Formy, formy, foremki…

images
formę czasami zapisuje się poprzez diagram zwanym „stópki”

Formy… to temat rzeka. Ja, na ten przykład, nie mam do nich pamięci, choć pewnie to kwestia tego, że za rzadko, albo zbyt wiele form próbuję ćwiczyć. Ogólnie w stosunku do wszystkiego można powiedzieć, że ćwiczę za rzadko ;).

Na temat form panują różne opinie. Jedni twierdzą, że są cool, a drudzy, że be. Ja jestem zwolennikiem tej pierwszej teorii. Formy są potrzebne, bo w miarę łatwo, dzięki nim, przekazać człowiekowi materiał do samodzielnej pracy, a co ważne, nie determinuje do końca efektów, które ćwiczący ma osiągnąć. Zawsze jest tam pewien margines zrozumienia, które ta praktyka każdemu zostawia. Dzięki temu każdy widzi ją przez inny pryzmat. Zapaśnik zobaczy w niej rzuty, a bokser uderzenia.

Dla mnie pewną ciekawostką jest też różny sposób podejścia do ćwiczenia formy. Na przykład w YMAA forma nie jest zbyt ściśle skodyfikowana. Jej opis w książce mistrza jest więcej niż lakoniczny, dodatkowo na przestrzeni lat forma bardzo ewoluowała. W rezultacie pomiędzy ćwiczącymi, szczególnie tymi z dłuższym stażem, występują spore różnice w tzw. „wykonie”. Mówi się nawet (pewnie będę za te słowa pompował) o występowaniu szkoły „polskiej” i „portugalskiej”. Dobrze, że obie te „szkoły” często się ze sobą kontaktują. Kilka lat przerwy mogłoby spowodować powstanie dwóch oddzielnych wersji.

1909
inny sposób opisywania formy, zwany historyjki… kiedyś kupowało się taki na bazarach odrysowane przez kalkę techniczną

Zupełnie inne podejście można zauważyć w Yang Lao Jia. Tam Jan Gliński zasypuje ćwiczących dużą ilością szczegółów, nie pozostawia im praktycznie żadnego marginesu wolności. W rezultacie, jeśli oglądam filmy z tym przekazem, to mimo mojego małego doświadczenia, bez problemów je identyfikuję. Nawet kiedy widziałem film nagrany „dwa pokolenia wcześniej”, nadal różnice były niewielkie. Z podobnym podejściem spotkałem się też w Taiji stylu Wu wg. przekazu mistrza Ma. Natomiast w YMAA nawet 10 lat powoduje już duże różnice w pracy ciała (choć oczywiście przy zachowaniu mechaniki ruchu). Oczywiście nie widzę w tym nic złego…

Między tymi szkołami są też inne różnice (pomijam różnice w formie – one są nieważne). Główną różnicą jest ilość form. U mistrza Yang Jwing Minga jest jedna forma ręczna i jedna podwójna. W przekazie mistrza Ly nie ma formy podwójnej (nie ma jej w tzw. programie, ale wiem, że mistrz zna duże San Shou Tai Chi). Zamiast niej jest forma nazywana „kompaktową”. W przekazie mistrza Zhai Shi Zonga funkcjonuje forma „skrócona” (choć nie straciła nic ze swoich „klasycznych” walorów), którą to na dokładkę można sobie przycinać na formy 9,19,29 i 37. Forma 108 ruchowa (długa) uczona jest dopiero potem, ponoć bardzo podobna do swojego „skróconego” poprzednika, tylko… dłuższa.

formy, układy, sekwencje

Inne jest także podejście do ćwiczenia na lewą stronę. W YMAA jest to traktowane jako metoda treningowa i wykonanie zwykłe i lustrzane są… tfu, wróć… powinny być identyczne. W Lao Jia to wykonanie na lewo trochę się różni i te różnice też są skodyfikowane. W stylu Hao w ogóle nie ma formy na lewą stronę, jest za to Dan Cao, czyli trening wykonywania pojedynczych technik na dwie strony.

Tyle mojego bezpośredniego doświadczenia, ale w internecie można obejrzeć masę różnych, czasami dziwnych,  form. Chociażby jedną z form z przekazu Yang Bau Hou, która była wykonywana na bardzo małym obszarze (na niewielkim stole) i wiele innych (o formach pochodzących z tego przekazu jeszcze napiszę) .

Dla mnie te wszystkie sposoby są dobre, pod warunkiem że są zgodne z przekazem szkoły. Jeśli taka jest metodyka przekazu, to tak ma być.

Mnie jednak zawsze nurtowała taka myśl. Dlaczego chińskie Kung Fu wykształciło sobie taką, wydawałoby się, dziwną metodę treningową? Zestaw powiązanych ze sobą ruchów do wielokrotnego powtarzania. Wydawałoby się, że jest to a – czasochłonne (fakt), b – oderwane od rzeczywistości (no, też trudno z tym dyskutować). Andrzej Kalisz twierdzi, że pierwotnie nie było zbyt wielu form, że powstały one później.

Jak był w Europie? Otóż ostatnio znalazłem taki oto film. Jest to nagranie archiwalne z 1911. Na pierwszej części filmu widać rekrutów armii brytyjskiej ćwiczących techniki szabli.

British Sabre Drill

Ma to pewne znamiona ułożonej formy. W drugiej części filmu widać wyraźnie, że (prawdopodobnie) instruktorzy wykonują coś na kształt formy. To, że bez koni to mnie w ogóle nie dziwi, zdarzyło mi się ćwiczyć konne łucznictwo bez konieczności męczenia tych pięknych zwierząt, a przecież wierzchowce to ja widuję tylko na filmach o Winnetou (i to tych ze śląskim dubbingiem).

Wygląda to na pieszą naukę posługiwania się szablą z konia, w czasie szarży. Niech mi ktoś powie, po co są te ruchy piętą w 1’01”? Konia poganiali?

Więc forma nie jest chyba stricte wynalazkiem chińskim. W różnych wersjach pojawił się w wielu miejscach. To chyba logiczne – forma jest dobrą metodą, by jeden nauczyciel przekazał swoją wiedzę większej grupie osób. Bokserzy mają swoje formy… nazywają je kombinacjami i powtarzają, aż do osiągnięcia automatyzmu. Swoje formy mają też judocy – choć to już trochę umierająca tradycja.

Na koniec słowa mistrza Yang Jwing Minga, które były jego komentarzem do pytania o zmienność formy w jego przekazie : „Jeśli byśmy się spotkali za 20 lat i wasza forma byłaby taka sama jak teraz, to znaczy, że niczego się nie nauczyliście. Wszystko się zmienia.” I tego staram się trzymać.

One Reply to “Formy, formy, foremki…”

  1. Nie uwazasz, ze w naszej tradycji cwiczenie musztry to rodzaj formy a manewry poligonowe to sparing?
    To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało. więcej
    William Shakespeare – Romeo i Julia

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz