Gorączka sobotniej nocy

Dzisiejszy tytuł to analogia do filmu, w którym główny bohater czekał cały tydzień, by móc w sobotę zaszaleć na parkiecie. Ja mam łatwiej. Nie muszę tylko czekać na weekend, spokojnie mogę się realizować na sali, w czasie treningów. Jednak w sobotę mogę porobić rzeczy inne — można powiedzieć – powykazywać się prywatnie.

I tym razem znów się okazało, że mieszkanie w stolicy może jednak przynieść jakieś korzyści w postaci wielu fajnych treningowych okazji. Jak to mówią warszawiacy: „Wiadoma rzecz, stolyca”. Ten ostatni październikowy weekend okazał się łaskawy pod względem treningowych ofert, jak i pogody. Co prawda wiało jak w kieleckiem, ale jak ktoś znalazł jakiś zaciszny zakątek, to było bardzo przyjemnie. Jak na tę porę roku oczywiście.

Poranek

Andrzej Piotrowski jeden z pionierów Taekwondo w Polsce wraz z mistrzem Ung Kim Lan’em

Poranek miałem ciężki. Dlaczego? Ciężki miałem wybór, gdzie jechać. Na ten dzień zapowiedziano trening Sistiemy. Obserwuję zaproszenia na te treningi od dłuższego czasu. Blisko domu, za rozsądne pieniądze, no i tematyka, która zachęca. Tego dnia miała być nauka wykorzystania długiego kija. Zawsze mnie to interesowało. Wybrałem jednak park Skaryszewski i trening Lao Jia z Andrzejem. Można powiedzieć, że taki kameralny, dwóch nas było, raz tylko przyłączyła się jedna pani. Kiedy jednak zaczynała naśladować nasze ruchy, jej piesek dostawał szału i obszczekiwał nas bohatersko z bezpiecznej odległości.

Jak widać, poranek nie nastroił mnie na próbowanie zupełnie nowych metod treningowych. Wiedziałem, że w zamian za to w Skaryszaku Andrzej wypunktuje mi kilka błędów i skomentuje z nieśmiertelnym: „A Janek powiedział…”. Nie myliłem się. Mamy obaj taki układ: on uczy mnie, ja uczę jego. Wymieniamy się wiedzą. Mam wrażenie, że to nierówna wymiana, bo Andrzej jest doświadczonym trenerem. Jeszcze z czasów, kiedy nauczał Taekwondo w Polsce i we Francji. To powoduje, że po pierwsze chłop rozumie moje zapatrywania na trening, a po drugie jest on kopalnią wiedzy. Korzystam więc, póki mogę. Sistiema może poczekać.

Skaryszak pełen liści

Wieczór

Wieczór od dawna już rezerwowałem sobie wizytę w bielańskiej Szkole Tańców Karaibskich. Nieee, nie po to, by się nauczyć tańczyć Calypso, choć to pewnie byłoby dojmujące doświadczenie. Standardowo w sali z lustrami szkoła L’ExtremeEst (Savate — francuski boks) organizuje swoje seminaria, na których jestem stałym bywalcem. Tym razem spotkanie odbyło się pod tytułem: „Szermierka dla nieszermierzy”.

KO zasłuchany

Spotkanie odbyło się niemal w rodzinnej atmosferze. Prawie wszystkich uczestników znałem osobiście. Na wstępie Aśka usiłowała mi oddać nie mój parasol, wciskając mi coś w zupełnie innym odcieniu czerni niż mój, który mi zakosiła (ponoć przypadkiem). Jeszcze tylko rozpraszały nas przebiegające korytarzem dziewczyny w strojach wróżek i księżniczek króre na sąsiedniej sali miały jakieś spotkanie/bal. Szkoda, że średnia wieku oscylowała w okolicach sześciu lat.

Teoretycznie to ja nie lubię takich seminariów. Kilka razy już pisałem o „mistrzach wszechwiedzących”, którzy potrafili przegadać każdą jednostkę treningową, więc i tym razem powinienem być zły. Bo Marcin gadał i gadał. W jego wypadku jednak miało to jakiś sens. O Marcinie Bąku, prowadzącym, już pisałem (Jak Rodor z KO na laski się wybrali,Francuski pocałunek), więc przypomnę tylko hasłowo. Szermierz natchniony, historyk, dziennikarz i gawędziarz (w tym dobrym tego słowa znaczeniu). Tym razem Marcin postawił sobie za cel wbicie nam do głowy trochę podstawowej wiedzy o szermierce. Zaczął od teorii. Każde z nas miało już choćby minimalny kontakt z bronią białą. Nawet Aśka wiedziała, za co się trzyma, a czym się w łeb wali. Pomimo tego, że stałem w miejscu i jak ciele wpatrywałem się w prowadzącego, to nie żałuje.

wszycy słuchaliśmy

Było więc trochę o rzeczach, które znaliśmy, których się domyślaliśmy i które w rezultacie okazywały się oczywiste, a wszystko to okraszone ciekawostkami, dykteryjkami i cytatami klasyka (niestety nie byli to klasycy Tai Chi). Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej, bo bym przytargał swój notes i zapisywał. A tak – nie wiem, jak się nazywał mistrz włoskiej szkoły, który wymyślił tępą broń treningową, a jak ten od szkoły hiszpańskiego floretu, przed którym to ostrzegał jakiś Francuz, którego też nie pamiętam. Również nazwiska tego Niemca, którego uczniowie pobiliby uczniów jakiegoś Angola (choć to może było na odwrót). Z rzeczy śmiesznych dowiedziałem się, że miecz ma dwa ostrza i że – jak kobiety – jedno z nich jest prawdziwe, a drugie fałszywe.

szermierka

Przyszedł jednak czas na praktykę i choć lubię słuchać Marcina, to chyba każdemu z nas żywiej zabiły serca. Mieliśmy co prawda możliwość obejrzeć aluminiowe egzemplarze broni treningowej, ale my dostaliśmy gąbkowe imitacje. Zawsze jednak lepiej móc się okładać choćby gąbką, niż się nie okładać. O, taka jest moja filozofia.

Zaczęliśmy od szabli. Marcin dokładnie omówił zasady pojedynku, ustawił nas naprzeciwko siebie (w tych maskach poczucie odległości jest zaburzone) i krzyknął „salut” (musiał krzyczeć, bo w tych maskach zmysł słuchu jest zaburzony). Przyszło mi w udziale zmierzyć się Rodorem i z jednym ze stałych bywalców treningów Savate. Oba pojedynki przegrałem, nadal mi przeszkadza konwencja (i przeciwnik też nie pomaga), w której nie wolno jest wykonywać pchnięć. Nie krytykuję, ta konwencja coś ma na celu i ja ten cel rozumiem. Po prostu nie umiem się do niego dostosować.

szermiercze randori

Okiem laika. Szermierka na szable przypomina nieco dyskusję dwóch przekupek (Marcin mnie zajedzie za te porównania). Lub  – ze znanych mi rzeczy – formy dłoni Białego Żurawia. Jest atak, obrona, odpowiedź, ponowienie. Niestety w moim wydaniu techniki były wykonywane w powietrze i wyczekiwałem tylko możliwości pacnięcia mojego partnera. Tymczasem to jest zupełnie tak samo, jak w Tai Chi, po pierwsze obrona neutralizacją, a potem atak. Można oczywiście zaatakować obroną, ale i tak najpierw trzeba sobie dać radę z przeciwnikiem. Tymczasem ja zachowywałem się zupełnie tak, jak na pewnym egzaminie z Pedrem. Koniecznie chciałem dorwać mojego adwersarza, tak bardzo, że nie zauważałem, iż on kasował mnie wcześniej. Nie tędy droga.

Marcin Bąk

Drugą bronią, którą mogłem sobie pomachać, był długi dwuręczny miecz. Tu mi szło lepiej (ale ostatnio też tak było), jednak i tak wszystkie moje trafienia były na granicy pchnięć, które również są tu zabronione. Długie miecze bardziej przypominają centrowanie i tym samym bardziej mi odpowiadały. Tu, jeśli już udawało mi się związać broń (złapać kontakt z jego klingą), mogłem próbować się wśliznąć za jego obronę i wykonać krótkie cięcie (bardziej krojenie). Pewnie po kilku lekcjach mógłbym wzbogacić swój arsenał broni i technik, ale widzę tu pewne korelacje z Tai Chi. Może bardziej z jakimiś elementami treningowymi, a nie ze sztuką jako taką, ale przecież ja szukam Tai Chi, a nie praktyk, które miałyby ją zastąpić.

W każdym razie wszystkie moje „sukcesy” w tej części zajęć wynikały z podwyższonego poziomu agresji. To nie tędy droga… Tu też trzeba zachować chłodną głowę.

zdjęcie zawiera lokowanie produktu 🙂

Ostatnia z trzech broni była dla mnie największym zaskoczeniem. Szpada, broń kolna (nauczyłem się nowego słowa), czyli taka która – niczym dziurkacz – służy tylko do dziugania. Dostaliśmy do ręki fajne dziecięce wersje szkoleniowe tej broni. Wykonane z tworzywa sztucznego z odpowiednio elastycznym ostrzem, tfu z elastyczną głownią (uff, mało brakowało, a by mnie Marcin spompował) i z takim wbudowanym ustrojstwem pipczącym w przypadku poprawnego trafienia. A trafić poprawnie nie było łatwo. Broń musiała trafić dokładnie czubkiem wyposażonym w puntę (osłonę), a następnie porządnie się osadzić. Wiele moich pchnięć było niedokładnych i nie dawały żadnego rezultatu. Dwa razy trafiałem w niewielką tarczkę kosza. Qrczę, Michał (mój partner w tej części treningu) był dużo większy od tej tarczki, a ja musiałem trafiać w ten kawałek metalu.

Szermierka okazała się dyscypliną, która może dać człowiekowi masę satysfakcji i – co ja będę ukrywał – dużą dawkę rozrywki. Nie tylko dlatego, że miałem okazję rąbnąć Adasia po czuprynie, ale z samej możliwości obcowania z czystą sztuką walki. Nawet jeśli była ona ograniczona do zabawowych i sportowych wersji.

Dłuższy czas się zastanawiałem, co mi się podobało najbardziej. Szabla? Ze swoim ułożonym schematem pytanie — odpowiedź. Można przy jej pomocy prowadzić proste pyskówki, ale i rozwinięte, niemalże filozoficzne dysputy. Może dwuręczny miecz? Jego masa i moja agresja (lub na odwrót) dawała mi nieco przewagi. Fajnie było coś wygrać, ale najmniej w tym było techniki. Czy też szpada? Ona była dla mnie zupełną nowością (chyba nie ma odpowiednika w broniach chińskich). Tu sparing przypominał figle dwóch młodych kotów. Trudny wybór. Do tej pory nie wiem. Mój ticzer od CJF powiedział mi kiedyś, że ćwiczenia z bronią rozwijają umiejętności walki wręcz. Wyrabiają wyobraźnię i poszerzają zakres „widzenia okien”. Okna, czyli te miejsca w pozycji naszego przeciwnika, które możemy atakować.

Jeden trening nic mi da, nawet jeśli nauczycielem jest Marcin, nie zostanę po nim drugim Kmicicem. Co najwyżej zobaczyłem jakiś kierunek, którym należy iść. Nowe perspektywy.

Aśka w natarciu

Na koniec jeszcze jedno. Frekwencja. Nie żebym narzekał. Razem z Marcinem i Michałem jako organizatorem była nas ósemka. W zasadzie żelazny skład. Ja, AdaśiAśka i Rodor. W zasadzie, z ludzi których nie znałem, był tylko jeden kolega. Qrczę, akcja na necie, FB. I co? Nie ma chętnych. A przecież w Tai Chi są osoby, które z pasją praktykują miecz lub szable. To było coś dla nich.

szabla, szpada, rapier

To, że na takie okazje treningowe jedzie Rodor, czy Towarzystwo AA to już norma, ale czy naprawdę nikogo to nie interesuje. Czy większość ludzi woli poprzestać na opanowaniu kolejności ruchów w formach? Zachęcam do śledzenia FB strony Taijipopolsku, gdyż zapowiadane są następne ciekawe wydarzenia. Zapraszam wszystkich nieszermierzy.

Dla pierwszej osoby, która będzie na takim spotkaniu nowa i poda hasło „Janosik znów maluje ciupagę na brązowo”, będzie czekał niewielki prezencik.

a oto my, w bojowych nastrojach

PS. W zasadzie to na ostatnim treningu Rodor mi uświadomił, co było odkryciem tego wieczoru. To właśnie szpada. Przecież można tam przełożyć pracę Dantian na głownię broni. Jak w Tai Chi. Jak w malowaniu ideogramów w powietrzu…

3 Replies to “Gorączka sobotniej nocy”

  1. Nie wiem, czy to ważne, ale Pierwszy Husarz Rzeczpospolitej założył owego sobotniego wieczoru kipiącego kpiną minichata na Kakao, gdzie żartowano, że dwuręczny miecz jest KO potrzebny do wycinania wątróbek do kleiku ryżowego, bez którego nie możesz żyć :]

    1. Dzięki za obywatelską postawę i informację… parozmawiamy sobie z żartownisiami..

      A kleik z wątróbką dobry i nawet nie trzeba jej wcześnij smażyć bo spokojnie dochodzi w czasie gotowania.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz