China Travel – marsz świątynny

Nie będę pisał szczegółowo o naszym wypadzie do Chin. Blogów podróżniczych jest multum, a na nich ludzie o o wiele większym doświadczeniu i lepszym piórze – tam szukajcie. Ze swojej strony powiem tak… nie jedźcie tam z wycieczką, bo was wydoją z kasy, a i tak zobaczycie jakiś programowy erzac. Chcecie jechać sami? Lepszy pomysł, ale pamiętajcie – bariera językowa i kulturowa jest gigantyczna. Możecie stać 5 metrów od czegoś wspaniałego i nie widzieć tego. Ja miałem farta, dużego farta – szczęście przeokropne. Ale to rzadkość.

Kiedyś ktoś mi powiedział, że Chiny są straszne, że to sprzedajny, sztuczny, plastikowy kraj. Że on tam był na wycieczce i widział. Potem okazało się, że to nic nie warty oszołom, ale odpowiem mu tak (choć mam nadzieję, że on już nie czytuje tego bloga): Chiny to kraj jak każdy inny, ni czarny, ni biały… i trzeba dużo czasu, żeby go zrozumieć. Miałem farta, że widziałem go od jego prawdziwszej strony niż standardowy wycieczkowiec. I choć wiele moich wyobrażeń runęło, to jestem zadowolony z pobytu.

Może trochę górnolotnie powiem, że ten wyjazd mnie zmienił. I mam nadzieję, że ta zmiana potrwa jak najdłużej. Czy tam wrócę? Bóg raczy wiedzieć. Nie jest to tania impreza. Za tę kasę mógłbym poćwiczyć w Polsce przez dłuższy czas. Ale co mi tam. To tylko kasa, są rzeczy od niej ważniejsze.

Mimo, że większość wspomnień z wyjazdu zachowam dla siebie, to i tak tematów starczy na kilka wpisów, które będą tu się sukcesywnie pojawiać. Dziś pierwszy z tych pisanych, na zimno, w domowych pieleszach.

O świątyniach – tych dużych i małych.

Świątynie to jedna z rzeczy, którą chciałem obejrzeć, miałem na ich punkcie jakieś określone wyobrażenie, np. to, że świątynie są nierozerwalnie połączone ze światem sztuk walk. Nie wszystko się potwierdziło, tak po prawdzie, sprawdziło się w bardzo niewielkim stopniu. Pierwszy mój kontakt ze światem świątynnym, to długi wysoki mur, wzdłuż którego przepływała rzeka elektrycznych rowerów i różnej maści wózków. Gdyby nie to, że Jiuzhizy zatrzymał się i wskazał ze słowami: „patrz, świątynia i oni tam nawet chyba jakiegoś Taiji uczą”, to być może bym to ominął, a tak, za niewielką opłatą, wstąpiliśmy do środka.

… wśród spadających kwiatów…

schody prowadzące w dół, a tam piętrowe budynki z miejscami na urny

Świątynia Spadających Kwiatów okazała się przybytkiem taoistycznym. Tak naprawdę, to nazywała się inaczej (Chunyang Guan – ale kto by to zapamiętał, a tym bardziej wymówił), a tym poetycznym mianem nazwał ją Jiuzhizy. On też o niej opowiadał, jak to onegdaj (nie będę mu liczył lat) znalazł ją wraz ze swoimi znajomymi Kubańczykami, i że cieszy się, że znalazł ją teraz. Ponoć dawniej nie była aż tak okazała i stała za tekstylnym bazarem, otoczona dzikimi bananowcami, w których buszowały dzikie węże strażackie. Dziś bazar otoczył świątynię, która odcięła się od świata zewnętrznego murem. A w środku?

… wyspa spokoju na morzu skuterów…

W środku ładne miejsce z dużą ilością schodów, kilkoma

na terenie świątyni stoi wielka liczba drzewek bonsai

poziomami niewielkich pawilonów. Zabudowania, które wydawałoby się stoją bezładnie, tworzą jednak jakiś bliżej nieokreślony ład. Wejściówka, to tylko 3 juany (jak za autobus w Wawie i to ulgowy) i już za chwilę gwar miasta i nieprzerwany potok rowerów oraz elektrycznych riksz zostaje daleko za nami. Jest ona zbudowana tak, że znajduje się tu sporo miejsc, w których można usiąść i posiedzieć, pomedytować lub co tam kto robi. Wszędzie kamienne smoki i lwy, którym ludzie wsadzają w pyski drobne pieniądze.

Ludzi niewielu, palą trociczki i wrzucają do pieca wotywne pieniądze. Jedno i drugie można kupić u podnóża świątyni. Taoizm to taka religia, nie religia. Boga nie ma jako takiego, a za świętych robią nieśmiertelni. Patron tej świątyni był astronomem i jako nieśmiertelny nie umarł tylko „opierzył się i odleciał w niebo”. Jest też niewielka wieża obserwacyjna, z której widać spory kawał miasta. Przecudowne, spokojne miejsce, o którym jeszcze tu będzie.

tak sobie wisi, to zapowiedź następnych tematów
drzewo, żylaste niczym ręce drwala…
a wokół pulsuje miasto

…tam gdzie przybył Bodhidarma…

Świątynia przybycia Bodhidarmy (przybycia z zachodu) – ponoć kiedy Bodhidarma przybywał do Chin rzeka perłowa przepływała w zupełnie innym miejscu niż obecnie i ponoć właśnie tam, gdzie Da Mo po raz pierwszy stanął, za zgodą Cysorza oczywiście, na Chińskiej ziemi – postawiono świątynię, zwaną od tego faktu Świątynią Przybycia z Zachodu. Obecnie Perłowa rzeka znajduje się już daleko, ale świątynia nadal stoi na brzegu rzeki. Tym razem jest to rzeka sklepów z biżuterią. Złota i srebra tu niewiele, ale mnóstwo wyrobów z nefrytu . Ceny od niewielkich do niebotycznych. Taka złota uliczka – jak w Pradze. Ale tu miało być o sakrum, a nie o profanum. Świątynia przybycia Bodhidarmy jest mniejsza niż ta taoistyczna, jest to zresztą świątynia buddyjska. Przy wejściu – sklepik z tanią chińszczyzną.

MMM – marsz maszerujących „mniszek”. Nie do końca mniszki, po ceremonii zdjęły te brązowe szaty i udały się do domów.

To zupełnie inna świątynia – jak dla mnie nie służy do osiągania harmonii (sorry Łukasz) w taki sposób jak poprzednia. Spróbuję to wyjaśnić. Qrcze próbowałem… chyba z dziesięć razy kasowałem to, co napisałem. Nie, nie rozumiem tego dlaczego lepiej czułem się w świątyni taoistycznej? Każdemu polecam by się wybrał i sam sprawdził.

W Świątyni Przybycia z Zachodu trafiliśmy na jakiś obrzęd. Mnichowie i mniszki (w większości kobiety) gęsiego maszerowali pośród złotych figur buddyjskich świętych. Pawilon z figurami nosił nazwę „Komnaty 500 Lohanów”. Tak, tak. Tych samych co od „18 dłoni…”, Lohan znaczy nieśmiertelny.

chińskie świątynie

Mam nadzieję, że fotografując nie popełniłem wielkiego fopa (małego jestem pewien). Szli w kierunku Trochę poczułem się nieswojo, bo jakbym się czuł gdyby w kościele nagle pojawiła się wycieczka Japończyków z aparatami? Niezdrowa ciekawość zwyciężyła – wiem, złym człowiekiem jestem. Mam kilka fotek. Jedyny zakaz fotografowania odkryliśmy na samym końcu świątyni. Nie wiem, czy dotyczył tylko tej części (były tam jakieś świętości) czy całości? Zresztą, maszerujące niektóre „mniszki”, pozdrawiały nas uśmiechem, a jedna nawet nam pomachała. I tak prawdę mówiąc, to rozgrzeszam się tym, że obok pochodu siedziała pani i prowadziła kancelarię. Jiuzhizy pokazał nam ceny za świątynne usługi – nasze historie o księżowskich cołaskach to się schować mogą.

niczym rycerz Jedi – walczący na suficie

Odkryłem tam jedną ciekawostkę. Pewien czas temu kupowałem książkę, stary półpiracki przedruk (zobacz Manuskrypt znaleziony w sklepie wędkarskim), przy okazji sprzedający wcisnął mi mały dzbanuszek (za 5 PLN), który od tej pory stoi u mnie w witrynce. Otóż w świątyni zobaczyłem taki sam, stojący obok wejścia do pawilonu. W pewnej chwili jeden z ważniejszych mnichów maczał w tym dzbanuszku małą gałązkę i niczym kropidłem święcił (?) uczestników.

Bodidharma (znany też jako Da Mo) dla buddystów nie ma jakiegoś szczególnego znaczenia tyle tylko, że był w Chinach jednym z pierwszych i to on bodajże przywiózł filozofię Zen. Ważny jest raczej dla nas, ćwiczących przez to, co zrobił potem w czasie pobytu w klasztorze Shaolin.

wejście do świątyni
to co brałem za front, okazało się tyłem świątyni. Po prawej – złote drzewo, ciekawe co symbolizuje?
palenie… w zasadzie, to nie wiem czego, było papierowe i przypominało piramidki

…wojna starego z nowym…

Stara świątynia Buddyjska – czy ona była stara, to ja nie wiem. Jadąc na Ulicę Pekińską wysiedliśmy przy Placu Północnym. Tam stało pewne monstrum, które Jiuzhizy zidentyfikował jako Starą Świątynię. Ja to bym nawet tam nie wszedł, bo w pierwszej chwili myślałem, że to galeria handlowa wzorowana na świątyni. Pięć kondygnacji… wszystko wielkie i nowe. Żeby nie było, ja tego nie krytykuję. Licheń też jest wywalony w kosmos, niczym rakieta Saturn na Cape Canaveral. I w Licheniu też nie czułem się dobrze. To trudne do zdefiniowania. Ja może jakiś dziwny jestem? Ale tak mam.

widok z ulicy. Myślałem, że to galeria handlowa

Obiekt sakralny nie musi być stary, ale musi być dobrze zbudowany. Ten nie był. Oczywiście dla osoby praktykującej jest, a w zasadzie powinno być, wsio ryba gdzie klęka/medytuje/bije pokłony. Zawsze mam taki problem… Czy stare miejsca, z energią i historią – niczym wyślizgany nos rzeźby Tuwima – są nam potrzebne czy nie? Czy świadczy o naszej ułomności, czy o większej czułości naszego wewnętrznego receptora?

Nie mniej jednak do świątynki taoistycznej poszedłem sobie poćwiczyć (o tym w przyszłości) – do buddyjskiej bym nie poszedł.

Czyżbym miał coś z taoisty??

duża jak dom
większość to chyba jednak zwiedzający, b. mało trociczek

… w krainie latających mandarynek…

karteczki z prośbami, takie ichnie wypominki

Foshańska Świątynia Przodków – Zumiao to świątynia , która w tym miejscu stała już od setek lat. Oczywiście musiała być często przebudowywana bo wydaje mi się, że nie widziałem tam żadnych, aż tak starych, elementów.

Do Foshanu pojechaliśmy metrem (choć to sąsiednie miasto jest). Miejsce znane, gdyż jest to kolebka dwóch znanych stylów Kung Fu – Wing Tsunu oraz Hungaru (Danusia do tej pory twierdzi, że to sztuka walki węgierskich pasterzy). Pierwsze kroki skierowaliśmy do Świątyni Przodków. Kult Przodków, to najstarsza religia w Chinach (choć ciężko mi się wypowiadać w tej sprawie, bo nie jestem specem). Ponoć Chińczycy czczą swoich przodków stawiając im w domach ołtarzyki, paląc kadzidełka i oddając im hołd.

Szczególnie, kiedy przodek był kimś znacznym. Niby nic dziwnego, przed wojną w polskich domach było podobnie (choć bez znaczenia religijnego), na ścianach często wisiał portret przodka, np. powstańca styczniowego, a pod nim np. szabla i inne utensylia. Potem wojna pozrywała te powiązania rodzinne i pozbawiła ludzi tych pamiątek. Niestety, bo utraciliśmy w ten sposób spory zasób pamięci narodowej.

… mix religii …

żółw i wąż – popularny motyw, a wokół mnóstwo kasy

W przypadku tej świątyni przodkiem był pierwszy władca tych terenów, chiński generał wysłany w celu przyłączenia tych ziem do cesarstwa. Ale gdy przybył, zobaczył i zwyciężył, doszedł do wniosku, że sam spokojnie może być tu władcą. Z biegiem lat jego postać zyskała cechy boskie. Coś jak w przypadku Kazia Deyny.

Wiara w przodków jak gąbka wsysała elementy innych wierzeń, ale są i wyraźne różnice. Z buddyzmu świątynie przodków zassały posągi buddy, ale już figury mają bardziej demoniczne twarze i nieco inne były sposoby wnoszenie próśb/modłów. Oprócz kadzidełek i palenia rytualnych pieniędzy – pojawiają się kartki z wypisanymi prośbami lub „rzutki” zrobione z plastikowych mandarynek (przynoszą szczęście) z przyczepioną do nich wstęgą – taką konstrukcję rzucało się tak, aby zawisła na gałęzi drzewa. Ze świątynią taoistyczną łączyło ją umiłowanie do szczegółów zakamarków, symbolicznych rzeźb i ogólna harmonia. Przepiękne bramy księżycowe prowadzące do następnych sal, patiów (jak to się odmienia?!) i pawilonów. Tu były nawet XIX-wieczne armaty.

Odniosłem wrażenie, że świątynia była w pewnym stopniu nastawiona na turystykę, na jej terenie znajdowały się aż cztery ekspozycje, z czego trzy odwiedziliśmy (np. muzeum Ip Mana, ale to już w następnym wpisie będzie, i tak widzę, że idę na rekord w długości wpisu).

dwa światy
takie stworki przynoszące szczęście… z Danusią nazywamy je Pisiołami… żadnych konotacji politycznych
posągi też złocone – ale inne. Mniej ludzkie, a bardziej demoniczne

Kiedy już mieliśmy wychodzić, siedząc w świątynnym barku nad słodkimi kulkami z sezamowym nadzieniem, stwierdziliśmy, że w zasadzie brakuje nam już tylko świątyni Konfucjańskiej, aby „zaliczyć” najważniejsze punkty naszego Temple Tour. I oto Jiuzhizy mówi, że wydaje mu się, iż za następną księżycową bramą znajduje się właśnie świątynia poświęcona Konfucjuszowi.

… filozof który został bogiem …

bęben

Świątynia Konfucjańska – Samo w sobie istnienie świątyni Konfucjańskiej za „tym samym murem” co świątyni przodków świadczy o pragmatycznym podejściu Chińczyków do kwestii religii i wiary. Na jednym z podwórek domów zauważyłem coś w rodzaju kapliczki z Buddą, czerwonymi szarfami, a pod tym wianuszek z napisem Merry Christmas…

I oto przechodzimy bramą do następnej świątyni-ogrodu. Niewielkiej, ale chyba nadal funkcjonującej, bo zauważyłem tam kilka szaf z szatami, chyba używanymi do rytuałów. Na wstępie dwa stalowe żurawie i kilka starych dzwonów rzuconych w kąt. Dalej, w bardzo fajnie zaaranżowanej przestrzeni, następny pawilon z ołtarzem oraz naturalnej wielkości posągiem Konfucjusza. Oczywiście, niezbędny sklepik, w którym sprzedaje się, między innymi, plastikowe, napełnione wodą mandarynki (te do modlitewnego rzucania na drzewo). Drzewa obwieszone wstęgami bardzo ładnie wyglądają. W zasadzie mógłbym rzucić prośbę o dobry wynik meczu Legii, ale doszedłem do wniosku, że chłopaki na Ł3 powinni rozstrzygać mecze kopiąc w piłkę, a nie rzucając mandarynkami.

… świątynie w chinach …

motyw bambusa na ścianach

Konfucjanizm to dla mnie dziwna religia. Mówi o osiągnięciu ładu tu na ziemi przy pomocy porządku publicznego (w skrócie). Najważniejsze jest przywiązanie do tradycji i rytuałów. Na dokładkę chińskie słowo (jiao) oznaczające religię oznacza także naukę. To bardzo pojemna i elastyczna koncepcja. Pewnie odpowiadałaby niektórym współczesnym politykom, aż dziw, że jeszcze nikt tego nie wprowadził jako jedynej obowiązującej religii, choć, kto wie, może już wprowadzają?

Myślałem, żeby zrobić na koniec jakiś ranking odwiedzonych miejsc. Ale to byłoby krzywdzące, bardzo subiektywne porównanie. Ale napiszę tylko, że do Świątyni Spadających Kwiatów starałem się wrócić prawie codziennie.

Konfucjusz jak żywy (a ja długo myślałem, że był Grekiem)
chińskie świątynie
miejsce do medytacji – woda, ładne skałki i rybki (można siedzieć, medytować i ratować świat)
drzewo „mandarynkowe” (mandarynki oczywiście sztuczne) – rzucać to rzucać, ale kto to potem zbiera?

…uciekająca świątynia…

Latająca świątynia – miała być jeszcze jedna. Jiuzhizy nazwał ją latającą, ponoć była zbudowana gdzie indziej, a potem ją rozebrali i przenieśli, coś jak świątynie Wang z Karpacza. Jechaliśmy do niej metrem, szybkim pociągiem (305 km/h !!!) , a potem taksówką przez góry (aż zatykało uszy) . Kiedy okazało się, że jeszcze trzeba płynąć promem poddaliśmy się. W zamian za to, czekała na nas mała pagoda na brzegu urwiska i zaaaarąbisty widok. Zawsze marzyłem żeby stanąć na brzegu klifu i chłonąć siłę bijącą z przestrzeni pod nogami. Może to było lepsze? Nie wiem, nie stałem na porządnym klifie… Tam było mnóstwo dobrej Qi.

o dziwo, to jedna z niewielu pagód które widzieliśmy (no dobra trochę oszukana)
i ta przestrzeń za nami 🙂

PS I. Mam nadzieję, że nie pokręciłem zbyt mocno. To wszystko działo się bardzo szybko…

PS II. Oczywiście to wszystko nie jednego dnia, nie dałoby się!!!

3 Replies to “China Travel – marsz świątynny”

  1. Z ostatniej chwili: Okazało się że pomyliłem generałów. Musicie mi wybaczyć. W wojsku byłem zaledwie 9 dni i słabo rozróżniam szarżę.

    Napisałem o królu Yue – a powinienem o Beidi – Pólnocnem Cesarzu.

    Głównych zainteresowanych serdecznie przepraszam.

    1. Po locie strzały odczytałem, iż Północny Cesarz, zwany również Mrocznym Wojownikiem, postanowił w drodze łaski pozbawić Cię ino mocy wyrywania wątroby w tuishou na okres 3 lat. No i masz rozpryskiwać wino na 4 strony świata zanim sam łykniesz 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz