KO i pół Karwowskiego

Dostałem ostatnio powiadomienie o piątej rocznicy prowadzenia tego bloga. Nie tam, żeby od razu jakieś gratulacje, po prostu znalazłem na mailu fakturę z dopisanym terminem zapłaty, a proste obliczenia, do których wystarczyły mi palce jednej ręki, pozwoliły stwierdzić, że to już.

nie martw się, jestem inżynierem

Jednocześnie, wykonując przy pomocy trzech pozostałych kończyn, niewielką pracę umysłową, wyliczyłem, że stuknęło mi dwadzieścia lat treningu. Dużo? To zaledwie tyle, co taki Rafał prowadzi szkołę. Pamiętam, że kiedy zaczynałem, to zastanawiałem się, jak to będzie wyglądało za te dwadzieścia lat?. I że pewnie się nie uda tego osiągnąć, bo będę za stary. Bardzo żałuje, że nie mam możliwości cofnąć się w czasie i iść na piwo z KO z tamtych lat (choć wtedy to jeszcze nie był KO, ta ksywa pojawiła się później) i powiedzieć mu: „… to olej, tego nawet nie dotykaj, a skup się na tym i na tym”. Tylko czy on by w to uwierzył? Jak się znam, to nie…Tym bardziej, że w tamtych czasach byłem jeszcze bardziej radykalny niż obecnie. Wiedziałby lepiej, durna pała. Musiałbym mu wstukać… Ale tak samemu sobie, to jakoś głupio.

5 lat

Trudno, podróże w czasie jeszcze są poza moim zasięgiem (w przyszłości też pewnie ich nie opanuję, bo przecież gdyby tak, to już dawno bym sam siebie odwiedził). Zresztą byłoby głupotą nie akceptować własnych porażek z przeszłości. Bez nich nie byłbym tym kimś, kim jestem teraz. A nieakceptując siebie samych, daleko nie zajedziemy. Przejdę może od razu do tematu, żeby nie popaść w jakieś pseudofilozoficzne wynurzenia.

Pięć lat bloga to pikuś, dwadzieścia lat ćwiczeń to taki sobie efekt — wszak nie liczy się ilość, tylko jakość. Jednak dziewiętnaście lat spisywania notatek treningowych napawa mnie dumą. Bo nawet jeśli notatki są nic niewarte, to osiągnąłem jednak założony cel… Chciałem przed samym sobą wykazać się jakąś formą wytrwałości. Choć czasami mam tam zapisane rzeczy, o których wolałbym zapomnieć (a ile mam spisane o innych… 🙂 )

Przy okazji pomyślałem sobie, że może czas poczytać starsze notatki (owszem, korzystam z opisów ćwiczeń, ale zazwyczaj obejmuje to nie więcej niż jeden, ostatni notes). Ze stosu zeszytów wygrzebałem ten o numerze zero i… już na pierwszej stronie czytam:

17.09.1999 – „… Staram się robić ćwiczenia opuszków palców, ale szybko o tym zapominam (nie umiem działać poza umysłem)…”

Czyli już wtedy poznałem moje ulubione ćwiczenie! Teraz to już nawet nie pamiętam, kto mi je pokazał i przy jakiej okazji. Trudno, informacja ta zniknęła bezpowrotnie (czyli to znak, że trzeba pisać więcej). W każdym razie musiała to być ta taoistyczna sekta, bo w owym czasie nigdzie więcej nie ćwiczyłem. Po zapiskach widać, że próbowałem to ćwiczyć przez kilka następnych dni, ale różnie to wychodziło.

unoszenie słoików

dobry słoik

To przykład ćwiczenia, które przewijało się przez notatki jeszcze kilka razy, choć nigdy nie traktowałem go jako podstawowego. Ćwiczyłem to okresami — jak mi się przypomniało. Czasami nawet sam próbowałem to komuś przekazać (pod nazwą „noszenia słoików”). Pewnie gdybym poświęcał mu dużo więcej czasu, to teraz już bym lewitował (chyba że coś pochrzaniłem z lewatywą).

Kiedy opowiedziałem o tym na porannym treningu pod Kordegardą, podsumowałem opowieść sentencją o zataczaniu koła i wracaniu do podstaw. „To raczej spirala – skonstatował Janek – przecież za każdym razem, kiedy wracałeś, byłeś już w innym miejscu”. Mam nadzieję, że nie chodziło mu jedynie o współrzędne google maps : ). Faktycznie, kiedy obecnie wykonuje to ćwiczenie, jest już inaczej niż na początku. Angażowane jest już całe ciało, nie tylko opuszki palców, jak wynikało z początkowego opisu, ale wszystko, łącznie z plecami, brzuchem (dantien, jeśli ktoś woli, lub hara — to dla osób ćwiczących japońskie sztuki walki). Co ja będę opisywał, nie da się. Jak opisać nieopisywalne?

zapomniany nauczyciel

…zły słoik.

Nie pamiętam, żeby przez ten cały czas ktokolwiek rozwijał mi to ćwiczenie, ani konsultował. Nigdy nikt nie mówił mi, co dalej. Dzisiejsze efekty to wynik powtarzania i mieszania się innych ćwiczeń i teorii. Taka treningowa jajecznica. Ciekawe, ile to ma wspólnego z zamierzeniami pierwotnego nauczyciela, którego – jak już wspomniałem – nie pamiętam), ponieważ najprawdopodobniej był to, ktoś, że Stowarzyszenia Taoistycznego, nie podejrzewam, że miał jakieś głębokie zrozumienie praktyki. Nawet, jeśli wiedzę miał powierzchowną i gdzieś to w książce podejrzał, to wdzięczny mu jestem – coś z sensem z tego wyszło.

I tak… Chciałem napisać coś rocznicowego o sobie, a wyszła mi lekko nostalgiczna analiza… Może lepiej mi pójdzie przy okazji całego „Karwowskiego”.

8 Replies to “KO i pół Karwowskiego”

  1. Dżizas! Na piątą rocznicę niech KO przyjmie występ Apink. Jest ich sześć. Po jednej na rok plus jedna na zaś 😉 Proszę o obejrzenie do samego końca. To był koncert życzeń, więc napisałem na kartce pocztowej „życzenia dla Taiji po Polsku”. Ostatnie 10 sekund, to Bomi robiąca cheer specjalnie dla KO 😉

    1. Widzisz… początkowy opis jest prosty. Choć dużo szybciej mi idzie to opowiedzieć samodzielnie. Otóż musisz sobie wyobrazić że ściskasz opuszkami palców jakiś duży kształt. Tak duży, że ledwo go obejmujesz dłonią, tak nie wygodny że ledwo go chwytasz (np. jak za rant 20 kg talerza). Potem ściskasz ją najmocniej jak możesz, ale jednocześnie tak żeby ci mięśnie ani trochę się nie napięły. Samymi opuszkami palców. A potem robisz to przez kilka lat i obserwujesz. Jak zadziała, to daj znać.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz