Jak to dwóch facetów sobie w krzakach pokazywało…

Niedzielny poranek. Pognało mnie do Królewskich Łazienek, gdzie nauczyłem się czegoś ciekawego o tym jak to „Podnoszenie igły z dna morza” w Lao Jia ma więcej wspólnego z „Naciskaniem dłonią” ze stylu Hao, niż z „Wyciąganie igły z dna morza” uczonego z przekazu mistrza Yanga. Może jednak to różnica w znaczeniu pomiędzy słowami „podnoszenie”, a „wyciąganie” jest tym, na co trzeba zwrócić baczną uwagę? Bo właśnie w Lao Jia się nie ciągnie, tylko „unosi/podnosi”, co zmienia cały ruch diametralnie. Poza tym ani w Hao, ani w Lao Jia nie ma wbijania, które tak bardzo lubię w YMAAowskim wykonie.

Królewskie Łazienki

To niestety czysto akademickie dyskusje, choć oczywiście poparte ćwiczeniem czyli empirycznym doświadczeniem. Od czasu kiedy mam możliwość porównywać ze sobą różne warianty tej samej techniki, zastanawiam się, co musiało się stać, że mistrz B zmienił trajektorię ruchu ręki lub kierunek, albo cokolwiek innego. Przecież to różne wariacje na dany temat, natomiast różnice w pracy zewnętrznej są niewielkie. Czasami ruch, który w jednym stylu jest dominujący, w drugim jest zredukowany bardziej do intencji, do niewielkiego drgnięcia. Bardziej chciejstwa niż samego ruchu. Chociażby takie uniesienie rąk szczątkowe w Hao (choć ważne, bo częste i nie takie proste jak wygląda), po obszerne i wyraziste u mistrza Yanga (zaczynające się zamknięciem) i dziwne (dla mnie oczywiście) w stylu Chen Man Chinga (zaczynającego się dla odmiany otwarciem). Co ciekawe – w Lao Jia jakoś nie mogę tego elementu zlokalizować. Muszę spytać Janka.

jesień po królewsku

Ale, ale… ja tu się rozpływam o formie, zastanawiam się „dlaczego?”, a miałem napisać o pokazywaniu sobie w krzakach. Oczywiście ten tytuł to taki „pudelkowy” żarcik. Obyło się bez bezeceństw.

Odbyło to się tak. Po treningu z Jankiem zawsze mam ochotę jeszcze trochę pohasać po jakimś trawniku. Jak już mnie Danusia wypuszcza na pastwisko, to grzech nie skorzystać. Tym razem umówiłem się z kumplem na skwerze Strehla. Fajne miejsce, bo choć wspominałem o nim wielokrotnie, to jeszcze nigdy nie zauważyłem nikogo ćwiczącego, mam więc to miejsce tylko dla siebie.

człowiek i jego rower

Marcina znam jeszcze z Krasnołęckiej, chyba nawet razem Tai Chi ćwiczyliśmy, ale w różnych grupach, bo on dość szybko przeniósł się na I Liq Chuan. Potem z Krasnołęckich  parkietów zniknęło Tai Chi, a co za tym idzie – ja też. On został, ale widzieliśmy się co jakiś czas w jakichś zupełnie nietreningowych sytuacjach. Nawet przy mojej kosmicznie słabej pamięci do twarzy, to Marcina rozpoznawałem 🙂 – charakterystyczny jest.

 skwer Strehla

Obaj mamy jedną cechę wspólną. I ja, i on ćwiczymy różne rzeczy (np. Marcin ostatnio ćwiczył Mua Thai), obaj uważamy też, że to rozwijające (pod warunkiem, że nie stracimy z oczy głównego celu).

Jakoś tak się zgadaliśmy, żebym pokazał Marcinowi co nieco Qi Gongu. Trochę to trwało, ale w końcu nam się udało spotkać. Zaprawdę powiadam wam, fajnie jest spotkać człowieka mówiącego tym samym językiem. Tym bardziej to dziwne, bo w zasadzie niewiele ćwiczyliśmy wspólnych rzeczy: ja I Liq Chuanu raczej nie ruszałem, on Tai Chi też dość szybko porzucił. Czy jest to dowód na jakiś uniwersalizm treningu?

Mam nadzieję, że coś skorzystałem, bo wyglądało na to, że łapał moje ćwiczonka dość szybko. Ja też skorzystałem, bo w końcu ktoś mi uczciwie pokazał, na czym polegają I Liq Chuanowe płaszczyzny. Można by je porównać do płaszczyzn symbolu Tai Chi. Różnice są niewielkie.

I tyle było tego pokazywania w krzakach.:).

Marcin rysuje, po jego pracach ciężko jest zrozumieć dlaczego zainteresował się wewnętrznymi sztukami walk. Choć może… to prawie jak „Podwójny wiatr przenika uszy” więcej jego prac

2 Replies to “Jak to dwóch facetów sobie w krzakach pokazywało…”

  1. łucznictwo przyciąga ostatnio nerdów IT, jak zauważyłem, więc nie widzę w tej kombinacji nic specjalnie dziwnego 🙂

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz