Jedna wielka rodzina

Ostatnio odbyła się sobota z Tai Chi organizowana przez Akademię Yi Quan. Nie zapowiadałem jej, bo czas ostatnio jakoś tak zakręcił, że od dwóch miesięcy mam problem z prowadzeniem kalendarza imprez. Powiedziałem sobie, że wrócę do tego od stycznia, choć nie wierzę, żeby czas się do tego czasu odkręcił.

tytułowa rodzina

Wróćmy jednak do brzegu. Czyli do tematu. Zajęcia były jak zwykle fajne, prawie trzy godziny ćwiczeń z niewielką przerwą w środku. W pierwszej połowie treningu dostałem ze dwie poprawki do formy. Jedna z nich do sekwencji, która nazywa się „Wysokie zamknięcie łokcia” skutecznie rozwaliła mi cały fragment formy. Na dwa ruchy wcześniej już myślę o tym, jak mam wykonać zamknięcie, a dwa ruchy później jeszcze się zastanawiam, co nie wyszło tym razem… Umysł idzie się paść, a forma sypie jak asfalt na polskiej autostradzie. Nic to… poćwiczę sobie ten fragment sam na boku. Będzie lepiej.

W drugiej części dotarł Rodor i większość treningu pchaliśmy dłonie… ech, dużo pracy przede mną. W chwili kiedy obaj z Rodorem doszliśmy do wniosku, że już jako tako potrafimy wykonać zmianę kierunku i nie depczemy sobie przy okazji paluchów, to Andrzej Kalisz zarządził dodatkowo zmianę pozycji nóg.

jak mistrz z mistrzem

Niby to wszystko było w YMAA, ja to zdałem i potrafię wykonać. W tej wersji, którą ćwiczę teraz, zmieniła się nieco płaszczyzna ruchów i ich obszerność. Nawet jeśli założymy, że to nadal są te same 4 techniki (Peng, Li, Ji, An) to teraz nie wychodzi… Można by rzec: to tyle w sprawie moich umiejętności stosowania wiedzy w praktyce. Nie potrafię od pierwszego kopa przenieść jednego ćwiczenia do drugiego, a przecież to są wzajemne odpowiedniki.

Dobra, dość płakania, bo mi „łzy lecą wprost na koszulę z napisem „King Bruce Lee Karate Mistrz”.

Wang Xiang Zhai

Ciekawe było w przerwie. W trójkę (czyli Andrzej Kalisz, Rodor i ja) gadaliśmy o źródłach pojawiania się różnych form. Po prawdzie, to Andrzej Kalisz mówił co wie, a my tylko wrzucaliśmy do tego drobne uwagi. Było też coś o mistrzu Yang Jwing Mingu (tu akurat trochę mogłem błysnąć wiedzą, internetową co prawda, ale zawsze). W pewnym momencie Andrzej Kalisz stwierdził, że z nauczycielem mistrza Yang’a wiąże się pewna ciekawa informacja. Ciekawa i zaskakująca dla miłośników rysowania sztukowalkowych drzew genealogicznych. Otóż miał on coś wspólnego z mistrzem Wang Xiang Zhaiem, czyli z twórcą Yi Quanu – stylu, którego uczy właśnie Andrzej Kalisz (i ja, powiem nieskromnie, czasami coś z tych treningów wynoszę – łyżeczki, długopisy i takie tam).

W jaki sposób Yi Quan jest powiązany z Białym Żurawiem? Otóż mistrz Cheng Gin-Gsao (nauczyciel stylu Białego Żurawia mistrza Yang Jwing Minga) był uczniem mistrza Jin Shao-Feng. Natomiast rzeczony mistrz Feng przez pewien okres wspólnie ćwiczył/wymieniał doświadczenia z twórcą Yi Quan mistrzem Wang Xiang Zhaiem (BTW w dwóch zdaniach użyłem pięć razy słowa mistrz i ani razu nie napisałem o Legii).

Yang Jwing Ming
Grandmaster Cheng (z lewej) oraz młody Yang Jwing Ming (1965 – czyli jeszcze nie mistrz) (www.ymaa.com)

Czy coś z tego wynika? W zasadzie absolutnie nic. Jeśli taka notka uległa zachowaniu, to raczej nie było to pojedyncze spotkanie, może przychodzili wieczorem nad rzekę i każdy z nich poćwiczył swoje, a potem siadali przy herbacie i przekąskach i gadali jak mistrz z mistrzem:

  • Mistrzu, a po co mistrz podnosi łokieć w sekwencji Białego Lotosu?
  • Akumuluję energię do uderzenia barkiem na Punkt Siedmiu Wiatrów, Mistrzu.
  • Dobra koncepcja Mistrzu, chciałbym ją włączyć do swojej formy Rozwijania Skrzydeł Białego Żurawia.
  • Oczywiście Mistrzu… będę zaszczycony…
  • Nazwę tę technikę „Darem Znad Leniwej Rzeki”
  • Zaiste, nurt wody wspaniale współgra dziś z kształtem tej chmury, wypływającej zza szczytu góry Emei…

Tak to pewnie wyglądałoby na filmie. Czy coś z ówczesnego Białego Żurawia przeniknęło do Yi Quan, czy na odwrót, nie wiadomo i nie jest to ważne. Pewnie Biały Żuraw trzy pokolenia wcześniej do dzisiejszego ma się tak, jak dzisiejsza Legia do zespołu Czerczesowa. Niby ten sam klub, nawet część zawodników ta sama – a jednak inny. Teraz rozpoznać nie idzie.

Jak było, tak było…. nie mniej jednak informacja ciekawa.

Aaaa i zapraszam na następną sobotę z Tai Chi (16 grudnia). Może wyjdzie coś nowego o mistrzach starożytnych… bo w to, że dostanę jakieś poprawki, po których znów będę sobie układał formę, nie wątpię.

10 Replies to “Jedna wielka rodzina”

  1. KO – otrzyj łzy, na pocieszenie dodam, że nauka jest procesem, który nigdy się nie kończy 😀 ……

    1. Wiem… w podstawówce miałem matematyka. On mi już powtarzał.

      „KO ty się chyba tego nigdy nie nauczysz…”

  2. Bardzo fajny i pogodny wpis. 🙂 Sam raz na sobotę. Proszę o chwilę cierpliwości i przeczytanie mojego przydługawego komentarza…
    Tytuł tekstu nastroił mnie bardzo pozytywnie. Natychmiast przywołałem w myślach swój klub i wypowiedź jednego z asystentów: „Ja na naszych zajęciach uczę się tolerancji”. Już spieszę wyjaśnić z jakich powodów. Otóż przychodzą do nas ludzie o skrajnie różnych poglądach filozoficznych / religijnych, począwszy od buddystów, a skończywszy np. na praktykujących katolikach. Także gościmy u siebie osoby walczące z uprzykrzającymi życie chorobami. My, tak zwani zdrowi, właśnie od nich czerpiemy siłę do zmagań z rafami codzienności. O okazywaniu cierpliwości wobec dzieci z różnymi odmianami autyzmu nie wspomnę. Tak, JESTEŚMY WIELKĄ RODZINĄ i niech nikt nie próbuje nas podzielić (bo ostatnio panuje na to moda). Nic z tego!

    Właśnie popijam grzane piwo z sokiem imbirowym (Herbapolu) i czytam kolejny rozdział książki, którą kupiłem wieki temu. Także w dobry nastrój wprawia mnie aromat świeżo zaparzonej kawy. Nie podobna przecenić „posiadania” żony. 😉 Do lektury „dzieła” mistrza Deng Ming Dao (obecnie to „biały kruk) wracam co kilka lat. Dlaczego? Bo warto!

    Dziś specjalnie dla KO, jakby puentując naszą prywatną dyskusję. 😉

    „W gwałtownych chłodach jesieni stawy zaczynają pokrywać się lodem. Wody otwierają swoją głębie, w której ryby przetrwają przez całą zimę.
    Tao można doświadczyć tak wprost, jak ryba doświadcza wody. Moja Tao jest inna, niż Twoja Tao. Jesteśmy indywidualnościami z różnymi zasobami doświadczeń i myśli. Gdy Tao w nas wchodzi, nabiera barwy naszej indywidualności. Kiedy odchodzi, powraca do swojej uniwersalnej natury. To proces ciągły i wieczny, jak woda przepływająca przez skrzela ryby. Jak woda ożywia rybę, tak Tao nas podtrzymuje. Jak długo trwać będziemy zanurzeni w Tao, będziemy tak bezpieczni jak karp w wodzie. Kiedy oddzielamy się od Tao, jesteśmy bezbronni jak ryba wyciągnięta na brzeg”.

    „365 dni zgodnie z Tao”. Deng Ming Dao (dzień 319).

    1. Aaaaaaaaaaj… już miałem nadzieję, że asystent zaczyna od „Ja na naszych zajęciach uczę się tolerancji” a po chwili dodaje z sadystycznym uśmiechem „na ból..” ale trudno, poszło w kontemplację Tao i intymne konwersacje z KO. Swoją drogą Sifu Dariusz jest taki niby staromodny i w ogóle, ale ten cudzysłów nad „posiadaniem” (kurcze, czy ten mój cudzysłów jest potrzebny – to jest dopiero pytanie lingwistyczne;) jest bardzo, ale to bardzo na czasie i poprawny 🙂

      1. Nie przesadzaj my z tą intymnością. 😉 Ponoć otwieranie się na ból fizyczny otwiera duszę. Tak mówił Rosjanin z pejczem…

        Pozdrowić od Ciebie Białystok?

  3. Admin napisał:
    „Pozdrowić od Ciebie Białystok?”.

    Nie wierzę. Czyżby Jiuzhizi nie poniał aluzju? A niby taki lotny… 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz