Człowiek z biczem w/na głowie…

Dziadowski bicz – Nawiązanie do długiego bicza, który nosił dziad (żebrak) dla obrony przed psami;

Idziesz do kobiet? Nie zapomnij bicza! – „Tako rzecze Zaratustra” (Friedrich Nietzsche);

Konie liche, ale za to bicz ładny. – przysłowie ludowe.

Info o seminarium z walki z biczem znalazłem na FB (choć raz się przydał) pewien czas temu. Wiązało się z nim kilka ciekawych skojarzeń.

niczym kapitan Żbik – komiksowe wydanie „Brygad”

Raz – prowadzącym był człowiek – legenda światka sztuk walk. Ktoś, kto zrekonstruował bicz i przywrócił go dla sztuk walk w Polsce (może za górnolotnie, ale ja tak to widzę). Tym kimś jest Andrzej „Kooniu” Jasztal. Lekko starszy ode mnie (czyli tak jak ja pamięta Wembley), pasjonat biczy wszelakiego rodzaju. Człowiek – legenda z czasów, kiedy w internecie pisali tylko ludzie ,którzy wiedzą o czym piszą, a reszta ich czytała z szacunkiem.

Dwa – organizatorami są chłopaki (tym razem sporo ode mnie młodsi), którzy próbują na polskim gruncie zaszczepić Savate – francuską sztukę walki (szukajcie L’ExtremeEst). Choć nie jestem wielkim zwolennikiem szukania na siłę w Europie, to do Savate czuję dziwną sympatię. To chyba pierwsza sztuka walki, którą widziałem na szklanym ekranie. W serialu „Brygady tygrysa” – chyba w każdym odcinku bohaterowie, choć przez chwilę, ćwiczyli w obcisłych trykotach.

Stare Bielany

Trzy – seminarium miało miejsce na Starych Bielanach. Bardzo warszawskim kawałku miasta. W linii prostej 250 metrów od miejsca, gdzie wychowywał się mój ojciec. Tam, wraz z braćmi, „kultywował polskie sztuki walki” (tych jakoś nikt nie próbował rekonstruować). Lubię ten fragment miasta, bo jest cichy, spokojny i od kiedy powstał w latach 30 zeszłego wieku, niewiele zmieniony. Nawet socrealistyczne bloki upychane tu po wojnie niewiele zmieniły, jakoś nie przytłoczyły tego miejsca. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś twierdzi, że Wawa to brzydkie miasto, to prawdopodobnie nigdy nie wyszedł poza podziemia Centralnego.

Ale wracajmy do relacji.

Wbijamy z Rodorem na salę – piętro w przedwojennej kamienicy – jest specyficzny zapach wiekowego budynku (zawsze mam wrażenie, że to kwestia niedogrzania). Należąca do Szkoły Tańców Karaibskich salka z lustrami na całej ścianie i kolorowymi rysunkami dookoła, sprawia bardzo fajne wrażenie – nawet wielki garb ze spuchniętych klepek nie przeszkadza. Przeszkadzają nieco girlandy chorągiewek wiszących u sufitu, ale ich czas jest już policzony. Sala cztery razy większa niż ta w Akademii Yi Quan (ale byśmy mieli na niej używanie…).

Na sali 13 osób + prowadzący i  zaczynamy. Ponieważ w ogłoszeniu była prośba o zmianę obuwia, to odruchowo wskoczyłem też w dresy. Ale bicz tego nie wymaga. Trochę dziwnie się czułem wśród ludzi w bojówkach, którym czasami z kieszeni wystawała rękojeść roboczego noża. Chyba dużo pewniej bym się czuł ze swoim Lethermanem w kieszeni, choć nie jest to chyba zbyt poważane ostrze w tym towarzystwie.

Andrzej "Kooniu" Jasztal
Andrzej Jasztal i jego wężowisko

Prawie połowa seminarium to historia, teoria (jedno i drugie bardzo ciekawe), charakterystyka różnych typów, różnych szkół i dlaczego te zagramaniczne są takie wybajerzone.

Dalej, w tej pierwszej połowie, samodzielne budowanie bicza. Zbudowaliśmy… (paracord, nakrętki M16, ćwierć kilo łańcucha i taśma izolacyjna). Mnie wyszedł tak sobie. Mieliśmy pecha, bo stanęliśmy po drugie stronie sali gdzie „Kooniu” zaczął pomagać i tłumaczyć. W rezultacie kiedy dotarł do nas popełniliśmy już masę błędów. W moim nie splotłem odpowiednio paracordu i za słabo zamocowałem bicz do rękojeści, bo rozjechał się przy trzeciej próbie. Trochę się obawiałem, że te ćwierć kilo łańcucha się urwie i wyrżnie w lustro, więc do treningu zostałem wyposażony w inny, profesjonalnie wykonany. Potem okazało się to błędem, bo skórzany nijak nie ruszał się jak paracordowy bicz „dziadowski” (złej baletnicy….).

Cały system, jak to nazwał Andrzej Jasztal, składa się z trzech linii wykonywania obrotów i trzech podstawowych uderzeń/strzałów. Za proste, by budować na tym wielką szkołę z egzaminami, poziomami i resztą, za trudne, by załapać od razu… i bardzo bolesne. Bicz nie wybacza błędów, a początkującemu pokazuje rogi. Przy próbach smagnięcia kilkakrotnie poczułem na plecach to, co powinien poczuć przeciwnik. Trochę mi to przypomniało technikę, którą pokazywał na mnie mistrz Hong – stwierdził, że mam dużo „mięsa” na sobie i dobrze będzie widać. Jakby mi kto przyłożył żelazko do pleców, a najdziwniejsze było to, że nawet jak mistrz zabrał już rękę, to nadal bolało i to z czasem jeszcze bardziej. Tak mniej, więcej boli smagnięcie biczem. Mój ojciec osiągał podobny efekt marynarskim pasem.

Rodor skręca swój bicz… na podłodze nie jest łatwo

I tak mam wrażenie, że tylko ja, Rodor i jeszcze jeden uczestnik, to totalne newbie, reszta albo strzela, albo wręcz skręca bicze – to trochę dołujące – choć w zasadzie to ja lubię, bo takie sytuacje ustawiają mnie w odpowiednim szeregu… no może lubię je na drugi dzień – początkowo jest to przygnębiające.

Andrzej „Kooniu” Jasztal

Oczywiście jest o BHP (podobało mi się: „oczy nie odrastają”) i możliwościach sparringu (pomysł z kawałkiem folii – prima sort). Andrzej jest tak nakręcony na to co przekazuje, że wdaje się w długie dyskusje z przybyszami z Trójmiasta, a nawet, w pewnym momencie, w zaimprowizowany sparring. To nie jest tak, że uważam iż powinienem być przez trenera dopieszczany uwagą non stop, ale brakowało mi korekt. To normalne zjawisko, że prowadzący więcej swojej uwagi inwestuje w osoby, które lepiej go rozumieją – zawsze tak było, już do tego przywykłem.

Mogłoby się wydawać, że mi się nie podobało. I będę szczery, w piątek miałem przez chwilę takie myśli – Rodor świadkiem. Ale z czasem… W sobotę nie miałem go zbyt dużo, bo byłem w Białymstoku (robiłem za zastępcę ulicznego grajka i ćwiczyłem Tai Chi – ale o tym jeszcze będzie). Tak więc dopiero w niedzielę rano mogłem usiąść do notatek. Sporządzam je ze wszystkiego, już taki mam rytuał. I co się nagle okazało? Ano to, że rzeczy wartych zapisania było prawie pięć stron. Czyli jednak w głowie zostało dużo, dużo dobrych rzeczy, które warte są zapamiętania. Nawet bez stałego niańczenia mnie przez prowadzącego.

Andrzej „Kooniu” Jasztal (z prawej) i jeden z uczestników (jeśli dobrze pamiętam z Trójmiasta) (źródło FB)

Zobaczymy, co z tą wiedzą da się zrobić. Na razie nie ciągnie mnie by zostać władcą biczy, choć przyznaję, że prostota systemu jaki widziałem jest bardzo kusząca – ja chyba jednak lubię te moje długie formy i bronie, które już dawno odeszły do lamusa. Ale chciałbym na początek zrobić taki bicz, który się nie rozpadnie, a wtedy… Wtedy będę musiał z niego strzelić, choć raz…

przedstawiciele dwóch systemów wymieniają się wiedzą… Savate i Sistiema

Z ostatniej chwili… inne pamiątkowe zdjęcia

… ano pokaż mi, co tam zrobiłeś?  (od lewej : Andrzej Jasztal i Rodor)
My dwaj (Rodor i KO) i nasze bicze… („Strach” i „Zagłada”) – żarcik

5 Replies to “Człowiek z biczem w/na głowie…”

  1. KO i Rodor zwani w światku Wuxia jako Dwa Pojedyncze Bicze albo inaczej – Shuang Bian i podróżujecie w słomianych kapeluszach przez kraj 🙂 W wersji komediowej podróżujecie razem, ale macie tylko jednen bicz 😉

  2. Wydaje mi się, że kolega ze zdjęcia z Kooniem nie był z Trójmiasta, ale od sistiemy. Z Trójmiasta byli ludzie od zaciętych batowych sparingów. BTW. A gdzie nasze wspólne zdjęcie z batami 🙂 Tylko nie mów , że wstydzisz się spodni dresowych – też mam takie wąskie 😉 😛

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz