Francuski pocał… tj. boks

I znów fejs się do czegoś przydał. Wyświetliło mi info, że w sobotę odbędzie się egzamin na stopnie w Savate.

dzień pierwszy – egzamin

Impreza zorganizowana przez klub L’EXTRÊME EST kilku chłopaków (i dziewczyn oczywiście), którzy próbują zaszczepić ten francuski wynalazek na polskim gruncie. Jak im idzie? Jak wszystkim, którzy próbują zrobić coś dobrego – szału nie ma. Zupełnie tak jak tłumów – też brak. Wydawałoby się, że to jakaś nowość jest. Chińskie style już się przejadły, japońskie powoli jakby też, a tu proszę – coś francuskiego. Myślałem, że ludzi to przyciągnie, ale chyba nie.

francuskie kluby Savate są znacznie liczniejsze od polskich. Jimmy Charlot (ich trener) w środku, z dyplomem w ręce.

Jak ich poznałem? To właśnie oni organizowali seminaria z bicza (zobacz człowieka z biczem) oraz nasze – moje i Rodora – wyjście na laski (zobacz Jak KO z Rodorem…). Kiedy tylko przeczytałem o egzaminach, poczułem chęć porównania doświadczeń. Nie, nie chciałem zdawać na ichniejsze stopnie, bardziej ciekawiło mnie jak to wygląda.

Dodatkowo okazało się, że egzaminatorem jest Jimmy Charlot – ich francuski nauczyciel. Nie mam zbyt dużej wiedzy na temat jego „linełażu” czy utytułowania, ale zobaczyłem kilka jego walk na ringu. Jeśli na czyjeś walki przychodzi tyle publiki, to znaczy że warto.

Samo Savate to, z punktu widzenia amatora, taki trochę kickboxing (mam nadzieję, że się na mnie za to nie obrażą), ale tu w standardzie jest jeszcze parter oraz trochę dziwnych, ulicznych broni, między innymi wspomniana wcześniej laska (bicz jest pozastylowy). Pomimo sportowej analogii, wyczuwam w tym stylu trochę takiego pozasportowego backgroundu. Naprawdę – spokojnie można to uprawiać dla przyjemności, ogólnie rozumianego samorozwoju, a przede wszystkim dla zdrowia. Oczywiście dla samoobrony też i, co ważne dla pań, sylwetki. Tak więc, jeśli ktoś szuka czegoś oryginalnego na Bielanach, blisko metra, to ja jak najbardziej polecam (oczywiście bardziej polecam Tai Chi).

egzaminator za stołem prezydialnym… chciałoby się rzec: młody człowiek
jakby to powiedział pan Zagłoba: – zacny mieli serwis fotograficzny 🙂

Na egzaminie stawiło się sześcioro ćwiczących i sześcioro kibiców (w tym ja, a potem dotarli jeszcze Adaś i Aśka).

Z lekkim opóźnieniem, na sali pojawił się egzaminator. Qrcze, to młody człowiek. Tak bardzo się przyzwyczaiłem do stereotypu siwowłosego mistrza, że młody trener nie pasował do moich wyobrażeń. Oczywiście dysonans miałem tylko przez chwilę – wszak widziałem go na filmach.

Sam egzamin bardzo mocno różnił się od tego, co znałem do tej pory. Przede wszystkim żadnych form. Mimo, że podobno jakieś tam, kiedyś w Savate występowały. Zdająca szóstka szybko i sprawnie podzieliła się na pary, rozgrzali się i przystąpili do egzaminów. W tym czasie egzaminator siedział za stołem i porządkował papiery, a obok niego dwójka obserwatorów prowadziła ożywioną dyskusję o sztukach walk. Po czym poznałem? Bo co chwila któryś z nich wstawał i demonstrował coś koledze. Pokazywanie sobie ;), to typowy sposób zachowania dla osób ćwiczących.

fragment egzaminu
egzamin egzaminem, ale buty i rękawice muszą pasować do siebie kolorystycznie. Wszak mamy gości ze światowej stolicy mody 🙂

Sam egzamin podzielony był na trzy części, a każda z nich na 90. sekundowe zadania do wykonania. Na pierwszym poziomie – proste zadaniówki polegające na obronie i skontrowaniu. W czasie kontry trzeba było wykorzystać konktretne techniki.

Na drugim etapie – podobnie, tyle tylko, że należało wyprzedzić technikę atakującego i skontrować kombinacją trzech technik.

Na trzecim etapie – należało wykonać dwa 90. sekundowe spokojne, przyjacielskie sparingi. Spokojny i przyjacielski, to nie znaczy powolny i bezjajeczny. Po prostu jego celem nie było urwanie łba partnerowi, a bardziej wspólne testowanie się.

omawianie technik…

W czasie, kiedy jedna para ćwiczyła na środku sali, to pozostałe dogrzewały się z boku, robiąc bardzo podobne techniki. Czyli tak pewnie, w przybliżeniu, wygląda trening. Z tą tylko różnicą, że tym razem dochodził jeszcze stres egzaminacyjny.

Wyłapałem dwie duże różnice w ocenianiu pomiędzy tym egzaminem, a tymi już mi znanymi. Po pierwsze: każdy, niezależnie od reprezentowanego poziomu, zdawał to samo, a egzaminator oceniał poziom i jakość wykonania. Po drugie: w wyniku tej oceny można było dostać jeden z czterech stopni. Wydaje mi się, że nie było konieczności zdawania po kolei. A i jeszcze jedna rzecz… kolorystyka. Do tej pory przyzwyczaiłem się, że biały to pierwszy, najprostszy poziom (ot, biały pas, żeby gacie nie spadały) – w Savate to najwyższy poziom.

Marcin Bąk – w przerwach pomiędzy opowieściami, którymi nas raczył, dogrzewał się przed egzaminem. Żeby nie było… więcej ćwiczył niż gadał.

Na egzaminie spotkałem Marcina Bąka (instruktora fechtunku), którego poznałem przy okazji jego seminarium z francuskiej laski. Marcin pomimo to, że sam zdawał egzamin w przerwach raczył nas wspaniałymi opowieściami: o tym, jak to pierwsza polska o książka o Savate pojawiła się jeszcze za caratu, o majorze Laskowskim, który przed wojną propagował Savate w Polsce, a prał się szablami na AWF-ie (1), o osiemnasto-ruchowym salucie w pewnej szkole szermierki. Qrcze, lubię słuchać tego człowieka (i czytać polecam, np. to), bo ma dużą wiedzę, najwyraźniej lubi się nią dzielić i robi to w sposób godny pozazdroszczenia. Jeśli jego ręka z szablą jest tak giętka jak język, to musi być niezrównanym szermierzem. To od niego dowiedziałem się, że był to pierwszy po wojnie taki egzamin w Polsce. Byłem więc świadkiem rodzącej się historii. Bravo ja!

wszyscy zdali. Oprócz umiejętności, pokazali dużo ducha i samozaparcia… a loża szyderców pod ścianą oklaskiwała abiturientów

dzień drugi – trening…

Jako że spodobał mi się egzamin po francusku, a właściwie to co oni na tym egzaminie robili oraz była możliwość potrenowania pod okiem bardzo zaawansowanego instruktora, ustawiłem się na niedzielę na trening boksu. Pisałem tu już kiedyś, że chodziłem na treningi boksu do pana Petrycha i bardzo sobie ten czas ceniłem. Teraz zatęskniłem za tymi kombinacjami i rękawicami.

Trening na Bielanach miał się rozpocząć o 11:00 więc miałem rano jeszcze czas poćwiczyć Tai Chi. Z przebogatej oferty wybrałem Królewskie Łazienki i fundacyjne Lao Jia. Krótki to był trening. Poruszanie się po Warszawie zabiera jednak masę czasu. Rozgrzewka i forma, po której zostałem na krótką sesję fotograficzną.

Kahuna niczym Beatrix Kiddo
Marzenka z szablą…

Na Bielańską salę jechałem, jak to mówiła pewna misska w reklamie podpasek, z pewną dozą nieśmiałości. To przecież nowa rzecz, miałem jednak nadzieję, że Jimmy przymknie oko na moje dotychczasowe nawyki i nie będzie próbował ich wykorzeniać. Z doświadczenia już wiem, że na pierwszych treningach czegoś zupełnie odmiennego, ciężko się przestawić na inną mechanikę ruchu. Czasami są to szczegóły, drobnostki. Nie ma nic gorszego niż ticzer, który wyłapie takiego początkującego i zamiast próbować go czegoś nauczyć, to skupia się na tłumaczeniu, że wszystko źle.

W tym wypadku było inaczej. Widać było, że Jimmi ma duże doświadczenie ticzerskie – każdej parze ćwiczących poświęcał trochę czasu na korektę. Każda korekta była dostosowana do poziomu ćwiczącego, a co najważniejsze – była krótka i kompetentna. Każdy z nas chyba zna takie przypadki, kiedy korekta jest za długa i zbyt obszerna. To nic nie daje jeśli stoimy i patrzymy jak ticzer pięknie ćwiczy.

najmłodsza uczestniczka treningu… za kilka lat sama będzie podchodzić do egzaminów.

Trening był sensownie podzielony pomiędzy demonstracje i praktykę. Wystarczająco, żeby powiedzieć co mamy ćwiczyć i dlaczego, ale też na tyle długo – byśmy mogli odpocząć. Demonstracje były prowadzone w języku francuskim, tłumaczone od ręki na polski przez Michała – jednego z prowadzących. Natomiast korekty otrzymywaliśmy po angielsku (przynajmniej ja z Adasiem, bo udało mi się go namówić na udział) i to w prostej, zrozumiałej nawet dla mnie, wersji.

KO KOpie Adasia… pod czujnym okiem.

Prowadzący starał się być miły powtarzając kilkukrotnie, że dobrze nam idzie. Potrafił też pochwalić dobrze wykonaną technikę, kiedy obserwował nasze wysiłki na sali. Wiem, że chwalenie ćwiczącego to takie mało chińskie zachowanie. Ale jak słyszę takie krótkie „Tak, teraz lepiej”, to pozwala mi utwierdzić się w przekonaniu, że coś poprawiłem.

Co było dla mnie największym problemem i jednocześnie nowością? Sposób poruszania się. Myślałem, że przestawianie nóg będzie analogiczne jak w boksie. A tu nie, było trochę inaczej. Drugim największym problemem był dystans. Dobry dystans do Savate jest raczej długi i na dokładkę trzeba uważać czym się uderza. Na przykład – zostałem skarcony (z uśmiechem oczywiście) za próbę zasadzenia Adasiowi młotka na tył głowy. Niestety też zazwyczaj stałem za blisko -regulacja dystansu: bardzo źle.

Adaś bez skrupułów starał się wykorzystać przewagę wieku i zasięgu nóg…

Ogólnie – ja wyszedłem zadowolony. Adaś chyba też – choć po jego minie trudno jest cokolwiek wyrokować. Niezadowolona była tylko Aśka, która też miała ochotę poskakać, ale przybyła na salę w sukience i ostatecznie zabrała się za robienie zdjęć. A kiedy już weźmie do ręki aparat, to zazwyczaj pstryka tak długo, aż zapełni pamięć więc mogę się teraz pochwalić fajnymi fotkami (gdyby jeszcze mój aparat za nią nadążał, niestety okazało się dla niego za ciemno).

nie pamiętam już kto kogo

W sumie. Naprawdę polecam Savate każdemu, kto chciałby spróbować czegoś kontaktowego, ale bez zadęcia na ringowe potyczki. Na dokładkę Savate w Polsce jest czymś na tyle nowym, że spokojnie można będzie błyskać umiejętnościami w korpoświatku. Możecie mi wierzyć, że na tym skakaniu naprawdę można schudnąć i poprawić sobie kondycję. I jeszcze towarzystwo, które tam spotkamy jest doprawdy przednie. Niniejszym dopisuję Savate do listy rzeczy, które warto jest w moim mieście robić. Oczywiście poza uprawianiem Tai Chi, Chuo Jiao Fanzi, meczami Legii, bywaniem na Bakalarskiej, strzelaniem z bicza, oglądaniem szczupłych adeptek Acroyogi na Polu Mokotowskim, truchtaniem wzdłuż Wisły i oglądaniem księżyca w pełni zawieszonego nad Pałacem Kultury (pewnie nie wymieniłem jeszcze wielu fajnych rzeczy).

KO oraz Jimmy Charlot w czasie wspólnej symulacji jazdy tramwajem 🙂

(1) Był autorem pierwszego k.o., oglądanego na publicznych zawodach w Polsce. Czyli po trochu rodzina.

11 Replies to “Francuski pocał… tj. boks”

  1. Całowaliście się z Adasiem??! Rozkleiłbym plakaty na Bakalarskiej! 😉 W sumie, to nie wykluczone, że tam by się trochę chętnych znalazło (na Savate).. A ten, btw, udział był darmowy, czy płatny? Dobrze, że byliście i że KO zrobił relację. Taka różnorodność rozwiewa nudę.

    1. COŚ TY… Musiałbym potem szorować sobie pysk domestosem przez miesiąc. 🙂 Koszt treningu to 50 PLN. Uważam że rozsądna cena jak na Warszawę.

    1. dopytam. Ale to było wydane jeszcze przed wojną i o samym Savate był jeden rozdział

  2. 🙂 Byłem ukontentowany- to opuchlizna na twarzy po bezlitosnych ciosach KO nie pozwoliła mi na ekspresję mej przyjemności. 😉

    P.S.: Przyjemnie groteskowy akcent: dziękując za wspólny trening Jimmy Charlot ucieszył się, że wzięli w nim udział także ćwiczący boks tajski (tu spojrzał bez wahania na KO i mnie). To pewnie dlatego, że w przerwach hartowaliśmy piszczele na betonowych kolumnach. 😆

    1. I zamiast rękawic chcieliście na dłonie konopne sznury maczane w żywicy i szkle ;P….

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz