Jesień w Skaryszaku

Spis treści
  1. jesienny Skaryszak

Już jesień.. jeszcze nie tak dawno chodziłem po Lesie Bielańskim i grzałem kości u stóp drzewca w pierwszym wiosennym słoneczku. A tu… qrcze czas jest potworem. Całe szczęście, że pogoda była przepiękna. I tak korzystając ze słoneczka wybrałem się rano na trening. Skorzystałem z okazji, bo miało być dziś w Parku Skaryszewskim spotkanie grupy ćwiczących Taiji Lao Jia z Janem Glińskim.

Pojechałem sobie godzinkę wcześniej tak, żeby pobiegać. Biegać zawsze chciałem umieć, ale mi to nie wychodziło. Do chwili jak przestałem się do tego zmuszać. Zaczynałem biegać od 410 metrów. Skąd wiem ile? Bo tyle podobno ma jedno kółko na Skrze (to górne). Przebiegałem tyle i musiałem odpoczywać kilka minut, a tętno czułem w skroniach. Dziś truchtam po 8 km.

20141018_003
Park Skaryszewski rano… (jeszcze bez ludzi)

Właściwie truchtam, a nie biegam, bo uważam że lepiej truchtać godzinę niż zarżnąć się w 5 minut. Co się stało, że aż tak się poprawiłem? Po prostu ktoś mi kiedyś pokazał jak oddychać. To było właśnie to sistiemowe bieganie a’la zombi. Od tamtej pory sukcesywnie zwiększałem dystans. Zresztą dystans nie jest ważny (chociaż oczywiście chciałbym dać radę wystartować w maratonie, albo przynajmniej w półmaratonie) i ilości okrążeń też już nie liczę – szczególnie, że dawno już nie biegałem na Skrze. Teraz biegam po wale przeciwpowodziowym na Tarchominie, po Lesie Bielańskim lub właśnie Parku Skaryszewskim – prażanin się qrcze ze mnie robi powoli.

Jesienny skaryszak
kacze stawy – choć kaczek widziałem dziś niewiele

W zasadzie bieganie traktuję jako ćwiczenia oddechowe. Łatwiej mi się oddycha od kiedy truchtam. Zauważyłem to w centrowaniu. Ja po prostu w centrowaniu oddycham. A wielu moich kolegów, nawet takich z paskami na gaciach, zatyka się co chwila. Wystarczy posłuchać. Większość ludzi przed atakiem po prostu wstrzymuje oddech, co owszem dodaje trochę siły, ale niestety usztywnia. A przecież formę i kilka innych praktyk robimy po to, by oddech trwał i trwał.

Ale wróćmy do słuchania moich partnerów. Zauważyłem, że przed atakiem biorą oni długi wdech przez nos, potem wstrzymują oddech na chwilę i atakują. Wystarczy więc poczekać na dźwięk wdechu, powiedzieć w pamięci „Misia Asia, misia Bela, Misia Kasia, kąfacela…” gdzieś w okolicach „Kasia” wystarczy lekko pchnąć, a wtedy ich siła nadziewa się na moją i pozamiatane. To by się nazywało pożyczającym jin – gdyby nie to, że robię to na słuch w uszach, a nie w dłoniach. Na egzamin to za mało – szczerze wątpię, by komisja dyszała mi nad uchem.

20141018_001
białe punkciki to rybitwy…

A przecież każde zatrzymanie oddechu, to napięcie. Każda zbyt duża siła włożona we wdech lub wydech, to zaburzenie rozluźnienia ciała. Dźwięk wydawany przy okazji oddechu jest sygnałem świadczącym, że gdzieś takie napięcia występują. Starając się wyciszyć oddech, rozluźniamy ciało. Starając się uspokoić oddech, uspokajamy umysł i emocje. Tak więc biegajmy.

jesienny Skaryszak

Bieganie można wykorzystać jeszcze w jeden sposób. Można dzięki temu przygotować się do konkretnego typu wysiłku. Metoda nazywa się – „interwały” i polega na regularnych zmianach tempa. Na przykład: 10 sekund sprintu i 50 sekund truchtu. To metoda, która przygotuje nas do wysiłku podobnego do walki. Duży, krótki wysiłek, po którym należy szybko uspokoić oddech. To morderczy trening – szczególnie dla mnie – jestem na niego jeszcze kilkanaście kilo za stary. Na razie biegam 10 minut truchtu i minutę nieco szybszego truchtu.

Po bieganiu poszedłem jeszcze poćwiczyć Taiji… chyba poczułem dziś rotacje w ciele w czasie An. Mam nadzieję, że to nie złudzenie ani chciejstwo.

Może proporcje w tym tekście pomiędzy Taiji i fizyką, sacrum i profanum – wydają się trochę dziwne… cóż tak wyszło.

0 Replies to “Jesień w Skaryszaku”

  1. Popatrz, jak się wyminiamy – ja z kolei musialem z biegania zrezygnować (przymierzam się do szybkochodzenia 🙂 ). O co chodzi z tym namierzaniem ataku poprzez oddech? Czy nie atakuje się w miare pojawiającej sie mozliwosci niezaleznie od „fazy wdechu”?

    1. Szybko chodzenie – to nawet większe dystanse potrafi dać niż trucht… ale jakoś mi nie podpasowało.

      Oddech – ja się po prostu nauczyłem że kiedy biorą dłuższy wdech to zaraz będą się napinać i atakować. Jak przy puszczaniu bąków ;). To jedna z okazji do atakowania.

      1. Mi tez nie pasuje, ale nie psuje tak jak bieganie mojego kolana :), przynajmniej wg. ortopedy ;). Zresztą biegania nie da się zupełnie wyeliminować, z tym że siła rzeczy mam tu trochę inne podejście: nie długodystansowe :).

        1. Bieganie bieganiu nie równe – jak dla mnie powoli (bez wysokiego unoszenia nóg) nie obciąża tak stawów jak szybko…

          Po drugie – to co qrna robić – wszystko obciążą kolana – Jedyną (tfu tfu) kontuzje kolana jaką złapałem – to było przy wysiadaniu z autobusu…

          Po trzecie – spróbuj biegania ala zombi – tam się praktycznie nie unosi stóp nad ziemię – ale ostrzegam wtedy żadna biegająca laska się do Ciebie nawet nie uśmiechnie…

          1. Tak jak i kolana kolanom nierówne, w jednym praktycznie brak chondromalacji, a w drugim 4 stopnia :). Ja się wypowiadam o bieganiu tylko pod moim kątem, chociaż – IMHO, tutaj narażę się fanom domeny Abisyńczyków – bieganie dystansów maratonskich nie je dobri. Sam wcześniej biegałem, a teraz po prostu muszę robić coś innego :). Ale z biegania na treningach do końca nie zrezygnowałem ;). W moim przypadku nie chodzi o unoszenie kolan, ale o przeciążenia podczas biegu (dlatego im dłużej tym gorzej). Tak samo nie powinienem być Masajem skaczącym w miejscu przed wybranką przez kilkadziesiąt godzin 😉

            1. przy Twojej masie? Co Ty wiesz o przeciążeniach 😉

              Oczywiście żartuje… żeby było śmieszniej to jak miałem kontuzję kolana to jeszcze nie ćwiczyłem nic – dokumentnie nic. Trafiłem wtedy na ostry dyżur ortopedyczny z naderwanym więzadłem kolanowym (ogólnie 7 tygodni unieruchomienia). I pan dohtór mnie opierdzielił że noga wygląda jak wygląda. „Ćwiczyć trzeba, biegać – bo inaczej ciągle będę jakieś kontuzje i w okolicach 40-stki będziesz chodził o kulach.” Podkreślam że kazał mi biegać wtedy… ale ja ogólnie nie mam do nich zaufania.

              BTW Jakie są trzy rozpoznane rodzaje białej śmierci

              – cukier
              – czysta kokaina
              – lekarz pierwszego kontaktu :)))

              I tu pozdrawiam Pana doktora który mnie niedawno skierował gdzie trzeba, kiedy trzeba było…

              1. Tiaaaa, zatem mniej dziwi scena z „Chłopów”: Ludzie!!! Uciekajta, doktory jadą!!! :D. Ja wiem jakie jest podejscie „lekarzy” z zielonej wyspy w małych miejscowościach, przy czym bardziej tutaj pasuje słowo felczer niz lekarz, ale co mi tam: jestem „wybrańcem” zyjacym wśród big city lights i mogę konsultować się przynajmniej z kilkoma lekarzami (jednemu nie ufam), przy czym jeden jest dobrym ortopedą i bratem kumpla z treningów :), a niezły rehabilitant z nami trenuje :). Mimo wszystko nie jestem zwolennikiem pręgierza czy polpotowych obozów pracy dla lekarzy – ach, niedokończona rozmowa z GeAnde 😉 BTW. mam nadwagę 😉 i to sporą 🙂

  2. Ja też jestem daleki od stawiania ich pod ścianą. Tylko że ja nie korzystam z publicznej służby zdrowia, puki co oczywiście. Niedawno miałem okazje spróbować – nie dało się, musiałbym się zwolnić z pracy.

  3. Białe punkty to jednak – raczej – mewy. Ze wskazaniem na śmieszki. Rybitwy to już (o ile były) raczej odleciały.
    W tym samym stawie masz również żółwie czerwonolice, które odpowiedzialni właściciele wyrzucili „wzbogacając” polską faunę.
    Ale są tam też mandarynki 😉

    Do meritum się nie odniosę, bo od dłuższego czasu nie biegam. Za to zrobiłem przedwczoraj TGU z 44 kilowym kettlem. Każdy ma osiągnięcia na miarę możliwości 😉

    1. A nie, przepraszam, okazuje się, że w okolicach Warszawy rybitwy jeszcze gdzieniegdzie są (widać ciepło było). Więc kto wie, może i w Skaryszaku. Jakbyś mógł potwierdzić gatunek, to będzie ciekawa obserwacja fenologiczna :>

      1. Wydawało mi się, że mewa jest większa, ale się nie znam. Niestety miałem za kiepski aparat i nie da się powiększyć. Teraz jestem w Krakowie więc nie dam rady ich sfotografować – no chyba że krakowskie gołębie – były nawet rude, w wawie takich nie widziałem.

        Gratuluje TGU… jestem dumny że znam kogoś kto robi TGU z 44 kilosami. I szczerze Ci tego zazdroszczę.

    2. Rety! Krzysiu – ja nawet tego nie podniosę :D, czy jestes jeszcze w stanie podrapać się prawą ręką po lewej łopatce ;)?

      1. Jestem w stanie normalnie złapać się z tyłu za dłonie po skosie – ale już nie za nadgarstki, jak kiedyś 🙁
        I żeby nie było jakiś nieporozumień – TGU to jest ćwiczenie, które mi zawsze dobrze szło. Czytaj: mam w nim zdecydowanie ponadprzeciętne wyniki, w stosunku do np. snatchy, czy military press. Głównie ze względu na to, że tam nie ma dużego obciążenia chwytu, który cały czas jest moją piętą achillesową.

        1. A najbardziej wkurza mnie to, że zabrakło głupich paręset gramów i byłoby 50% masy własnej. Albo zrzucę, albo trzeba będzie podnieść 48 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz