Kielecki trening

Wyjaśnię na samym początku. Nie ćwiczyłem w stolicy polskiego przemysłu „scyzorniczyrzczego” (ależ trudne słowo wymyśliłem!!!). Pomysł na tytuł nasunął mi się w związku z wiatrem, który duł dziś tak, jakby się w Kielcach cały tamtejszy młyn kibiców powiesił…

schody w Parku Żeromskiego rok 1937

Dziś korzystając z dnia wolnego (od pracy, bo nie dane mi było wygrzewać kości pod kocykiem) oraz faktu, że jeszcze przed południem wylądowałem na placu Wilsona, postanowiłem odwiedzić jeden z moich ulubionych warszawskich parków. Ulubionych, choć rzadko tu bywam. Jakoś on mi teraz nie po drodze. Mowa jest o parku im S. Żeromskiego w sercu warszawskiego Żoliborza.

Mój sentyment do tego parku bierze się stąd, że ja się w tej okolicy wychowałem. Przez pierwsze 15 lat mojego życia mieszkałem tuż nieopodal. W tym parku spędzałem sporo czasu. Uczyłem się tam jeździć na rowerze oraz kąpałem w zabytkowej fontannie. W tamtych czasach był jednak dużo cichszy niż obecnie. Nie było wielkiego placu zabaw dla dzieci, dwie prochownie ukryte w skarpach mieściły magazyny, a nie knajpki jak obecnie. A sam fort Sokolnickiego był wykorzystywany przez wojsko i pilnowany przez szwejów z kałachami.

Fort Sokolnickiego

Teraz cały park jest dostępny dla normalnych ludzi… ale skąd on się w ogóle wziął? Ten modernistyczny park został otwarty 23 czerwca 1932 i powstał z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Żoliborza na terenach wokół Fortu Sokolnickiego, będącego fragmentem pasa obronnego cytadeli warszawskiej (zresztą 15 min pieszką i jesteśmy na terenie cytadeli). Ten 6 hektarowy park w czasie okupacji, niczym Szanghaj Bund za czasów brytyjskiej dominacji, został zamknięty dla Polaków.

te same schody w 2017…

Znalazłem sobie ciche miejsce na szczycie jednego z dwóch nasypów i, gdyby nie wiatr, byłoby świetnie. Bo i słońce, i sucho, i wysokie drzewa wokół. To miłe miejsce na drugie śniadanie (gruszki z odrobiną budyniu). W dole mogłem obserwować jak pewna rudowłosa biegaczka dzielnie pokonywała kolejne pętle wokół parku.

Pomyślałem sobie, że jeśli ona ćwiczy to i mnie wypada, dla towarzystwa chociażby, a przede wszystkim bym zaznaczył swoją obecność na moich starych włościach (BTW wiem, że czasami ćwiczą tam Jogę oraz Tai Chi – swoją drogą ich szkoła prowadzi zajęcia w mojej starej podstawówce). Tak jak już pisałem – gdyby nie wiatr.

Zdania są podzielone, wielokrotnie słyszałem i czytałem – nie ćwicz na wietrze niczego wewnętrznego. Dlaczego? Widzę tylko jedno proste wytłumaczenie: ćwiczymy więc się pocimy, a spocone ciało na wietrze równa się przeziębieniu. Tylko że… kiedy powstawały te zasady nie było treningowej bielizny przeciwpotowej. Ja dziś miałem za sobą wizytę na cmentarzu na Wólce Węglowej i trochę pracy na świeżym powietrzu – byłem więc gotów.

trening w parku

Krótko zrobiłem formy Taiji i trochę chodziłem po kręgu (a nuż faktycznie ćwiczenie na wietrze może być szkodliwe?) miejsce wydawało się odludne. Do chwili kiedy na szczycie pagórka pojawiła się wycieczka jakiegoś kółka fotograficznego. Kilkanaście starszych osób z aparatami robiło masę fotek. Przez dłuższą chwilę otoczyli mnie i urządzili sobie taki mały plener – dobrze, że nie musiałem się rozbierać.

trening w parku
moja dzisiejsza salka treningowa

Well – to nie jest komfortowe, ale przecież nie będę ich gonił. Przecież powinienem umieć się od tego odciąć, ale to nie jest proste. Wiem, że moja widownia prawdopodobnie nie poznałaby kiedy popełniłem błąd – ale ja wiedziałem. Dopóki nie zniknęli na pobliskich schodach – moja forma wyraźnie kulała.

Mam nadzieję, że ich zdjęcia nie będą się pojawiać zbyt często w internecie.

Wracając do domu przypomniałem sobie jednak jedną historię. Otóż mistrz Chen Xiao Wang został kiedyś poproszony o sesję fotograficzną, taką ad hoc. Początkowo się mitygował, ale potem się zgodził z zastrzeżeniem jednak, że to on będzie mówił kiedy można pstryknąć i potem będzie mógł zdjęcia autoryzować. Ponoć przed każdą fotką ustawiał się dłuższą chwilę. To żadne oskarżenie. Przecież fotki złapane między pozycjami nie muszą być idealne, a CXW nie może sobie na to pozwolić, bo to przecież światowa marka.

ćwicząc na ściance

Ja tam mistrzem nie jestem, więc nie mam się czego wstydzić… Najwyżej za sto lat takie zdjęcie pojawi się na jakimś nieistniejącym jeszcze fejsie i ludziska będą komentować jaki słaby był poziom treningu w epoce sprzed wynalezienia antygrawitacyjnych pepegów.

aaa… do parku idźcie póki się ładna jesień jeszcze trzyma.

pozdr KO

ładnie
widok na fort Sokolnickiego
dla mnie jesień jest dużo bardziej kolorowa niż wiosna…

8 Replies to “Kielecki trening”

  1. Zdjęcie z 1937 przypomina trochę Kopiec Tatarski w Przemyślu. Bez zbytniej roślinności wygląda bardziej mocarnie 🙂

    1. To zawsze było moje ulubione miejsce. Nardzo żałowałem że pomiędzy nasypami nie ma drewnianego mostku. Fajnie by było…
      to ja na tych schodach druga połowa lat 70

      Wiem… może to przeznaczenie, może te schody powinny być dla mnie tym czy dla Rockiego schody do filadelfickiego muzem sztuki…

  2. Swego czasu spotykałem sie tam z Markiem Szymańskim i robiliśmy tui shou, potem zmieniliśmy miejsce na położone bliżej Cytadeli, tuż za osiedlem willi oficerskiego Żoliborza – miało chiński klimat 🙂

    1. Jeszcze parę lat temu Plac Słoneczny był białą plamą na mapie wszystkich sieci GSM – jakbyście ćwiczyli na samym środeczku, bylibyście ultra tajni z Waszym taiji 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz