Janek in the sky with diamonds

Przed świętami wpadłem na oficjalne zakończenie roku treningowego do Fundacji Dantian. Co prawda nie ćwiczę z nimi regularnie, ale staram się czynić jakieś postępy w nauce formy, której się tam naucza. Biorąc pod uwagę, że nadal mam problemy aby wykonać całą sekwencję bez potrzeby korzystania z książki (przy okazji zapraszam do jej kupienia, zostało jeszcze kilka egzemplarzy), to można przyjąć, że postępy są niewielkie.

dekoracja, na której mogłem się potem wyżyć moim nowym nożem…

Tego dnia jednak nie było treningu. W planie była prezentacja krótkiego filmu, składkowa wigilia i uściski z dawno niewidzianymi znajomymi (a i trochę nieznajomych się trafiło).

Nie będę jednak skupiał się tu na życiu towarzyskim tajcziowego światka, choć miałbym okazję, żeby zrobić w końcu jakiś wpis modowy. Zazwyczaj bowiem widuję ludzi w treningowych „betach”, a tym razem pojawiły się jakieś sukienki i makijaże. Nie będę też opisywał menu (ten ostry zielony sos był extra, smakował mi z moim chlebem z kaszą). Po takie informacje to proszę do pudelka…

żarełko

Ciekawy (dla ćwiczącego) był film wyświetlany przed konsumpcją (choć np. Kahuna wyjadała buraczaną sałatkę z kozim serem, niczym Kazik rosół, jeszcze przed wszystkimi — no dobra, ja też trochę pomagałem). Była to krótka relacja z ostatniej wizyty Janka na Tajwanie oraz w Singapurze.

Film nosi tytuł „Podniebni lansjerzy”. Początkowo myślałem, że może mieć coś wspólnego z lansowaniem się (żarcik, świetnie wiedziałem po co Janek jedzie do kwatery głównej swojej szkoły). Lansjerzy to taka gra słów ze słowem lanca – gdyż właśnie posługiwanie się tą bronią było tematem spotkania, a dlaczego podniebni, to się okaże później.

Zanim jednak przejdziemy do głównego, najbardziej mnie interesującego tematu filmu, zostaliśmy uszczęśliwieni wspominkami kulinarnymi, gdyż człek coś jeść musi – samym Tai Chi nie wyżyje. I tak obejrzeliśmy kilka migawek z wizyt w Tajwańskich knajpach i o innych ciekawostkach. Obrazy kolorowego i zapewne smakowitego jedzenia spowodowały, że oczyma wyobraźni poczułem już śledziki i inne specjały rozstawione w drugiej części sali (szczególnie „śledzie gajowego” oraz te „po warszawsku”).

W tym miejscu chwila uwagi. Film, który był nam przedstawiony to nie jest żadna szkoleniówka, to po prostu krótka impresja, będąca wspomnieniem po wyjeździe. Tak więc w takich kategoriach można go traktować. Niczego więcej sobie po nim zresztą nie obiecywałem.

Część dotycząca samego szkolenia (zaczyna się gdzieś od 1:30) pokazała jak daleko z tyłu jesteśmy za Tajwańczykami – jeśli chodzi o warunki treningowe. Grupa ćwiczących może i nie jest duża, ale i tak na naszych salach to by sobie tymi kijami zęby powybijali (jeden z moich znajomych mógłby potwierdzić). Interesująco wygląda skład osobowy uczących, nie była to jedna osoba, tylko kilka, które Janek określił jako mistrzowie (z głównym mistrzem Deng Shihaiem na czele). Widać, że organizatorzy dbają o to, by uczestnicy czegoś się nauczyli. Sam wygląd grupy sugeruje pewną elitarność spotkania. Chyba nie każdy z ulicy mógłby tam wejść.

Ćwiczyli techniki pojedyncze, chyba formy i podwójne. Powiem szczerze: moim skromnym zdaniem – nieźle to wyglądało. Janka na filmach nie widziałem, taki już los operatora.

Następna część filmu, to właśnie tytułowe (chodzi o tytuł wpisu) „in the sky”. Otóż przy okazji swojej wizyty u mistrza Deng Shihai (szósta generacja szkoły Lao Jia) Jan Gliński został, za poręczeniem swojego nauczyciela (mistrza Ly – siódma generacja mistrzów), przyjęty w poczet mistrzów ósmej generacji (Ufff musiałem to przeczytać kilka razy, bo to trudne zdanie jest).

Miałem zatem okazję obejrzeć, drugą w moim życiu, taką mistrzowską celebrę. Pierwszą z okazji uhonorowania Roberta Wąsa i teraz Jana Glińskiego (Jankiem, to ja mogę nazywać tego gościa co na czołgu jeździł, a to mistrz przecież). Różnice były duże… bo o ile u mistrza Yanga odbyło się to tak niejako przy okazji (choć samo Baishi miało jakiś ceremoniał), to tu cała impreza była mocno sformalizowana. Kto za kim stoi, kiedy składa ukłon oraz jakie słowa przysięgi ma wypowiedzieć. Mam wrażenie, że stojąca z boku żona mistrza Deng Shihaia (również mistrzyni) dyryguje całą operacją.

amerykański balkon w chmurach…. to już lekka przesada

Na koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien fajny zwyczaj, który został na filmie zarejestrowany. W (6’15”) widać jak mistrz Deng Shihai wyjmuje z doniczki pewną roślinkę i oddaje ją w ręce mistrza Ly Chuanzhenga. Okazało się, że roślina ta powstała z sadzonki, którą przywiózł z Chin mistrz Wang Zihe (piąta generacja mistrzów tego przekazu). Rosła ona w miejscu, gdzie Wang Zihe ćwiczył i kiedy przyszło mu emigrować na Tajwan – wykopał ją i dawał po jednej odnóżce każdemu swojemu uczniowi (tj. pewnie tylko tym co znaczniejszym). Ci znowu wręczali je swoim następcom. Bardzo fajny zwyczaj, taki symboliczny. Teraz roślinka powędrowała do Paryża, mam nadzieję, że pojawi się kiedyś w Polsce.

lanca Tai Chi

Gratulacje Janku. Bardzo się cieszę. Choć z pewną nutką zazdrości, bo też bym chciał kiedyś poćwiczyć w tak pięknych okolicznościach i, co tu dużo mówić, dojść do takiego poziomu, by i mnie tak ktoś docenił.

trzy generacje mistrzów

Jeśli ktoś obejrzał film, to już wie skąd tytuł. Tak, chodzi o taras, na którym odbyła się ceremonia. To prywatny taras mistrza… On tam sobie ćwiczy, pewnie udziela czasami prywatnych lekcji, albo spotyka się z innymi mistrzami i wymienia sobie z nimi niezwykle trafne metafory. Lub też po prostu wychodzi popatrzeć na świat z wysoka, by spróbować zrozumieć jego problemy, bo myślę, że z wysokości tarasu problemy wyglądają inaczej.

Skąd się wzięła nazwa „Taras na którym liczy się chmury”? Otóż nazwę tę wymyślił Wang Zihe (ten od przesadzania roślinek, o którym już wspominałem). Wymyślił ją w czasie kiedy bywał u swojego ucznia () i na tym tarasie dawał mu lekcje. Ciekawe czy chodziło mu o analogie do ruchu „dłonie w chmurach”, czy do czasu kiedy po treningu… na leżaczku…?

W każdym razie piękna nazwa. Taka jak nazwy ruchów w formie. Qrcze niech mi nikt nie mówi, że nazwa nie determinuje, w jakimś stopniu, atmosfery miejsc, w którym jesteśmy. Ja na ten przykład jestem zadowolony z mojego balkonu i widoku z niego, ale ten taras przebija wszystko, co do tej pory widziałem (no dobra – prawie wszystko, bo widziałem jeszcze mieszkanie na dachu wieżowca na warszawskim Powiślu. 200 m2 dachu!!!). Z takiego tarasu, z którego można liczyć chmury zadowolony byłbym ja, bo chyba wszystkie samodzielne treningi bym tam uskutecznił i Danusia, bo szybciej bym do domu wracał. Jeśli mam już wymyślać wady takiego miejsca, to chyba tylko to, że strzelanie z łuku byłoby wysoce problematyczne!

Formoza

I to tyle, bo potem była konsumpcja tego co na stole, luźne rozmowy, życzenia, uśmiechy i wspólne sprzątanie sali… bo czas już się było wynosić. Gdybyśmy mieli taki taras, pewnie można byłoby biesiadować do rana.

nie ma lekko… do stołu też wedle starszeństwa. Ja pod koniec.

Aaaaa i jako, że było to wczesne spotkanie wigilijne, to nawiedził mnie Mikołaj. Może nie od razu taki święty, ale w sam raz, spoko, luzik… przyniósł mi on książkę, przepięknie zapakowaną. Książka jest oczywiście o tym, jak tu bliźniemu swemu po twarzy nawkładać – z naciskiem na aspekt filozoficzny, zdrowie (własne) i samorozwój. Niniejszym raz jeszcze dziękuję Mikiemu (za prezent) oraz sile twórczej pakującej (za wrażenia artystyczne). O książce napiszę coś następnym razem, bo warto się nad nią chwilę pochylić.

Ps. Jeszcze przy okazji takich spotkań odbył się kiermasz mający na celu zasilenie kiesy Fundacji. Jeśli ktoś chciałby kupić fajny, np. dizajnerski kalendarz ścienny, albo inne rękodzieło, to dajcie znać, bo coś tam zostało. Fajna okazja, żeby mieć coś oryginalnego, a przy okazji wspomóc Fundację.

14 Replies to “Janek in the sky with diamonds”

  1. Fajnie, zwrot Sifu Gliński nabiera teraz innego wymiaru 🙂 KO, obiecaj, że jak będziesz odbierał swoją roślinkę przyjęcia w poczet mistrzów ósmej generacji zrobisz wpis w cyklu „wiem, co jem” 😉 A i jak KO chce, to mogę dla KO przytrzymać taras 22 m2 na Szczęśliwicach – to nie tak dużo, ale ma podwójną wartość bo brałem udział w ceremonii przebłagania ducha ziemi na rozpoczęcie budowy. Baishi to przy tam zabawa dla dzieci 😉

    1. Ceremonia przebładania ducha ziemi… słyszałem ponoć tych dwóch studentek jeszcze szukają.

      Na ósmą generacje już nie mam szans. Janek 20 lat temu się zdecydował na jednego nauczyciela i takie tego są efekty. A ja się kręcę i nadal nie mogę się zdecydować. Jest tyle rzeczy których chciałbym jeszcze spróbować…

  2. Panie Krzysiu, wpis podbił moje serce, jest absolutnie pełen w smaczki literackie po przetykane treścią, które są wstanie przyciągnąć każdego rasowego czytającego. Serdeczne uściski śle – Skryba FD.

  3. Czy ja dobrze zauważyłem, że pan Jan wręczył mistrzowi czerwoną kopertę? 😉 Tak powinno być zawsze i wszędzie podczas ceremonii, Jiuzhizi?

    A propos pierwszych minut tego ciekawego filmu… Jeśli „wiatry będą dla nas pomyślne” to latem popracujemy z Markiem Langweilerem nad formą z włócznią ze stylu Wu.
    Wiwat Taijiquan! Hura!

    1. Wydaje mi się, że to standard..

      Gratulacje! Jakby co liczę na jakąś relacje.

    2. Co ja tam mogę wiedzieć.. do niedawna nie wiedziałem nawet, że jest coś takiego, jak ceremonia przyjęcia w poczet mistrzów.. 😉 Having said that, jestem mimo wszystko w stanie „uszyć” Wam (Sifu Langweilerowi i Tobie) na miarę taką ceremonię, że hej.. Będziecie mieli post przed, post po, wróżby ze spalonych trociczek, Czamki tańczące w transie i czego dusza zapragnie. Czerwone koperty też będą. Ja przyjmuję opłaty w bitcoinach 😉

  4. To miłe, Jiuzhizi. Niemniej mam dość głębokie przekonanie, że na taką ceremonię nigdy nie zasłużę. 😉
    Jednak gdybym został wytypowany (jako osoba godna) do uczestnictwa w Twojej kuszącej uroczystości (och, te Czamki), to nie – dziękuję. Przez lata ćwiczeń Taijiquan me ego zmalało. Kruszeje nadal. Wystarczy mi ciasnawy pokój, lekki półmrok, brak świadków i… I „wykonując formę bez formy płynę dokąd tylko chcę, zachowując spokój oraz swobodę” (to bodajże powiedział Lao Tsy). 🙂

    1. Oczywiście, że bez świadków 🙂 Nie wiem, jak to było z Lao Tsy, ale generalnie taoiści to największe zboki 😉

  5. Taaaa? 🙂 A czy Chuojiaofanzji to nie jest przypadkiem styl taoistyczny? Hi, hi, hi. Nie pomnę kto go tu uprawia… 😉

  6. Dla dobra sprawy nie zacytuję słów pewnego mistrza i niech zostanie jak napisałeś. 😉
    Na marginesie – nie jestem Młodym Tygrysem, jeno Lao Hu. 🙂

    1. Ach, bo Ty nie wiesz jak wyglądają tradycyjne chińskie seminaria. Wtedy, przed wejściem na salę, Mistrz zatrzymał mnie na moment i pyta: „no to jak, Jędruś? jedziemy klasycznie, Szaolinem, Bodhidharmą, Kumara-za przeproszeniem- dziwą, czy nowocześnie – jogą i koncepcją Gaja?” Ja na to „nie no, tu jest CV Sifu Muraszko, proszę- Tai Chi, symbol tao..” Na co Mistrz „Aaa, spoko, dajemy po Wufangu, tajnych praktykach i sprawności seksualnej. Idziemy!” Po czym zrobił dwa sierpowe przed lustrem i weszliśmy. Reszta jest historią 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz