani Tai Chi nie jest na tym „treningowym” rynku niczym wyjątkowym.

mają nawet ekstra sprzęcior

Skupiłem się zatem na słownictwie. Najbardziej mi się spodobało „bodźcowanie ciała”. Bartek mówił o tym, że nie ćwicząc (nie pracując nad ciałem), pozbawiamy je bodźców. A ciało „niebodźcowane” usypia (czyli jego funkcje wewnętrzne idą się paść). No tak, to bardzo fajne ujęcie tego, co Chińczycy zawarli w skomplikowanej i niejasnej teorii mówiącej o duchu, energii i wypełnianiu. Można, jak się okazało, to powiedzieć w dwóch zdaniach. Pozwolę sobie zapożyczyć te słowa i używać we własnych celach.

Jednak teoria to tylko gadanie. Bartek wygląda na praktyka, więc po burzliwych oklaskach kończących jego wykład przenieśliśmy się piętro niżej, do umiejscowionej tam drugiej salce treningowej. Zapewne z powodu zaokiennego chłodu, każdy chciałby pozwiedzać „pięterko”. Cóż, tak jest zbudowane Studio Dantian i musieliśmy przenieść się do sutereny. Część praktyczna odbyła się w równie jak góra sterylnej sali. Miałem wrażenie, że moje złachane spodnie treningowe są tam absolutnie nie na miejscu.

Aikido

Część praktyczna zawierała różne ćwiczenia z Aikido. Miały nam one dać pogląd na to, w jaki sposób trening tej sztuki walki daje wspomniane wcześniej efekty zdrowotne. I cóż można by powiedzieć, połowę ćwiczeń znałem (to żaden zarzut). Niektóre z nich w innych wersjach, np. „wiosłowanie” czy „mieszanie w garze” z dala pachniały „10 metodami zdrowotnego Yi Quanu”. Drugie diametralnie inne, choć odgrywające tę samą rolę, np. moja „małpka” vs. wyciąganie ręki z mieczem.

czarne i białe, jest więc jakiś In Yang. W tle KO w legijnej zieleni.

To takie: cudze chwalicie, swego nie znacie. Często bardzo nam się podobają ćwiczenia pokazywane przez innych, bo to takie oryginalne jest, inne właśnie. A trochę sobie odpuszczamy swoje. Wiem, że piję teraz sam do siebie, bo co rusz gdzieś tam na jakichś obcych zajęciach ląduję. Ciekawość to chyba nie jest wielki grzech. Oczywiście póki zajmujemy się czymś z czystej ciekawości, tylko po to, by coś porównać albo by móc błysnąć w towarzystwie wiedzą o jakiejś sztuce walki. Niemniej jednak trzeba być ostrożnym. Ta „fajność” obcych technik nie może nam przesłaniać naszej praktyki.

Aikido raczej ćwiczyć nie będę, ale cieszę się, że byłem na tym spotkaniu (bo tego chyba treningiem jeszcze nazwać nie można było). Poszerzyłem sobie horyzonty, poznałem ciekawego człowieka oraz jeszcze raz się przekonałem o tym, że to co jest mi potrzebne, mam pod ręką, i że jest to chyba lepiej dostosowywane do mojej praktyki, choć spełnia te same funkcje.

BTW. Po zajęciach zostaliśmy w męskim gronie na sali. Koledzy z Fundacji zadawali Bartkowi pytania, ja się przysłuchiwałem. W pewnej chwili Bartek demonstrował Atemi (uderzenia). Jedno z nich zaskoczyło mnie swoim dźwiękiem. Naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. Myślę, że jeśli ktoś szuka nauczyciela Aikido, może się poważnie zastanowić nad Bartłomiejem Gajowcem.

6 Replies to “Na grzędzie…”

  1. O, widzę, że świat jest mały- Bartek parokrotnie prowadził w Centrum Jogi na Pankiewicza wykłady nt. miednicy, talerzy biodrowych i innych fascynujących naczyń w ludzkim ciele. 🙂 Tłumy słuchaczy były imponujące- adekwatne do głodu anatomiczno-fizjologicznej wiedzy i poziomu wykładu prelegenta. Zawsze warto posłuchać kogoś, kto wie co w biodrze strzela i w kręgosłupie strzyka. ☺

    1. Dlatego też go słuchałem.

      A Tak, Świat jest mały… na Ciebie ciągle trafiam, a ludzi jest podobno kilka miliardów!

    2. Serdecznie Cię pozdrawiam Adam! I dziękuję z serca za wpis! Zróbmy cos jeszcze razem 🙂

  2. Film fabularny produkcji hongkongijskiej p.t. „Monk from the Astral Tower enters Dragon’s Nest” Wiadomo, kto w roli głównej. Sceny kręcone w parafii Św. Jakuba ze względu na budżet. Wchodzisz i mówisz (tonem S. Segala) „pokażę wam, ile wynosi pierwiastek z tymczasowości….” 😉 A tak w ogóle, to niebezpiecznie blisko te studio.. ;]

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz